Koło PTTK Nr 17 "Elektryczny"
Relacje z wyjazdów


Rok 2009

7 - 8 luty 

Beskid  Sądecki  -  Cyrla

21 - 23 marzec Powitanie wiosny w Beskidzie Sądeckim 
17 maj Wycieczka w Beskid Mały
"V Pielgrzymka Ludzi Gór  na Groń Jana Pawła II"
28 czerwiec Wycieczka w Gorce
22-26 lipiec Rajd  Elektryków w Kotlinie Kłodzkiej - Międzygórze
21-22 listopad Zakończenie sezonu - Beskid Sądecki


Rok 2008

11 maj

Pielgrzymka Ludzi Gór na Groń Jana Pawła II”


23 - 27 lipiec

Rajd  Elektryków -  Góry  Stołowe


31 sierpień

Pasmo Radziejowej
12 - 14 wrzesień Gorce

10 - 12 październik

IV Jesienny Rajd Beskidzki 

 8 -  9  listopad

 Zakończenie sezonu  -  Wierchomla


Rok 2007

20-21 styczeń

Kulig w Beskidzie Niskim (Dołżyca)


24-25 luty

Beskid Sądecki „Cyrla”


25 marzec

Pogórze Ciężkowickie i Rożnowskie
13 maj „III Pielgrzymka Ludzi Gór na Groń Jana Pawła II”

3 czerwiec

Dzień Dziecka: Rabka

 6-10 czerwiec

 XLI Rajd Oddziałowy – Beskid Mały i Śląski (trasa wędrowna)

 13-15 lipiec

Beskid Żywiecki – trasa wędrowna

25-29 lipiec „XI Rajd Elektryków” – Sudety Wschodnie
26 sierpień Gorce
29 wrzesień

Pogórze Rożnowskie: 
Jamna - uroczyste obchody 10 lecie Koła 

Historia Koła PTTK nr 17 "Elektryczny" wierszem spisana

12-14 październik

„III Jesienny Rajd Bieszczadzki”

 24-25 listopad

W poszukiwaniu zimy - Brzanka


Rok 2006

19-20 luty 2006 Zimowa wycieczka w Beskid Sądecki - Prehyba
26 marzec 2006 Góry Grybowskie
14 maj 2006 Beskid Mały – II Pielgrzymka Ludzi Gór, Groń Jana Pawła II
28 maj 2006 Gorce i Rabka: „Rabkoland”,
14-18 czerwiec 2006 „XL Jubileuszowy Rajd Oddziałowy” Beskid Śląski i Żywiecki
9 lipiec 2006 Pieniny polskie i słowackie
30 lipiec 2006r Beskid Wyspowy
23-27 lipiec 2006 „X Jubileuszowy Rajd Elektryków” – Karkonosze
6-8 październik 2006 Bieszczady i Twierdza Przemyśl
25-26 listopad 2006 Beskid Sądecki - Hala Łabowska 

Rok 2005

12- 13 luty 2005 Beskid Sądecki i Pieniny
30 marzec 2005 Zjazd Oddziału PTTK przy Zakładach Azotowych w Tarnowie Mościcach 
24 kwiecień 2005 Pogórze Wielickie
15 maj 2005 Pieniny - wycieczka dla pracowników Centrum Elektrociepłowni ZAT.
22 maj 2005 Beskid Wyspowy
24-26 czerwiec 2005 „XXXIX Rajd Oddziałowy – Beskid Żywiecki”
17 lipiec 2005 Pieniny Spiskie
24-28 sierpień 2005 „IX Rajd Elektryków – Beskid Śląski”
18 wrzesień 2005 Beskid Niski
24 wrzesień 2005 Góry Świętokrzyskie - wycieczka dla pracowników Centrum Elektrociepłowni
14-16 październik 2005 Jesienny Rajd Bieszczadzki
19-20 listopad 2005 Wycieczka w Beskid Sądecki  - Wierchomla
9 grudzień 2005 Nadzwyczajne walne zebranie członków Koła PTTK  Nr 17 „Elektryczny”

Rok 2004

28-29 luty 2004 Beskid Sądecki - Cyrla
28 marzec 2004 Pogórze Rożnowskie - Jamna
24 kwiecień 2004 Pogórze Strzyżowskie
23 maj 2004 Beskid Sądecki – Pasmo Leluchowskie
20 czerwiec 2004 Beskid Makowski
11 lipiec 20047 Beskid Wyspowy - wycieczka na borówki
23-25 lipiec 2004 Rajd w Beskidzie Niskim „Huta Polańska 2004”
25-29 sierpień 2004 „VIII Rajd Elektryków – Karkonosze 2004”
19 wrzesień 2004 Gorce
9-10 październik 2004 Beskid Dukielski
20-21 listopad 2004 Gorce
26 listopad 2004 Walne zebranie sprawozdawczo wyborcze członków Koła PTTK  Nr 17 „Elektryczny” 

Rok 2003

27 kwiecień 2003 Pasmo Łososińskie. Beskid Wyspowy
25 maj 2003 Gorce
13 lipiec 2003 Beskid Sądecki – Pasmo Radziejowej
10 sierpień 2003 Beskid Wyspowy
29-31  sierpień 2003 Słowacja - Niżne Tatry 
14 wrzesień 2003 Beskid Średni – Pasmo Lubomira i Łysiny
10-12 październik 2003 „VII Rajd Elektryków” – Bieszczady
9 listopad 2003 Pogórze Rożnowskie

Rok 2002

10 marzec 2002 Ciężkowice
3 maj 2002 Pogórze Rożnowskie – pasmo Rosochatki
26 maj 2002 Beskid Niski
30 czerwiec 2002 Beskid Wyspowy
21 lipiec 2002 Pasmo Orawsko – Podhalańskie
23-25 sierpień 2002 Słowacja Niżne Tatry
11-13 październik 2002 „VI Rajd Elektryków” w Beskidzie Małym
20 październik 2002 Brzanka
25 październik 2002 Obchody 35-lecia Oddziału PTTK Tarnów „Azoty”

Rok 2001

31 marzec - 1 kwiecień 2001 Beskid Sądecki 
22 kwiecień 2001 Pogórze Wielickie
8 lipiec 2001 Beskid Makowski - Pasmo Koskowej Góry
24-26 sierpień 2001 Słowacja – Mała Fatra
23 wrzesień 2001 Beskid Niski – pasmo Suchej Homoli i Chełmu
5-7 październik 2001 „V Rajd Elektryków” w Beskidzie Żywieckim

Rok 2000

11-12 listopad 2000 „IV Rajd Elektryków”–Gorce i Pieniny
11 listopad 2000 Walne zebranie sprawozdawczo wyborcze członków Koła PTTK Nr 17 „Elektryczny”

Rok 1999

27 czerwiec 1999 Cerkwie w Beskidzie Niskim
9-11 lipiec 1999 „III Rajd Elektryków” – Beskid Żywiecki.

Rok 1998

27 luty - 1 marca 1998 Łomnica Zdrój 
22-24 maja 1998 Babia Góra
9-13 wrzesień 1998 „II Rajd Elektryków” w Górach Stołowych

Rok 1997

3 sierpień 1997 Beskid Niski – Magurski Park Narodowy 
31 sierpień 1997 Dobczyce i  Beskid Wyspowy
12-14 wrzesień 1997 „I Rajd Elektryków” – Beskid Sądecki – Pasmo Jaworzyny Krynickiej 

Kronikę założono w lutym 2002 roku

Rok 1997

WYCIECZKA W BESKID NISKI – MAGURSKI PARK NARODOWY – 3 sierpnia 1997 rok.

Pierwsza wycieczka naszego Koła odbyła się w niedzielę 3 sierpnia 1997 roku. Wyjechaliśmy autokarem „Autozatu” o godz. 730 do miejscowości Bartne, gdzie zwiedziliśmy zabytkową cerkiew grekokatolicką (filia Muzeum Okręgowego w Nowym Sączu). Następnie grupa wyruszyła pieszo żółtym szlakiem na zbocza Magury Wątkowskiej do rezerwatu „Kornuty”, później zielonym szlakiem wzdłuż grzbietu Magury Wątkowskiej i czerwonym szlakiem do bacówki PTTK w Bartnem. W bacówce mieliśmy dłuższy odpoczynek, by wyruszyć niebieskim szlakiem do miejscowości Banica. Tam odbyło się ognisko z pieczeniem kiełbasy i „biesiadą turystyczną”.

 Podsumowując, wycieczkę należy zaliczyć do udanych, pogoda co prawda była „taka sobie”, a na szlaku było dużo „błocka”, za to frekwencja jak na pierwszą wycieczkę była imponująca – 50 osób, nastroje w grupie, biorąc pod uwagę warunki na szlaku, też były całkiem niezłe, szczególnie poprawiły się one podczas biesiady turystycznej w Banicy.

 Wycieczkę zorganizował Tomek Szwed („Prezes”), grupę prowadził Jacek Szczebak. Do Tarnowa powróciliśmy autokarem późnym popołudniem

WYCIECZKA DO DOBCZYC I W BESKID WYSPOWY – 31 sierpnia 1997 rok.

 Kolejna wycieczka naszego Koła odbyła się w niedzielę 31 sierpnia 1997 roku. Wyjazd o godz. 730 autokarem „Autozatu” z Tarnowa do Dobczyc. W Dobczycach zwiedziliśmy zrekonstruowane ruiny średnio-wiecznego zamku na wzgórzu nad rzeką Rabą, oraz skansen budownictwa ludowego zlokalizowany w pobliżu ruin zamku. Muzeum na Dobczyckim zamku oraz skansen zorganizował i prowadzi Oddział PTTK w Dobczycach, on też zajmuje się obsługą przewodnicką po muzeum. Trzeba przyznać, że działacze z Dobczyckiego PTTK-u, pomimo skromnych funduszy, podjęli się ogromnego zadania rekonstrukcji ruin zamku i zorganizowaniu w nich muzeum oraz utworzenia w okolicy skansenu. Wyobraźmy sobie skalę tego przedsięwzięcia; to tak jakby obydwa tarnowskie Oddziały PTTK podjęły się rekonstrukcji ruin zamku na Górze św. Marcina w Tarnowie. Wypada tylko pogratulować Kolegom z Dobczyc.

 Z Dobczyc podjechaliśmy autokarem do Kasiny Wielkiej, skąd niebieskim szlakiem rozpoczęliśmy mozolne podejście na Śnieżnicę (1006 m.n.p.m.). Ze Śnieżnicy „wartkie” zejście na przełęcz w Gruszowcu, gdzie mieliśmy dłuższy odpoczynek. Po zasłużonym odpoczynku rozpoczął się najtrudniejszy odcinek naszej wędrówki: wejście na Ćwilin (1072 m.n.p.m.) niebieskim szlakiem przez tzw. „beskidzką ścianę płaczu” – jest to jeden z najsrtomszych odcinków szlaków w całych Beskidach. Na widokowej szczytowej polanie Ćwilina krótki, ale bardzo potrzebny odpoczynek i zejście niebieskim szlakiem do Jurkowa gdzie czekał na nas autokar. Z Jurkowa autokar przewiózł uczestników na Przełęcz Rydza-Śmigłego (800 m.n.p.m.) pomiędzy Łopieniem (951 m.n.p.m.) a Mogielicą (1170 m.n.p.m.) – najwyższym szczytem Beskidu Wyspowego. Na przełęczy odbyło się ognisko z tradycyjnym pieczeniem kiełbasy i śpiewami turystycznymi. Po ognisku powrót autokarem do Tarnowa w godzinach wieczornych.

 Podsumowując, wycieczkę można zaliczyć – mimo dość niskiej frekwencji (17 osób) – do udanych, pogoda dopisała, nastroje w grupie też. Wycieczkę zorganizowali i prowadzili: Jacek Szczebak i Jasiek Kaczor.

 I RAJD ELEKTRYKÓW” – BESKID SĄDECKI – PASMO JAWORZYNY KRYNIKCIEJ

12 – 14 września 1997 rok.

 Pierwsza z cyklicznych wielodniowych imprez turystycznych organizowanych przez nasze Koło pod nazwą „Rajd Elektryków”, odbyła się w dniach 12 – 14 września 1997 roku w Paśmie Jaworzyny Beskidu Sądeckiego z bazą noclegową na kwaterach prywatnych w Krynicy – Czarnym Potoku. Z Tarnowa wyjechaliśmy tradycyjnie już autokarem „Autozatu”, w piątek 12 września o godz. 1700, na miejsce zakwaterowania w Czarnym Potoku dotarliśmy po godz. 19. Zakwaterowanie mieliśmy w prywatnym pensjonacie – kilka domów i domków na wspólnej posesji z basenem – niestety na korzystanie z niego było trochę za zimno, ale i tak stanowił on niezłą atrakcję – trzeba było nieźle uważać, szczególnie po zmroku, aby nie „zaliczyć” nieprzewidzianej kąpieli, na szczęście nikomu z uczestników Rajdu to się nie przytrafiło. W piątkowy wieczór uczestnicy mieli czas wolny, część z nich zwiedzała Krynicę, inni organizowali sobie czas na „biesiadach” w małych gronach.

 W sobotę o godz. 900 autokar przewiózł uczestników do Muszyny, gdzie zwiedziliśmy Muzeum Regionalne PTTK. Następnie część grupy wyszła na trasę zielonym szlakiem na Jaworzynę (1114 m.n.p.m.), drugą część grupy autokar przewiózł do Żegiestowa, skąd żółtym szlakiem podeszła ona na Pustą Wielką (1061 m.n.p.m.) – gdzie mieliśmy krótki odpoczynek – i dalej niebieskim szlakiem przez malowniczy i widokowy grzbiet Jaworzynki (1002 m.n.p.m.) i Młaków do Bacówki nad Wierchomlą (kolejny odpoczynek), Runek (1080 m.n.p.m.) i na Jaworzynę Krynicką. Z Jaworzyny cała grupa zeszła czerwonym szlakiem do Doliny Czarnego Potoku na kwatery. O godz. 1900 rozpoczęło się ognisko z pieczeniem kiełbasy i śpiewami czyli tradycyjna „biesiada turystyczna”.

 W niedzielę rano podjechaliśmy autokarem do Powroźnika, gdzie zwiedziliśmy zabytkową cerkiew p.w. św. Jakuba z XVII wieku, o godz. 1100 chętni uczestniczyli w Mszy św. – cerkiew jest obecnie kościołem rzymskokatolickim. Z Powroźnika część uczestników wyszła niebieskim szlakiem przez Bradowiec (770 m.n.p.m.) i Szalone (832 m.n.p.m.) na Górę Parkową (741 m.n.p.m.). Drugą część uczestników autokar podwiózł do Tylicza skąd czarnym szlakiem wyszli przez Szwarcową (795 m.n.p.m.) na Huzary (865 m.n.p.m.) i dalej żółtym szlakiem na Górę Parkową, skąd zejście obu grup do Krynicy i indywidualne zwiedzanie uzdrowiska, później pieszy powrót do Czarnego Potoku na miejsce zakwaterowania. W godzinach popołudniowych autokar podwiózł chętnych pod dolną stację kolejki gondolowej na Jaworzynę, gdzie mieli możliwość zaliczyć przejażdżkę tą atrakcją. Wyjazd z Czarnego Potoku o 1800, w Tarnowie byliśmy po 2000.

 „I Rajd Elektryków” – naszą pierwszą wielodniową imprezę – trzeba podsumować jako udaną, pogoda wręcz „wymarzona”, uczestnicy dopisali (35 osób). Rajd zorganizował „Prezes” Tomek Szwed i prowadził on grupę po szlakach wraz z Olkiem Dulębą.

I tak zakończyliśmy działalność Koła w 1997 roku. Co prawda w planach Zarządu były jeszcze dwie wycieczki jednodniowe w październiku i listopadzie, ale nie odbyły się one z powodu złych warunków atmosferycznych i braku chętnych. Pierwszy rok działalności Koła, a właściwie półrocze bo działaliśmy od czerwca, należy uznać za udany, zwłaszcza gdy porównamy naszą działalność do innych Kół z naszego Oddziału.


Rok 1998

WYCIECZKA DO ŁOMNICY ZDROJU

27 luty – 1 marca 1998 roku.

 Nowy rok działalności Koła zaczął się dość wcześnie, bo już pod koniec lutego 1998 roku, wycieczką do Łomnicy Zdroju. Zakwaterowanie mieliśmy w Domu Wczasowym „Chemik” – byłym ośrodku Zakładów Azotowych.

 Wyjazd z Tarnowa w piątek o godz. 1700 autokarem „Autozatu”, w Łomnicy byliśmy około 1900. Po zakwaterowaniu – czas wolny, a wieczorem w świetlicy ośrodka śpiewy przy gitarze.

 Pomimo zimowej pory, aura była wiosenna, brak śniegu i dobre warunki do wędrówki. Nie udały się więc plany niektórych uczestników, szusowania na nartach w Suchej Dolinie.

 W sobotę o godz. 900 wyjazd grupy autokarem do Wierchomli Małej, skąd wyjście czarnym szlakiem do Bacówki nad Wierchomlą. Po krótkim odpoczynku w Bacówce, przejście niebieskim szlakiem na Runek i dalej czerwonym szlakiem do schroniska PTTK na Hali Łabowskiej. W schronisku dłuższy odpoczynek i zejście pięknym, choć stromym niebieskim szlakiem do Łomnicy Zdroju, skąd autokar podwiózł uczestników do ośrodka. Wieczorem odbyła się tradycyjna biesiada turystyczna przy ognisku połączona z pieczeniem kiełbasy i śpiewami przy gitarze.

 W niedzielę aura okazała się już mniej łaskawa, w nocy chwycił mróz i zaczęło mocno dmuchać. Organizatorzy zarządzili więc w tym dniu czas wolny. Część uczestników wybrała się na indywidualne wędrówki górskie, inni poświęcili się zwiedzaniu pobliskiej Piwnicznej. Wczesnym popołudniem powrót autokarem do Tarnowa.

 Wycieczka była dość udana, pogoda jak na tę porę roku – niezła, uczestnicy dopisali (39 osób). Wycieczkę zorganizowali i prowadzili: Tomek Szwed i Jacek Szczebak.

WYCIECZKA NA BABIĄ GÓRĘ

22 – 24 maja 1998 roku.

 Była to pierwsza tego typu wycieczka – by nie powiedzieć „wpadka” – naszego Koła. Ale po kolei. Organizatorzy – Jacek Szczebak i Jasiek Kaczor – już trzy miesiące przed wycieczką rozpoczęli przygotowania: zarezerwowano noclegi i autokar, przygotowano plakat informacyjny, wydrukowano programy wycieczki, ogłoszono w zakładowym radiowęźle. Wstępne zainteresowanie wycieczką było spore. Ale tym razem pogoda przygotowała nam przykrą niespodziankę. Już na dwa tygodnie przed wycieczką było paskudnie, a prognozy jeszcze gorsze. Rozpoczęła się masowa „rejterada” uczestników, pozostali tylko najodważniejsi. Na trzy dni przed wyjazdem, wycieczkę trzeba było odwołać. O ile z odwołaniem autokaru nie było problemu – „Autozat” nie pobiera zaliczki, to z noclegami było gorzej – wpłaciliśmy zaliczkę która mogła przepaść, a to na pewno nie spodobałoby się naszej Pani Księgowej. Postanowiliśmy więc jechać małą grupą – pięć osób – prywatnym samochodem, aby uratować wpłacone pieniądze.

 Oczywiście zmienił się program wycieczki, został dostosowany do potrzeb naszej grupy. Wyjazd w piątek zamiast rano – popołudniem. W momencie wyjazdu w Tarnowie padał śnieg z deszczem, warunki na drodze były fatalne, ale jakoś szczęśliwie udało się nam dojechać do Zawoi. Noclegi mieliśmy zarezerwowane w D.W. PTTK „Hanka”. Gospodarz, gdy zobaczył naszą grupę, nie chciał nas przyjąć, bo jak powiedział, oczekuje dużej grupy z Tarnowa. Dopiero po dłuższych tłumaczeniach zrozumiał, że ta „duża grupa” to my – pięć osób. Oczywiście nie był zadowolony, z trudem dał się „udobruchać” i wpłacone wcześniej pieniądze rozliczył jako należność za nasze noclegi – zaliczka została uratowana. W piątkowe popołudnie odbyliśmy krótki spacer po Zawoi, a wieczorem kameralną biesiadę przy gitarze.

 W sobotę rano pogoda zdecydowanie się poprawiła, świeciło nawet słońce, więc wyruszyliśmy na „Królową Beskidów” – Babią Górę (1725 m.n.p.m.). Szliśmy przez Markową zielonym szlakiem do schroniska PTTK na Markowych Szczawinach, tam pogoda była jeszcze piękna. Po krótkim odpoczynku wyszliśmy żółtym szlakiem – „Percią Akademików” – w kierunku wierzchołka Babiej. Tuż powyżej górnej granicy lasu zaczęły się tworzyć mgły i chmury, po przejściu odcinka z łańcuchami zaczęło mocno dmuchać. Na wysokości ponad 1500 m. warunki były już na tyle trudne (widoczność ok. 3 m., porywisty wiatr i sypiący śnieg), że odwrót tą samą trasą byłby niebezpieczny – śnieg zawiał nasze ślady i mogliśmy nie trafić na łańcuchy. Na szczęście dobrze znaliśmy zejście do schroniska przez przełęcz Brona, więc nie zważając na warunki dalej dreptaliśmy w kierunku szczytu. Dopiero po wejściu na grań przekonaliśmy się co znaczy wiatr na Babiej Górze – niektórych z nas wywracał (dosłownie). Do szczytu pozostało nam parę kroków i tam można się było trochę osłonić przed wiatrem za murkiem z kamieni.

 Dochodząc do szczytu słychać było dziwne głosy i nawoływania. Wyglądało na to, że jacyś turyści błądzą w okolicach szczytu. Na szczycie okazało się, że jest to około 25 osobowa grupa turystów, od pół godziny błądząca po szczycie w poszukiwaniu zejścia na przełęcz Krowiarki, do autobusu (weszli od Stańcowej). Po krótkiej rozmowie widać było, że coś z tą grupą jest nie tak – nie bardzo wiedzą co zrobić i trochę jakby panikowali. Oczywiście odradziliśmy im schodzenie w tych warunkach na przełęcz Krowiarki i zaproponowaliśmy wspólne zejście do schroniska czerwonym szlakiem. Zejście ze szczytu w takich warunkach dało nam nieźle w kość, ale po wejściu w kosodrzewinę było trochę lepiej, mniej wiało, lepsza widoczność i jakoś szczęśliwie udało nam się zejść do schroniska, gdzie nasi „błądzący turyści” ugościli nas pewnym złocistym napojem wyprodukowanym w Żywcu.

 Po dłuższym odpoczynku, zeszliśmy czarnym szlakiem w kierunku Zawoi, z końcowym wariantem bez szlaku, tak aby zejść w okolicy D.W. „Hanka”. Jak to zwykle bywa ze skrótami, przeważnie wprowadzają one nas w kłopoty. Okazało się, że zeszliśmy dokładnie naprzeciw D.W. „Hanka”, a nasz kłopot polegał na tym, że trzeba było „tylko” przejść przez potok Markowy który w tym miejscu łączy się z potokiem Jałowieckim. Ale okazało się, że po obfitych opadach, potok ten stał się prawdziwą rzeką. Trzeba było poświęcić suche buty i po łydki w rwącej wodzie przejść przez potok. Tylko niektórzy mieli szczęście i zostali przeniesieni „na barana”. Na szczęście zaraz można było się wysuszyć i zjeść ciepły posiłek. Po dniu pełnym wrażeń mieliśmy jeszcze odrobinę sił na małą turystyczną „biesiadkę” przy gitarze.

 W niedzielę pogoda była dość dobra, więc po śniadaniu trzeba było coś zaliczyć. Wyszliśmy żółtym szlakiem przez Czatożę na Halę Czarną, skąd wraz z czerwonym szlakiem przez Górny Płaj do schroniska na Markowych Szczawinach. Po wczorajszych wrażeniach mieliśmy dość Babiej Góry i nikt z nas nie miał ochoty wychodzić powyżej schroniska. Zeszliśmy więc zielonym szlakiem, tym razem bez żadnych skrótów, przez Markową na kwatery. Po spakowaniu się, późnym popołudniem wyruszyliśmy samochodem do Tarnowa.

 Wycieczka ta, ze względu na dość nietypowy charakter i wrażenia ze szczytu, na długo zapadła w pamięci jej uczestników.

II RAJD ELEKTRYKÓW” W GÓRACH STOŁOWYCH

w dniach 9 – 13 września 1998 roku.

 Druga z corocznych wielodniowych imprez organizowanych przez nasze Koło pod nazwą „Rajd Elektryków” odbyła się w dniach 9 – 13 września 1998 roku w Górach Stołowych, z baza noclegową w prywatnym schronisku „Pod Szczelińcem” w Karłowie. Już na wstępie trzeba zaznaczyć, że była to jak do tej pory najdłuższa – pięciodniowa – impreza turystyczna organizowana przez nasze Koło. Z Tarnowa wyjechaliśmy autokarem prywatnego przewoźnika w środę 9.IX. o godz. 700, do Karłowa dotarliśmy po 1500. Po rozkwaterowaniu uczestników i krótkim odpoczynku o godz. 1630 wyszliśmy żółtym szlakiem na Szczeliniec Wielki. Zwiedzanie rezerwatu na Szczelińcu Wielkim przyniosło uczestnikom wiele frajdy i zabawy. Wszystkie te skałki, kręte korytarze, jaskinie, szczeliny, przepaście i tarasy widokowe wywarły na wszystkich ogromne wrażenie. Z kulminacji Szczelińca Wielkiego – skały o nazwie „Fotel Pradziada” (919 m.n.p.m.) – mogliśmy oglądać przepiękną panoramę okolicznych wzniesień z widokiem na Radków z zalewem. Powrót do schroniska tą samą drogą, już w godzinach wczesnowieczornych.

 W tym miejscu warto przypomnieć fakt, że nasz „Rajd” odbył się dopiero co po wielkiej powodzi w Kotlinie Kłodzkiej z końca lipca 1998 roku. Wyruszając z Tarnowa byliśmy pełni obaw czy zdołamy dotrzeć wszędzie tam gdzie zamierzamy. Jak się okazało na miejscu, wszystkie drogi były przejezdne, choć z pewnymi utrudnieniami.

 W drugim dniu – 10.IX. czwartek – wyjechaliśmy o godz. 900 autokarem do Kudowy Zdroju, gdzie był czas wolny na indywidualne zwiedzanie uzdrowiska. Kudowa na szczęście nie została dotknięta ostatnią powodzią. O godz. 1130 wyszliśmy zielonym szlakiem w kierunku Czermniej. Po drodze zwiedziliśmy sławną Kaplicę Czaszek z 1776 roku, której wewnętrzny wystrój stanowi ok. 3 tysięcy ludzkich czaszek i piszczeli żołnierzy poległych podczas wojny trzydziestoletniej, wojen śląskich oraz ofiar cholery które ówczesny proboszcz zebrał w okolicy. W Czermnej uczestnicy zobaczyli ruchomą szopkę z początku XX wieku z 250-cioma figurkami. Zwiedziliśmy również skansen budownictwa regionalnego. Z Czermnej szliśmy nadal zielonym szlakiem w kierunku Błędnych Skał. Tam zwiedziliśmy rezerwat o tej samej nazwie. Trzeba przyznać, że Błędne Skały pomimo podobieństw, różnią się sporo swym wyglądem od Szczelińca Wielkiego, więcej tu obłych skałek, ciasnych przejść i zaskakujących labiryntów, mniej za to wąskich szczelin, tarasów, przepaści i miejsc widokowych, choć i tak wszystkim bardzo się tu spodobało. Po odpoczynku wyruszyliśmy czerwonym szlakiem w kierunku Skalniaka (skąd część uczestników zeszła do Karłowa czerwonym szlakiem) i dalej zielonym szlakiem przez Lisi Grzbiet – skąd roztacza się wspaniała panorama na Szczeliniec Wielki – i Fort Karola na Lisią Przełęcz. Dalej drogą jezdną zeszliśmy do Karłowa. Wieczorem, pomimo zmęczenia dość długą trasą, odbyło się ognisko z pieczeniem kiełbasy i śpiewami.

 Dzień trzeci – 11.IX. piątek – rozpoczęliśmy o godz. 900 wyjazdem do Dusznik Zdroju. Po drodze zatrzymaliśmy się w Lewinie Kłodzkim aby obejrzeć najwyższy w Polsce kamienny wiadukt kolejowy z 1903 roku. W pobliżu wiaduktu znajduje się rodzinny dom sławnej piosenkarki Violetty Villas. W Dusznikach był czas na indywidualne zwiedzanie uzdrowiska. Zobaczyliśmy jak wielkie szkody wyrządziła tam niedawna powódź. W samych Dusznikach w ciągu pięciu godzin spadło 170 mm deszczu - tyle co w ciągu półtora miesiąca. Zerwane chodniki i nawierzchnie ulic, uszkodzone domy zalane na wysokość 2 – 3 metrów, przyniesione przez wodę gałęzie i konary drzew, zniszczone muzeum w „Starej Papierni” – te i inne „obrazki” wywarły na nas dość przygnębiające wrażenie. Podczas naszej obecności trwały intensywne prace renowacyjne – niedługo miał się odbyć w uzdrowisku kolejny ze słynnych „Festiwali Szopenowskich”. Po zwiedzeniu Dusznik Zdroju, autokar przewiózł uczestników do Batorowa, skąd wyszliśmy zielonym szlakiem na „Skały Józefa”, następnie na malownicze Urwisko Batorowskie i Skały Puchacza. Później niebieskim szlakiem przez Kopę Śmierci i Narożnik na Lisią Przełęcz (część uczestników zeszła stąd do Karłowa). Z Lisiej Przełęczy bardzo malowniczym żółtym szlakiem przez Białe Skały doszliśmy do rezerwatu „Wielkie Torfowisko Batorowskie” i dalej bez szlaku „Praskim Traktem” powrót do Karłowa. Wieczorem powtórka z dnia wczorajszego: ognisko, śpiewy i dobra zabawa.

 W sobotę (12.IX.) od samego rana pogoda wyraźnie się pogorszyła – padał drobny „kapuśniaczek” i ochłodziło się. Do tego po ostatnich dwóch dniach „ostrego chodzenia” część uczestników straciło ochotę na dalsze wędrówki. Podzieliliśmy się więc na dwie grupy: pierwszą wyruszającą na pieszą wędrówkę zgodnie z programem Rajdu i drugą, która w tym dniu odbyła autokarową wycieczkę po okolicy. O godz. 900 autokar przywiózł wszystkich do Batorowa, skąd pierwsza grupa wyszła na trasę. Z Batorowa żółtym szlakiem przez Cygański Wąwóz do Batorówka i dalej przez Dzik i Rogacz do Kruczej Skały, następnie zielonym szlakiem przez Skały Pielgrzym, Słoneczne Skały, Bastion i Stroczy Dział do Drogi Nad Urwiskiem i czerwonym szlakiem zboczem Szczelińca Wielkiego zejście do Karłowa. W tym czasie druga część grupy pojechała autokarem do Polanicy Zdroju, gdzie był czas na indywidualne zwiedzanie uzdrowiska. Polanica również dość mocno ucierpiała podczas ostatniej powodzi o czym przekonaliśmy się na własne oczy. Z Polanicy pojechaliśmy do Ratna Dolnego gdzie zwiedziliśmy renesansowo - barokowy zespół pałacowy – dziś niestety popadający w ruinę. Z Ratna udaliśmy się do bardzo malowniczego miasteczka – Radkowa – gdzie każdy z uczestników mógł zapoznać się z zabytkową zabudową miasteczka. Z Radkowa powrót autokarem do Karłowa pięknie poprowadzoną górską drogą „Stu Zakrętów”. Z powodu deszczu codzienną wieczorną „biesiadę” – za zgodą Kierowniczki schroniska – odbyliśmy w centralnym korytarzu schroniska adoptowanym na świetlicę i kuchnię turystyczną. Kiełbasa przeznaczona w tym dniu na ognisko, z przyczyn obiektywnych (brak ogniska) nie mogła zostać upieczona, więc w kuchni schroniskowej została przyrządzona jako tzw. „kiełbasa z wody” i zaserwowana uczestnikom biesiady. I taka mała uwaga związana z „kuchnią”: podczas Rajdu uczestnicy uzbierali całą masę grzybów, od pospolitych maślaków po wyborne borowiki, i codziennie wieczorem wszystkie te grzyby były przyrządzane na różne sposoby właśnie w naszej schroniskowej kuchni turystycznej. Proszę sobie wyobrazić, jakie smakowite zapachy rozchodziły się po całym schronisku.

 Ostatni dzień naszego Rajdu (niedziela) rozpoczął się od wielkiego pakowania. Już spakowani, z wszystkimi bagażami wyjechaliśmy tuż po 900 do Wambierzyc. W Wambierzycach był czas wolny na zwiedzanie Sanktuarium Maryjnego zwanego Śląską Jerozolimą. W skład jego wchodzą: barokowy kościół p.w. Nawiedzenia N.M.P. z gotycką figurą Matki Boskiej z Dzieciątkiem, cały zespół zabudowań klasztornych oraz Kalwaria zlokalizowana na pobliskich wzgórzach. Uczestnicy Rajdu mieli możliwość uczestnictwa we mszy św. w Bazylice. Z Wambierzyc wyjechaliśmy o godz. 1330, do Tarnowa dotarliśmy na 2200. I tu spotkała uczestników naszego Rajdu niemiła niespodzianka. Otóż okazało się, że bagażnik naszego autokaru niestety nie był wodoszczelny, a ponieważ przez większość powrotnej drogi padał deszcz, wszystkie plecaki znajdujące się w bagażniku były przemoczone „do suchej nitki” i ważyły średnio po parę kilogramów więcej. Co prawda właściciel firmy w której wynajęliśmy autokar wystosował oficjalne przeprosiny, ale i tak uczestnicy „przeklinali na czym świat stoi”, no i oberwało się również organizatorom.

 Jeżeli chodzi o podsumowanie imprezy, to i tak pomimo paru małych „zgrzytów” „II Rajd Elektryków” należy uznać za bardzo udany. Pogoda przez pierwsze trzy dni była wyśmienita, pod koniec trochę padało. Frekwencja też całkiem niezła: 37 osób, w tym sześć osób z Oddziału „Ziemi Tarnowskiej” PTTK, i jako podsumowanie Rajdu przytoczę opinię jednego z Nich: „impreza zorganizowana wyśmienicie, bez zbędnej biurokracji, prowadzona w ciekawych miejscach i z dużą swobodą dla uczestników, a co najważniejsze bardzo tania”. I ta opinia jest najlepszą nagrodą dla organizatorów i prowadzących ten Rajd, a byli nimi Jacek Szczebak i Jasiek Kaczor. Sponsorem wydawnictw turystycznych na upominki dla uczestników była Księgarnia „Pan Tadeusz” (Tarnów, ul. Krakowska 47), która poleca wszystkim turystom szeroki wybór map i przewodników, nie tylko górskich.

Na tym zakończyliśmy działalność Koła w 1998 roku. Podsumowując go, należy zaznaczyć spore zaangażowanie w organizację imprez wielodniowych, gorzej było natomiast z wycieczkami jednodniowymi, które są przecież łatwiejsze w organizacji. Dodać również trzeba, że gdzieś pod koniec września zrezygnował z działalności w naszym Kole „Prezes” Tomek Szwed, co negatywnie odbiło się na następnych dwóch latach funkcjonowania Koła. Do wyboru nowego Zarządu pod koniec 2000 roku nastały „chude lata” dla naszego Koła.

Rok 1999

WYCIECZKA KRAJOZNAWCZA „CERKWIE W BESKIDZIE NISKIM”

27 czerwca 1999 roku.

 Była to pierwsza z zaplanowanych w tej formie wycieczek. Ponieważ od pewnego czasu były problemy ze skompletowaniem grupy na cały autokar, postanowiliśmy zorganizować wycieczkę w mniejszym gronie, a jako środek transportu wynająć BUS-a. I tutaj napotkaliśmy pewien problem. Otóż Dział Socjalny Z.A. S.A. nie zgodził się na pokrycie kosztów BUS-a dla pracowników zakładów, co czyni gdy wynajmujemy duży autokar. Po przeliczeniu kosztów wynajęcia doszliśmy do wniosku, że BUSem jest i tak o wiele taniej, niż gdyby jechać autobusem kursowym PKS, a do tego BUS jest o wiele bardziej „dyspozycyjny”. Wycieczka nasza była zaplanowana i ukierunkowana za zwiedzanie cerkwi, których w Beskidzie Niskim jest sporo, i miała mieć charakter objazdowy, z krótką trasą pieszą. Tak więc wyjechaliśmy BUS-em z Tarnowa o godz. 715 i przez Ciężkowice oraz Grybów dojechaliśmy do Florynki. Tutaj zwiedzanie murowanej cerkwi z 1875 roku oraz cmentarza nr 126 z I wojny światowej. Następnie: drewniana cerkiew p.w. św. Michała Archanioła z 1797 roku w Brunarach Wyżnych, drewniana cerkiew p.w. św. Dymitra z 1764 roku w Czarnej, drewniana cerkiew p.w. św. Dymitra z 1755 roku w Śnietnicy, drewniana cerkiew p.w. śś. Kosmy i Damiana z 1787 roku w Banicy.

 Z Banicy wyszliśmy na krótką trasę pieszą do Izb – klasycystyczna murowana cerkiew p.w. św. Łukasza z 1888 roku – następnie wzdłuż rzeki Białej w kierunku jej źródeł. Po drodze w miejscu nieistniejącej już dziś wsi Bieliczna pięknie położona murowana cerkiew p.w. św. Michała Archanioła z XIX wieku. Powyżej Bielicznej, już bezdrożami staraliśmy się dotrzeć do źródła rzeki Białej, która kończy swój bieg w Tarnowie wpadając do Dunajca, a w widłach tych dwóch rzek położone są Zakłady Azotowe. Tuż poniżej przełęczy Pułaskiego udało nam się natrafić na jeden z nikłych potoków źródliskowych Białej. Od przełęczy Pułaskiego, zielonym granicznym szlakiem przeszliśmy do Wysowej. Tam zobaczyliśmy drewnianą cerkiew p.w. św. Michała z 1779 roku, oraz drewniany kościół p.w. Nawiedzenia N.M.P. z 1938 roku.

 W Wysowej miało miejsce małe nieporozumienie z kierowcą BUS-a. Umówiliśmy się , że będzie on na nas czekał obok przystanku PKS w Wysowej. Mieliśmy na myśli przystanek w centrum obok cerkwi, on natomiast czekał na nas na końcowym przystanku w Wysowej Zdroju i przez dobrą godzinę szukaliśmy się nawzajem po całej Wysowej.

 Z Wysowej wyjechaliśmy zwiedzać następne cerkiewki: drewniana cerkiew p.w. Opieki Bogarodzicy z I połowy XIX wieku w Hańczowej, drewniana cerkiew p.w. św. Paraskewy z 1700 w Kwiatoniu. Następnie: drewniana cerkiew p.w. śś. Kosmy i Damiana z 1837 roku w Skwirtnem i nietypowa w tym rejonie drewniana cerkiew na planie krzyża greckiego, typu huculskiego (wschodniobeskidzkiego) p.w. św. Michała Archanioła z 1938 roku w Gładyszowie. Z Gładyszowa wyjechaliśmy na przełęcz Małastowską, gdzie po zwiedzeniu cmentarza z okresu I wojny światowej odbyło się ognisko z pieczeniem kiełbasy. Po ognisku zwiedzanie kolejnych cerkiewek: drewniana cerkiew p.w. św. Michała Archanioła z 1813 roku w Ropicy Górnej, oraz tym razem przepiękny gotycki drewniany kościół p.w. św. Jakuba i Filipa z 1520 roku w Sękowej. Z Sękowej podjechaliśmy do Owczar (dawniej Rychwałd) gdzie obejrzeliśmy najstarszą w rejonie Beskidu Niskiego drewnianą cerkiew w stylu zachodniołemkowskim z 1653 roku p.w. Opieki N.M.P.

 Z Owczar po dniu pełnym wrażeń, wyruszyliśmy do Tarnowa gdzie byliśmy, pomimo długiego dnia, już po zmroku.

 Wycieczka nasza, pomimo trochę wyższych kosztów niż początkowo zakładano, bardzo spodobała się wszystkim uczestnikom, planowano nawet następne tego typu wycieczki, bo cerkwi godnych zwiedzania w Beskidzie Niskim jeszcze sporo zostało. W wycieczce brało udział 8 osób zorganizował ją i prowadził Jacek Szczebak.

 III RAJD ELEKTRYKÓW” – BESKID ŻYWIECKI. 9 – 11 lipca 1999 roku.

 Kolejny „Rajd Elektryków” odbył się w dniach 9 – 11 lipca 1999 roku w Beskidzie Żywieckim z bazą noclegową w „Hotelu Myśliwskim” w Ujsołach. Od jakiegoś czasu nasze Koło prześladował chyba „zły los”, bo pomimo zorganizowania Rajdu (noclegi, autokar, zwiedzanie elektrowni szczytowo-pompowej Porąbka – Żar, plakaty), pogoda znowu spłatała nam figla i pomimo wstępnie sporego zainteresowania Rajdem, nie udało się zebrać tylu uczestników aby można było jechać autokarem. Na niecały tydzień przed wyjazdem odwołaliśmy sporą część noclegów oraz autokar i wynajęliśmy małego, ośmioosobowego BUS-a z Gminnego Ośrodka Kultury w Lisiej Górze. Odwołaliśmy również zwiedzanie elektrowni Porąbka – Żar. Oczywiście wyjazd BUS-em spowodował zwiększenie kosztów uczestnictwa, ale te osiem osób udało się jakoś zebrać.

 Z Tarnowa wyjechaliśmy BUS-em o godz. 700 i przez Kraków, Wadowice, Andrychów, malowniczą trasą przez przełęcz Kocierską i Żywiec udaliśmy się do Korbielowa. Podczas podróży BUS-em słuchaliśmy wiadomości radiowych, w których donoszono o trąbach powietrznych i gradobiciach w gminach Rajcza i Milówka w Beskidzie Żywieckim. Nie napawało nas to zbytnim optymizmem, ale po przyjeździe do Korbielowa okazało się, że nie jest aż tak źle i można wyruszyć w góry. Wyszliśmy żółtym szlakiem przez Łabysówkę (904 m.n.p.m.) na przełęcz Przysłopy (847 m.n.p.m.), skąd czarnym szlakiem przez Uszczawne Niżne (1051 m.n.p.m.) i Wyżne (1145 m.n.p.m.), dalej we mgle i chmurach zielonym szlakiem przez Skałkę (1235 m.n.p.m.) do schroniska PTTK na Hali Miziowej. Tutaj zasłużony odpoczynek. Pomimo złej pogody, część uczestników odbyła stąd wycieczkę na pobliskie Pilsko (1557 m.n.p.m.). Z Hali Miziowej zeszliśmy czerwonym szlakiem na przełęcz Glinne, gdzie czekał na nas BUS. Z przełęczy Glinne przejechaliśmy przez Jeleśnię, Żywiec, Węgierską Górkę, Milówkę i Rajczę do Ujsoł na miejsce zakwaterowania. Wieczorem pomimo zmęczenia dzisiejszą trasą, mieliśmy małą biesiadę turystyczną przy gitarze w świetlicy hotelowej.

 Drugi dzień (sobota) przywitał nas słoneczną pogodą, tak więc w dobrym nastroju rozpoczęliśmy go o godz. 830 wyjazdem do Żabnicy Małej. Po drodze na stokach Biernatki (791 m.n.p.m.) nad Rajczą, zobaczyliśmy skutki niedawnej trąby powietrznej: kilka hektarów lasu połamanego jak zapałki, i aż strach pomyśleć co by się działo, gdyby taka „trąba” spotkała nas na szlaku. Z Żabnicy Małej wyszliśmy niebieskim szlakiem w kierunku schroniska PTTK na Hali Boraczej. Na zboczach Prusowa (1010 m.n.p.m.) oglądaliśmy skutki przedwczorajszego gradobicia: trawa wysoka na kilkadziesiąt centymetrów dosłownie wbita w ziemię oraz mnóstwo świeżych zielonych liści strąconych z drzew przez grad. Z płd. – wsch. zboczy Prusowa oglądaliśmy przepiękną panoramę: od Redykalnego poprzez Boraczy Wierch, Lipowską i Rysiankę po Romankę ze zboczem Słowianki. W schronisku na Boraczej krótki odpoczynek, po którym wyjście zielonym a następnie czarnym szlakiem na Halę Redykalną, skąd żółtym szlakiem przez Redykalny Wierch (1146 m.n.p.m.), Boraczy Wierch (1244 m.n.p.m.) do schroniska PTTK na Hali Lipowskiej i dalej do pobliskiego schroniska PTTK na Hali Rysiance. Tutaj wymuszony sytuacją bardzo długi odpoczynek, ponieważ jak się okazało trzy z naszych koleżanek gdzieś się „zapodziały”. Otóż okazało się, że po wyjściu ze schroniska na Boraczej tak były zajęte rozmową i zbieraniem borówek, że poszły owszem zielonym szlakiem, tyle że nie w tym kierunku co trzeba i dopiero przed samą Milówką zorientowały się, że idą w złym kierunku. Oczywiście wróciły na Halę Boraczą i dalej już właściwą trasą wyruszyły w kierunku Rysianki, ale i tak miały ponad dwie godziny spóźnienia. Powstało nawet dość zabawne określenie na zaistniałą sytuację: „jak na borówki to tylko do Milówki”. W czasie wymuszonego postoju na Rysiance, troje z pięciorga czekających uczestników postanowiło wyruszyć zgodnie z programem Rajdu, żółtym szlakiem na Romankę (1366 m.n.p.m.) i dalej niebieskim szlakiem przez Słowiankę zejść czarnym szlakiem do Żabnicy – Skałki. Dwoje pozostałych, w tym prowadzący grupę, wyszli naprzeciw zagubionym koleżankom. Spotkaliśmy je już pomiędzy Lipowską a Rysianką i oczywiście nasze „zguby” zebrały „burę” od prowadzącego, któremu i tak „kamień spadł z serca”, że wszystko dobrze się skończyło. Daliśmy naszym „zgubom” czas na krótki odpoczynek w schronisku na Rysiance i zeszliśmy krótszą trasą, zielonym szlakiem prosto do Żabnicy – Skałki. Tam z kolei okazało się, że w umówionym miejscu – na przystanku PKS – owszem czeka na nas BUS, ale gdzieś „zapodziała się” trzyosobowa grupa która poszła na Romankę. Okazało się, że poszli oni skosztować złocistego „nektaru” produkowanego w pobliskim browarze żywieckim. Po skompletowaniu wszystkich uczestników powróciliśmy naszym BUS-em do Ujsoł. Na miejscu okazało się, że na placu przed naszym hotelem odbywa się właśnie festyn ludowy. Tak więc po szybkiej kolacji, czym prędzej udaliśmy się na plac przed hotelem, aby uczestniczyć w tym wydarzeniu – zabawa z miejscowymi Góralami była wyśmienita. Już bardzo późnym wieczorem, w świetlicy hotelowej miała miejsce krótka biesiada przy gitarze. Również i na tym Rajdzie mieliśmy parę wydawnictw turystycznych ufundowanych przez naszego sponsora: Księgarnię „Pan Tadeusz”. Były to trzy komplety broszurowego przewodnika po Beskidzie Żywieckim. Oczywiście nie było potrzeby organizowania konkursów itp. aby wyłonić osoby które je otrzymają. Zgodnie, przez wszystkich uczestników przyznano je naszym koleżankom, które poszły „na borówki do Milówki”.

 Ostatni dzień Rajdu (niedziela) przywitał nas deszczową pogodą. Pomimo tego, po śniadaniu wyruszyliśmy na wędrówkę. BUS podwiózł nas do pobliskiej Soblówki, skąd podeszliśmy żółtym szlakiem do bacówki PTTK na Rycerzowej. Po krótkim odpoczynku, czerwonym szlakiem przez Wielką Rycerzową (1220 m.n.p.m.) przeszliśmy do schroniska PTTK na przełęczy Przegibek, skąd zielonym szlakiem zeszliśmy do Rycerki Górnej Kolonii. Powrót BUS-em do Ujsoł, później obiad i pakowanie. Z Ujsoł wyjazd po godz. 15 00, w Tarnowie byliśmy przed 1900.

 „III Rajd Elektryków”, poza frekwencją i pogodą był bardzo udany, przeżyliśmy sporo przygód na szlaku (i nie tylko), oraz trochę anomalii pogodowych; na szczęście oglądaliśmy tylko ich skutki. Rajd zorganizował i prowadził Jacek Szczebak, a pomagał mu w tym Jasiek Kaczor.

Rok 2000

IV RAJD ELEKTRYKÓW”–GORCE I PIENINY 11-12 LISTOPADA 2000 ROKU.

 Kolejna i jedyna w 2000 roku impreza naszego Koła – „IV Rajd Elektryków” – odbyła się w dniach 11-12 listopada na szlakach Pasma Lubania w Gorcach i Pienin słowackich. Zakwaterowanie mieliśmy w domu noclegowym w Jaworkach (budynek dawnej mleczarni). Z Tarnowa o godz. 715 wyjechaliśmy autokarem „Autozatu” do Niedzicy. Tam czas wolny na zwiedzanie niedzickiego zamku, następnie przejazd autokarem do Grywałdu, skąd wyszliśmy zielonym szlakiem na Lubań (1211 m.n.p.m.). Na Lubaniu zasłużony odpoczynek z pięknym widokiem na Jezioro Czorsztyńskie, Pieniny Spiskie i Czorsztyńskie, oraz atrakcja: pierwszy tej zimy śnieg. Zejście malowniczym czerwonym szlakiem przez Jaworzynę (1050 m.n.p.m.) i Marszałek (828 m.n.p.m.) do Krościenka, skąd autokarem do Jaworek na miejsce zakwaterowania.

 W Jaworkach zorganizowano dla uczestników Rajdu ognisko z pieczeniem kiełbasy. W tym czasie Członkowie naszego Koła odbyli Walne Zebranie Sprawozdawczo – Wyborcze o czym będzie mowa później. Ognisko, ze względu na niską temperaturę otoczenia, dość szybko się skończyło, tak więc uczestnicy przenieśli się do świetlicy, gdzie już wspólnie odbyła się biesiada turystyczna ze śpiewami przy gitarze.

 W drugim dniu Rajdu część uczestników wybrała się w pobliskie Małe Pieniny (Wąwóz Homole, Wysoka, Dolina Białej Wody). Większą część grupy autokar przewiózł zgodnie z programem do Szczawnicy Niżnej, skąd wyszliśmy przez przejście graniczne i niebieskim szlakiem do Leśnicy i dalej na przełęcz Limierz i Polanę Huty do malowniczej Drogi Pienińskiej, którą wzdłuż najpiękniejszego odcinka Przełomu Dunajca, powrót do Szczawnicy. Ze Szczawnicy autokar przewiózł uczestników do Jaworek, skąd po obiedzie i spakowaniu się, wyruszyliśmy o godz. 1630 do Tarnowa.

 Pogodę mieliśmy, jak na tę porę roku, dość udaną, uczestnicy także dopisali: 39 osób. Tak więc imprezę można uznać za udaną. Rajd zorganizowali i prowadzili: Wacek Krupski oraz gościnnie Vice Prezes Zarządu naszego Oddziału Jan Knapik.

Podsumowanie dwóch ostatnich „chudych lat” wypada dość kiepsko: tylko trzy imprezy, co prawda dwie z nich wielodniowe, ale to i tak bardzo mało jak na nasze oczekiwania i możliwości. Dodać jednak należy, że członkowie naszego Koła dość licznie brali udział w imprezach organizowanych przez inne Koła i nasz Oddział PTTK. Odbyli również sporo ciekawych zagranicznych wycieczek w góry, m.in. Karpaty Wschodnie (Ukraina), Karpaty Południowe (Rumunia), Alpy (wejście na Mount Blanc), Tatry Wysokie (Słowacja). Tak więc członkowie Koła nadal czynnie uprawiali turystykę, jedynie działacze (Zarząd Koła) nie popisali się zbytnio. Pomimo tego Koło w całości i w dość dobrej formie dotrwało do Walnego Zebrania Sprawozdawczo - Wyborczego Członków Koła.

WALNE ZEBRANIE SPRAWOZDAWCZO WYBORCZE CZŁONKÓW KOŁA PTTK NR 17 „ELEKTRYCZNY” – 11 listopada 2000 roku.

 Pierwsze Walne Zebranie Sprawozdawczo – Wyborcze Członków naszego Koła odbyło się 11 listopada 2000 roku w Jaworkach podczas „IV Rajdu Elektryków”. Przebiegało ono zgodnie z Uchwałą Zarządu Głównego PTTK określającą przebieg i formę tego typu zebrań. Na wstępie wybrano Przewodniczącego obrad: Aleksander Dulęba, oraz Sekretarza obrad: Artur Rajewicz. Wybrano trzyosobową Komisję Mandatową, która na podstawie listy obecności stwierdziła prawomocność Walnego Zebrania: na 31 Członków Koła, w Zebraniu udział wzięło 17, co stanowi wymaganą większość (54,8%).

 Sprawozdanie z dotychczasowej działalności Koła w imieniu ustępującego Zarządu przedstawił Jacek Szczebak, Walne Zebranie udzieliło absolutorium ustępującym władzom Koła. Następnie wybrano Komisje: Wyborczą i Skrutacyjną, które przeprowadziły wybory Zarządu Koła, Komisji Rewizyjnej Koła oraz delegatów na Zjazd Oddziału.

 Nowo wybrane władze naszego Koła:

Zarząd Koła:

 Prezes Jacek Szczebak

 Vice Prezes Wacław Krupski

 Członek Jan Kaczor

 Członek Emilian Piątek

 Komisja Rewizyjna Koła:

 Przewodnicząca Elżbieta Smardz – Frankowska

 Członek Wojciech Wiśniewski

 Delegaci na Zjazd Oddziału:

 Tadeusz Łętka

 Wacław Krupski

 Jacek Szczebak

 W dalszym ciągu obrad przyjęto szczegółowy program działalności Koła w przyszłym roku oraz ogólny zarys na lata następne, przewidujące organizowanie corocznej wielodniowej górskiej imprezy zagranicznej, kontynuowanie „Rajdu Elektryków”, zwiększenie ilości wycieczek jednodniowych, oraz organizowanie 1-2 dniowych imprez górskich w mniej licznym gronie, tak aby nie było potrzeby wynajmu autokaru, a ewentualne noclegi organizować w schroniskach górskich. Na tym zakończono obrady Walnego Zebrania Koła.

 Dokumentację Walnego Zebrania Koła przekazano do biura naszego Oddziału PTTK. Zjazd Sprawozdawczo – Wyborczy Oddziału odbył się w marcu 2001 r. Do nowych władz Oddziału jako Członek Zarządu, został wybrany nasz delegat Wacław Krupski.

Rok 2001

WYCIECZKA W BESKID SĄDECKI 31 marca – 1 kwietnia 2001 roku.

 

 Była to pierwsza organizowana przez nasze Koło wycieczka z noclegami zaplanowanymi w schronisku górskim i dojazdem środkami komunikacji publicznej. Zainteresowanie tego typu wycieczką okazało się niewielkie, ale ośmioosobowa grupa która wzięła w niej udział w sam raz spełniła oczekiwania organizatorów.

 Z Tarnowa wyjechaliśmy o godz. 715 autobusem kursowym PKS do Nowego Sącza, skąd również PKS-em do Łącka gdzie byliśmy przed 1000. Z Łącka wyjście żółtym szlakiem w kierunku Jaworzynki. Tuż za Łąckiem mieliśmy pierwszą atrakcję: przeprawę promem przez Dunajec, właściwie była to trochę większa łódka a nie prom. Dalej żółtym szlakiem na Cebulówkę (741 m.n.p.m.) gdzie mieliśmy pierwszy dłuższy odpoczynek, następnie przez bardzo malownicze wzniesienia pasma Jaworzynki: Wojakówkę (834 m.n.p.m.), Suchy Groń (835 m.n.p.m.), Koziarz (943 m.n.p.m.), Jaworzynkę (936 m.n.p.m.), oraz wysoko położone osiedla wsi Obidza, doszliśmy do Dzwonkówki (983 m.n.p.m.). Tutaj kolejny dłuższy i zasłużony odpoczynek, podczas którego zmieniliśmy nasz dalszy plan wycieczki. Początkowo planowaliśmy nocleg w schronisku PTTK na Prehybie dokąd z Dzwonkówki prowadzi czerwony szlak, ale ze względu na zmęczenie niektórych uczestników (cały dobytek niesiony na plecach), postanowiliśmy nocować w schronisku PTTK na Bereśniku gdzie z Dzwonkówki jest trochę bliżej no i z górki. Tak więc szliśmy nadal żółtym szlakiem na Bereśnik. W schronisku nie było zbyt wielu turystów więc bez problemu nasza grupa została zakwaterowana w pokoju ośmioosobowym. Późnym popołudniem mieliśmy ognisko z pieczeniem kiełbasy, a wieczorem przenieśliśmy biesiadę do jadalni schroniska – oczywiście za zgodą gospodarzy. Tutaj miała miejsce mała uroczystość: otóż nie tak dawno nasz kolega Paweł został ojcem i do tego „podwójnym” – na świat przyszli dwaj jego synowie bliźniacy: Konrad i Kamil. Fakt powiększenia się młodego zaplecza turystycznego naszego Koła, uczciliśmy godnym tego trunkiem: tequilą spożywaną zgodnie z „zasadami” czyli z solą i cytryną. Biesiada przy gitarze trwała do ciszy nocnej (2200), później wszyscy poszli grzecznie spać.

 Następnego dnia rano, już po śniadaniu odbyła się „narada wojenna” uczestników w celu ustalenia dalszego planu wycieczki. Wyszło na to, że schodzimy do Krościenka, ale aby urozmaicić sobie trasę, poszliśmy „na azymut” przez Ciżową Górę (649 m.n.p.m.). Pomimo niewielkiej odległości i niewysokiej górki do zdobycia, trasa ta dała nam nieźle w kość, szczególnie podejście na Ciżową. W Krościenku spędziliśmy jakiś czas na zwiedzaniu miasteczka i po posiłku w regionalnej restauracji „Przełom”, powróciliśmy autobusem PKS z przesiadką w Nowym Sączu do Tarnowa.

 Wycieczka była bardzo udana, pogoda sprzyjająca wędrówką, a uczestnicy zadowoleni. Na przykładzie tej wycieczki widać podstawową zaletę wędrowania w małej grupie: możliwość dostosowywania programu wycieczki w trakcie jej trwania do aktualnych możliwości i potrzeb grupy. Wycieczkę zorganizował i prowadził Jacek Szczebak.

WYCIECZKA KRAJOZNAWCZA PO POGÓRZU WIELICKIM – 22 kwietnia 2001 roku.

 

 Kolejną jednodniową wycieczkę naszego Koła zaplanowaliśmy jako objazdowo – krajoznawczą z krótką trasą pieszą. W planie było zwiedzanie Melsztyna, Czchowa i Dębna oraz przejście z Melsztyna do Dębna niebieskim szlakiem. Niestety i tym razem pogoda nam nie dopisała, co odbiło się również na frekwencji. Pomimo tego wyjechaliśmy z Tarnowa autokarem „Autozatu” zgodnie z planem o godz. 715 do Melsztyna. Tutaj w strugach deszczu weszliśmy na wzgórze gdzie zwiedziliśmy ruiny zamku z XIV wieku. Już w trakcie podróży organizatorzy postanowili zmienić program wycieczki. Ze względu na padający deszcz zrezygnowano z trasy pieszej, dodano natomiast do programu kilka miejsc do zwiedzania. Z Melsztyna wyjechaliśmy do Czchowa. Tam zwiedziliśmy basztę i pozostałości ruin zamku z XIV wieku, murowany gotycki kościół p.w. Narodzenia N.M.P. z przełomu XIV i XV wieku, barokową kaplicę z 1732 roku p.w. św. Anny na czchowskim cmentarzu, oraz oryginalny Rynek z ciekawą drewnianą zabudową z XVIII i XIX wieku. Z Czchowa udaliśmy się autokarem do Lipnicy Murowanej – kolejnego miasteczka z interesującą zabytkową zabudową. Tutaj zwiedziliśmy oprócz ciekawego Rynku, piękny drewniany kościółek p.w. św. Leonarda z 1502 roku, malowniczo usytuowany przy cmentarzu wśród wiekowych dębów nad Uszwicą.

 Po zwiedzeniu Lipnicy Murowanej wyjechaliśmy w kierunku Nowego Wiśnicza. Po drodze zatrzymaliśmy się w okolicy góry Paprotna (450 m.n.p.m.). Mieliśmy nadzieję zorganizowania w tym miejscu ogniska, ale deszcz i przenikliwe zimno pozwoliły tylko na krótki spacer do grupy skałek z piaskowca ciężkowickiego o nazwie „Kamienie Brodzińskiego”. W Nowym Wiśniczu zwiedziliśmy jego największą atrakcję: renesansowo – barokowy zamek Lubomirskich z pierwszej połowy XVII wieku. Po zamku oprowadzała nas miejscowa przewodniczka. Zamek swymi rozmiarami i przepiękną architekturą wywarł na nas duże wrażenie, niestety jest on od przeszło pół wieku w trakcie rekonstrukcji i remontu. Na inne atrakcje krajoznawcze Nowego Wiśnicza nie wystarczyło już czasu. Wyruszyliśmy więc autokarem do Dębna. W Dębnie zwiedzanie z miejscowym przewodnikiem późnogotyckiego zamku warownego wzniesionego w latach 1470 – 80 przez Jakuba Odrowąża.

 Z Dębna powrót autokarem do Tarnowa w godzinach popołudniowych. Ponieważ aura nie pozwoliła nam na zorganizowanie ogniska, więc w autokarze uczestnicy otrzymali po przydziałowym kawałku ogniskowej kiełbasy do odgrzania w domu na kolację.

 Pod względem krajoznawczym wycieczka była bardzo udana, jedynie pogoda pokrzyżowała nasze plany turystyczne. W wycieczce wzięło udział 30 osób, a zorganizował ją i prowadził Jasiek Kaczor.

WYCIECZKA W BESKID MAKOWSKI - PASMO KOSKOWEJ GÓRY. 8 lipca 2001 roku.

 Kolejną naszą wycieczkę zaplanowaliśmy w Beskidzie Makowskim ponieważ jest to pasmo górskie stosunkowo mało znane i uczęszczane, a posiadające spore walory krajobrazowe i dość dobrą sieć szlaków turystycznych.

 Z Tarnowa wyjechaliśmy autokarem „Autozatu” o godz. 730 i przez Bochnię i Myślenice dotarliśmy na Przełęcz Sanguszki (440 m.n.p.m.), skąd wyszliśmy niebieskim szlakiem na Krowią Górę (622 m.n.p.m.) i dalej przez wieś Bieńkówkę dość mozolnym podejściem na Koskową Górę (866 m.n.p.m.). Z Koskowej Góry mieliśmy ładny widok na pobliskie pasmo Lubomira i Łysiny, Beskid Wyspowy ze Szczeblem, Lubogoszczem i Luboniem Wielkim, w tle majaczyły szczyty Gorców z Turbaczem, a bardziej na zachód Polica i wyłaniająca się zza chmur Babia Góra. Na polanie przy kapliczce pod szczytem Koskowej mieliśmy długi, ale jak najbardziej zasłużony odpoczynek. Z Koskowej Góry zeszliśmy żółtym szlakiem przez Parszywkę (848 m.n.p.m.) na polanę nad wsią Więciórka. Tam odbyło się tradycyjne ognisko z pieczeniem kiełbasy. Po ognisku kilkoro uczestników poszło dalej żółtym szlakiem na Kotoń Zachodni (773 m.n.p.m.) i zeszła do malowniczo położonej Zawadki. Grupa zaś zeszła do Więciórki gdzie czekał na nas autokar. Autokarem pojechaliśmy wpierw do Zawadki po resztę uczestników i przez Pcim, Myślenice i Bochnię powróciliśmy do Tarnowa ok. godz. 2000. Na krótkim odcinku „Zakopianki” przez który przejeżdżaliśmy, staliśmy w „korku” co jest normalne na tej trasie w niedzielne popołudnia.

 Wycieczka była bardzo udana, pogoda początkowo nie była zbyt dobra, zaczął nawet padać deszcz, ale w południe rozpogodziło się i od Koskowej Góry mieliśmy słoneczną pogodę. Uczestnicy również dopisali: 42 osoby. Wycieczkę zorganizował i prowadził Wacek Krupski.

WYCIECZKA NA SŁOWACJĘ – MAŁA FATRA 24 – 26 sierpnia 2001 roku.

 Była to pierwsza zagraniczna wycieczka zorganizowana przez nasze Koło. Powodzenie tej wycieczki zawdzięczamy naszemu koledze Olkowi Dulębie, który będąc Członkiem Zarządu naszego Oddziału PTTK poprzedniej kadencji, miał sposobność uczestniczyć i organizować wycieczki zagraniczne, i zgodził się również zorganizować naszą wycieczkę pod względem formalno – prawnym związanym z przekraczaniem granicy. Natomiast organizacją części turystycznej wycieczki (dobór tras) i prowadzeniem grupy po szlakach zajął się Jacek Szczebak, gdyż miał on sposobność wcześniej wędrować po Małej Fatrze.

 Ponieważ nasz zakładowy „Autozat” nie posiada koncesji na przewozy międzynarodowe, autokar wynajęliśmy u sprawdzonego prywatnego przewoźnika. Zainteresowanie wycieczką od samego początku było bardzo duże, tak więc pomimo okresu wakacyjnego bez trudu udało nam się zebrać 35-cio osobowy skład wycieczki. Z Tarnowa wyjechaliśmy w piątek 24 sierpnia o godz. 715 i przez Bochnię i Myślenice dotarliśmy do przejścia granicznego ze Słowacją w Chyżnem; odprawa graniczna odbyła się bez problemów. Po przekroczeniu granicy zatrzymaliśmy się na pierwsze zakupy w miejscowości Trstena. Po zakupach wyruszyliśmy dalej, po drodze oglądając z okien autokaru Orawski Zamek, i przez Dolny Kubin dojechaliśmy do Martina – Podstrane pod dolną stację kolejki krzesełkowej na Martinske hole. Tam obsługa kolejki widząc tak wielką grupę specjalnie dla nas uruchomiła kolejkę nie czekając na planowany czas uruchomienia o pełnej godzinie. Wyjazd kolejką na Martinske hole okazał się bardzo atrakcyjny – to nie to co nasze wyciągi krzesełkowe w Beskidach czy nawet Tatrach. Pomimo ceny – 100 koron za osobę – wszyscy uczestnicy byli bardzo zadowoleni z tej atrakcji. Z chaty (po naszemu schroniska) na Martinskych holiach (1250 m.n.p.m.) piesze wyjście na Krizave (1457 m.n.p.m.) i dalej czerwonym szlakiem na Vel’ką lukę (1476 m.n.p.m – najwyższy szczyt Lucanskej Malej Fatry). Tu krótki odpoczynek i zejście nadal czerwonym szlakiem przez Veterne (1442 m.n.p.m.) i dalej żółtym szlakiem do miejscowości Kunderadsky zamok gdzie czekał na nas autokar. Autokarem przejazd do Rajeckich Teplic na miejsce zakwaterowania w ośrodku „Rekraacyjno – Sportowy Areal”. Po rozkwaterowaniu uczestnicy mieli czas wolny i większość spędziła go na zwiedzaniu Rajeckich Teplic – a było co zwiedzać: deptak, baseny cieplicowe, pijalnie i inne atrakcje tego typu. Okazało się że większość z nas „zakotwiczyła” na tarasie restauracji pewnego hotelu, gdzie odbywała się właśnie otwarta impreza taneczna z orkiestrą kameralną grającą utwory jakby żywcem wyjęte z czasów C.K. Cesarstwa Franciszka – Józefa; zabawa była wyśmienita. Późnym wieczorem odbyła się w świetlicy ośrodka mała biesiadka turystyczna ze śpiewami przy gitarze.

 Drugi dzień naszej wycieczki (25 sierpnia – sobota) rozpoczęliśmy dość wcześnie – już o godz. 730 wyjechaliśmy autokarem przez Żilinę do Terchovej. Po drodze już za Żiliną mieliśmy piękny widok z autokaru na najwyższe szczyty Małej Fatry. W Terchovej urodził się w 1688 r. sławny zbójnik i przywódca chłopów: Juro Janosik (postać historyczna). Tam też jest On upamiętniony pomnikiem. Z Terchovej podjechaliśmy do Doliny Vratnej pod dolną stację kolejki krzesełkowej na Snilovske sedlo. Kolejka ta jest dość nietypowa – dwuosobowe krzesełka ustawione są bokiem do kierunku jazdy. Ponieważ organizatorzy robiąc kalkulację kosztów wycieczki wzięli spory „zapas” na nieprzewidziane wydatki, wyjazd na Snilovske sedlo dla całej grupy został zapłacony z „kasy” wycieczki (po 100 koron za osobę). Ze Snilovskiego sedla (1524 m.n.p.m.) wyszliśmy czerwonym szlakiem na najwyższy szczyt Małej Fatry: Vel’ky Krivań (1709 m.n.p.m.). Mieliśmy dość dobrą widoczność i ze szczytu mogliśmy oglądać Tatry Zachodnie i Wysokie, Niżne Tatry, Wielki Chocz i majaczącą na horyzoncie Babią Górę, bardzo ładnie prezentował się również Maly Krivań (1671 m.n.p.m.). Z Krivania zeszliśmy z powrotem na Snilovskie sedlo i dalej czerwonym szlakiem poszliśmy na Chleb (1645 m.n.p.m.), skąd również mieliśmy bardzo ładne widoki. Nadal czerwonym szlakiem poszliśmy na Hromove (1636 m.n.p.m.) i przez Steny na Poludnovy gruń (1460 m.n.p.m.) gdzie mieliśmy dłuższy odpoczynek. Tutaj podzieliliśmy się na dwie grupy: pierwsza zeszła bardzo stromym żółtym szlakiem do Chaty na Gruni – tutaj kolejny „popas” – i dalej niebieskim szlakiem zeszli do Stefanovej gdzie czekał na wszystkich uczestników autokar. Druga część wycieczki zeszła dalej czerwonym szlakiem na Stohove sedlo (1230 m.n.p.m.). Stąd kilkoro uczestników poszło nadal czerwonym szlakiem na Stoh (1607 m.n.p.m.) i zeszła na Sedlo Medziholie (1185 m.n.p.m.), większość zaś poszła na skróty żółtym szlakiem trawersując Stoha do Sedla Medziholie – pomimo że trasa była krótsza i bez podejść dała wszystkim nieźle w kość – na całej jej długości było błocko po łydki. Na Sedlu Medziholie dłuższy odpoczynek i znów podział na dwie grupy: pierwsza zeszła niebieskim szlakiem do Stefanovej. Najwytrwalsi weszli czerwonym szlakiem na najpiękniejszy szczyt Małej Fatry: Vel’ky Rozsutec (1609 m.n.p.m.). Po krótkim odpoczynku na szczycie zeszli na Sedlo Medzirozsutce (1200 m.n.p.m.) i szlakami: niebieskim, żółtym i zielonym zeszli do Stefanovej. Po skompletowaniu całej grupy wyruszyliśmy autokarem na blisko godzinną przejażdżkę przez Zilinę do Rajeckich Teplic

 Ponieważ zostało jeszcze całkiem sporo „kasy” wycieczkowej, organizatorzy zafundowali uczestnikom obiadokolację składającą się z całkiem dobrego rosołu z makaronem i pysznej ryby panierowanej z ziemniakami, surówką i kompotem. Ponieważ było to wyżywienie „ponadplanowe”, nie przewidziane w programie wycieczki, uczestnicy byli bardzo zadowoleni – zaoszczędzili parę koron na miejscowe atrakcje. Po posiłku (ok. godz. 1800) czas wolny, zagospodarowany przez uczestników tak jak w dniu wczorajszym, czyli dobra zabawa w uzdrowisku i wieczorem śpiewy przy gitarze.

 Ostatni dzień naszej wycieczki (26 sierpnia – niedziela) rozpoczął się od pakowania, przynajmniej dla tych którzy wybierali się w góry. Ponieważ przez cały czas mieliśmy piękną słoneczną pogodę, część uczestników postanowiła poświęcić niedzielę na zażywaniu kąpieli na basenie w pobliskim Rajcu. Pozostali już spakowani wyjechali autokarem o godz. 815 do Terchovej – Bielego potoka. Stamtąd wyszliśmy na trasę niebieskim szlakiem przez Dolne diery, później żółtym szlakiem przez Nove diery i ponownie niebieskim szlakiem przez Horne diery na Sedlo Medzirozsutce. Diery (po polsku „dziury”) są to bardzo malownicze skalne wąwozy po dnie których płyną potoki. Szlak przez Diery obfituje w łańcuchy, drabiny, klamry i kładki – jego przejście daje sporo satysfakcji. W Novych dierach jest kilka bardzo ładnych miejsc widokowych na Dolne diery i wapienne turnie nad dierami.

 Z Sedla Medzirozsutce weszliśmy zielonym szlakiem na Maly Rozsutec (1343 m.n.p.m.). Tutaj dłuższy odpoczynek spowodowany dość nietypową przygodą, która przydarzyła się naszej koleżance Agacie. Otóż chcąc trochę ulżyć zmęczonym stopom, ściągnęła buty dość nieopatrznie tuż nad przepaścistą ścianą szczytu i wystarczyła chwila nieuwagi aby straciła jednego buta. Poszukiwania w kosodrzewinie pod szczytem nie przyniosły rezultatu, tak więc trzeba było „zaimprowizować” nowego buta z zapasowych par skarpet, bandaży elastycznych i ochraniaczy. Z Małego Rozsutca zejście zielonym szlakiem do Bielego potoku i jakoś szczęśliwie udało się naszej koleżance „o jednym bucie” dotrzeć na miejsce.

 W czasie gdy część grupy wędrowała przez diery, autokar powrócił do Rajeckich Teplic i podwiózł drugą grupę uczestników na basen do Rajca. Wczesnym popołudniem powrócił wraz z nimi do Terchovej – Bielego potoka, gdzie poczekali na grupę schodzącą z gór. Ok. godz. 1500 po skompletowaniu całego składu wycieczki, wyruszyliśmy w powrotną podróż przez Dolny Kubin i Trstene (ostatnie zakupy) do przejścia granicznego w Chyżnem. I tym razem szczęście nam dopisało - odprawa odbyła się bez żadnych problemów. Z Chyżnego przez Myślenice i Bochnię dotarliśmy do Tarnowa po godz. 2000.

 Pierwsza nasza zagraniczna wycieczka okazała się bardzo udana, pogoda i uczestnicy dopisali, organizatorzy też zdali ten „egzamin” na pięć plus. W drodze powrotnej już zaczęto snuć plany na przyszłoroczny wyjazd zagraniczny – być może Niżne Tatry? Zobaczymy.

WYCIECZKA W BESKID NISKI – PASMO SUCHEJ HOMOLI I CHEŁMU 23 WRZEŚNIA 2001 ROKU.

 Kolejna nasza wycieczka w „kameralnym” składzie (7 osób) z wykorzystaniem „publicznych” środków transportu. Z Tarnowa wyjechaliśmy autobusem PKS o godz. 740 przez Ciężkowice i Gorlice do Uścia Gorlickiego. Tam oglądnęliśmy cerkiew grekokatolicką p.w. św. Paraskewy z 1786 r. (obecnie kościół rzymskokatolicki). Następnie wyszliśmy żółtym szlakiem na mozolne podejście do szczytu Homoli (712 m.n.p.m.), skąd niebieskim szlakiem przez Suchą Homolę (706 m.n.p.m.) i Tanią Górę (676 m.n.p.m.) do Wawrzki. Po drodze w okolicy zejścia szlaku z Taniej Góry do Wawrzki – trzeba przyznać w dość łatwym orientacyjnie terenie – po zejściu w las z asfaltowej szosy przecinajacej grzbiet pasma, trochę pobłądziliśmy ponieważ na odcinku wiodącym przez las, ktoś bezmyślnie celowo usunął oznakowanie szlaku. Trzeba było wyciągnąć z plecaka mapę i kompas żeby przekonać się, iż od początku szliśmy właściwą drogą, a zmylił nas tylko brak szlaku.

 Z Wawrzki wyszliśmy nadal niebieskim, malowniczo poprowadzonym szlakiem na Chełm (779 m.n.p.m.). Tutaj, poniżej szczytowej polanki (na szczycie trochę mżyło), w leśnej gęstwinie, rozpaliliśmy małe ognisko na którym udało nam się upiec (a może tylko podgrzać) kiełbasę – dla niektórych z nas jedyny ciepły posiłek w ciągu dnia. Po ognisku zejście w dalszym ciągu niebieskim szlakiem do Grybowa. Po drodze, na Podchełmiu (przysiółek wsi Kąclowa) oglądaliśmy drewniany kościółek o ciekawej architekturze. W Grybowie byliśmy nie dość że po zmroku, to jeszcze nieźle zmęczeni. Do Tarnowa przyjechaliśmy pociągiem tuż przed godz. 2200.

 Pogodę mieliśmy nieszczególną, przez cały czas niebo było zachmurzone, a niekiedy przeganiał nas drobny „kapuśniaczek. Pomimo tego nastroje w grupie były jak najbardziej „pozytywne”; dla prawdziwego „plecakowego” turysty taka pogoda to nie powód do narzekań. Wycieczkę zorganizował Jacek Szczebak, a po szlakach grupa „sama się” prowadziła.

 V RAJD ELEKTRYKÓW” W BESKIDZIE ŻYWIECKIM, 5 – 7 październik 2001 roku.

 Kolejny, piąty już „Rajd Elektryków” odbył się w dniach 5-7 października 2001 roku na szlakach Beskidu Żywieckiego z bazą noclegową w pensjonacie „Pod Kiczorą” oraz kwaterach prywatnych w Jeleśni. Z Tarnowa wyjechaliśmy autokarem „Autozatu” po godz. 700 i przez Bochnię, Myślenice, Suchą Beskidzką, udaliśmy się do Sopotni Wielkiej. Tam oglądnęliśmy jeden z największych beskidzkich wodospadów na Sopotnickim Potoku. Następnie wyszliśmy czarnym szlakiem na Kotarnicę (1156 m.n.p.m.) i dalej niebieskim szlakiem przez Majcherkową (1255 m.n.p.m.) na Romankę (1366 m.n.p.m.). Tam dłuższy odpoczynek i zejście żółtym szlakiem przez Przeł. Pawlusią (1176 m.n.p.m.) do schroniska PTTK na Hali Rysianka. Po kolejnym odpoczynku zejście niebieskim szlakiem do Sopotni Wielkiej Kolonii. Następnie udaliśmy się autokarem na przejście graniczne w Korbielowie po drobne zakupy na Słowacji. Już zaopatrzeni pojechaliśmy na miejsce zakwaterowania do pensjonatu „Pod Kiczorą” w Jeleśni. Na miejscu okazało się, że noclegi mamy oprócz pensjonatu jeszcze w dwóch prywatnych domach. W pensjonacie zjedliśmy obiadokolację (wliczoną w koszty wycieczki): pyszny żurek zabielany z ziemniakami i dużym Jajkiem (była możliwość repety). Wieczorem mieliśmy czas wolny przez większość uczestników zagospodarowany na tradycyjne kameralne biesiady.

 Drugi dzień (sobota, 6 października) rozpoczęliśmy wyjazdem do pobliskiej Krzyżowej. Stamtąd wyszliśmy czarnym szlakiem przez Łabysówkę (904 m.n.p.m.), Przełęcz Przysłopy (847 m.n.p.m.), Uszczawne Niżne (1051 m.n.p.m.) i Wyżne (1145 m.n.p.m.), dalej zielonym szlakiem przez Skałkę (1235 m.n.p.m.) do schroniska PTTK na Hali Miziowej. Tutaj dłuższy odpoczynek, po którym uczestnicy udali się, część szlakiem żółtym inni czarnym, na pobliskie już Pilsko (polski wierzchołek 1542 m.n.p.m.). Niektórzy przeszli na słowacką stronę (główny szczyt Pilska 1557 m.n.p.m.) i zeszli słowackim niebieskim szlakiem na Przełęcz Glinne (809 m.n.p.m.) do autokaru. Pozostali wrócili na Halę Miziową , skąd zeszli polskim czerwonym szlakiem na Przełęcz Glinne. Po zakupach po słowackiej stronie granicy powrót autokarem do Jeleśni. Późnym popołudniem odbyło się nad rzeczką Kamienną tradycyjne ognisko z pieczeniem kiełbasy i śpiewami przy gitarze. Niestety nie obyło się ono bez małego „zgrzytu”. Otóż pewna „gaździna” przepędzając swe krowy przez Kamienną, widząc nasze ognisko, zażądała od nas opłaty 50 zł, bo jak twierdziła jesteśmy na jej terenie i jeśli jej nie zapłacimy, to wezwie Policję. Na szczęście zwyciężył u nas zdrowy rozsądek i spore poczucie humoru, ponieważ wiedzieliśmy od naszej gospodyni z pensjonatu, że są to tereny gminne, i poprzez naszą „gaździnę” zaprosiliśmy miejscową Policję na naszą biesiadę, nie skorzystali oni z naszego zaproszenia, „gaździna” też się więcej nie pokazała.

 Ostatni dzień Rajdu (niedziela, 7 października) rozpoczęliśmy tradycyjnie od pakowania bagaży. Chętni uczestniczyli w porannej Mszy św. w tutejszym kościele p.w. św. Wojciecha z 1693 roku. Po mszy oglądnęliśmy jedną z największych atrakcji krajoznawczych Jeleśni – zabytkową drewnianą karczmę z XVIII wieku. Następnie już z bagażmi, udaliśmy się autokarem do Zawoi na Przełęcz Krowiarki (Lipnicką 1012 m.n.p.m.). Stamtąd – po opłaceniu „myta” Babiogórskiego Parku Narodowego – wyszliśmy czerwonym szlakiem na Sokolicę (1367 m.n.p.m.). Tutaj pierwszy odpoczynek i podziwianie pięknej panoramy masywu Babiej Góry oraz Pasma Jałowieckiego. Następnie dalej czerwonym szlakiem w kierunku wierzchołka Babiej Góry. Im wyżej wychodziliśmy, tym mocniej wiało. O ile na Przeł. Krowiarki dmuchał tylko lekki „zefirek” to na szczycie Babiej Góry (Diablak 1725 m.n.p.m.) wiało już tak mocno, że ciężko było ustać w miejscu, ale takie warunki są tutaj jak najbardziej „normalne”. Na szczycie dłuższy odpoczynek; trzeba było poczekać na całą grupę, bo na dość długim i mozolnym podejściu trochę się „rozciągnęła”. Ze szczytu zeszliśmy czerwonym szlakiem przez Przełęcz Brona (1408 m.n.p.m.) do schroniska na Markowych Szczawinach. Część z nas wybrała zejście żółtym szlakiem – „Percią Akademików” – choć przy zejściu jest on dość męczący i niewygodny. Niektórzy, po drodze z Przełęczy Brona „zaliczyli” jeszcze wierzchołek Małej Babiej Góry (Cyl 1517 m.n.p.m.). W schronisku kolejny odpoczynek i oczekiwanie na całą grupę. Następnie zejście zielonym szlakiem do Zawoi Markowej gdzie oczekiwał na nas autokar. Z Zawoi powrót do Tarnowa. Tym razem ze względu na zniszczenia popowodziowe we wsi Budzów na trasie z Suchej do Myślenic, obraliśmy wariant trasy przez Jordanów do Skomielnej Białej. Tutaj popełniliśmy błąd, bo zamiast jechać dalej prosto na Mszanę Dolną i stamtąd do Dobczyc przez Wiśniową, wybraliśmy „Zakopiankę” i do samych Myślenic staliśmy w potężnym „korku”, przez co w Tarnowie byliśmy dopiero po 2130.

 Podsumowując, „V Rajd Elektryków” był bardzo udany, pogoda dopisała, uczestnicy również – 42 osoby. Rajd zorganizował Jacek Szczebak i prowadził on wraz z Olkiem Dulębą uczestników po szlakach Rajdu.

I tak zakończyliśmy działalność w 2001 roku. Trzeba przyznać, że był on jak do tej pory najowocniejszym okresem działalności naszego Koła. Odbyły się wszystkie pięć z zaplanowanych imprez i dwie nadprogramowe wycieczki. Do naszego Koła wstąpiło wielu nowych członków, a nasze imprezy zaczęły cieszyć się sporym uznaniem wśród turystów z całego naszego Oddziału. Gratulacje dla działaczy i Zarządu naszego Koła.

Górska Odznaka Turystyczna

 Górska Odznaka Turystyczna (w skrócie GOT) została ustanowiona jako jedna z pierwszych odznak turystycznych przez Polskie Towarzystwo Tatrzańskie w 1935 roku. Ma ona na celu propagowanie i popularyzację uprawiania pieszej turystyki górskiej. Przez lata swego istnienia, wielokrotnie zmieniały się formy i regulamin zdobywania GOT. W chwili obecnej istnieją cztery rodzaje GOT: Popularna, Mała, Duża i Za Wytrwałość, z tym że Odznaki Mała i Duża mają po trzy stopnie: brązowy, srebrny i złoty. Tak więc istnieje osiem stopni GOT. Sposób ich zdobywania określa „Regulamin GOT”, trasy odbytych wycieczek dokumentuje się w „Książeczce GOT” które po potwierdzeniu przez Przodownika Turystyki Górskiej (inaczej Przodownika GOT) przedstawia się Referatowi Weryfikacyjnemu GOT który przyznaje Odznakę. Nad całością zagadnień związanych z GOT nadzór sprawuje Komisja Turystyki Górskiej Zarządu Głównego PTTK z siedzibą w Krakowie.

 Drogi czytelniku, pewnie po przeczytaniu powyższych wiadomości o GOT odniosłeś wrażenie, że jest to bardzo skomplikowane i nieżyciowe podejście do uprawiania turystyki górskiej – nic bardziej mylnego. Po prostu chodzisz po górach tam gdzie masz ochotę, a jedynie dokumentujesz to w książeczce GOT. Wszelkie wyjaśnienia jak zdobywać Odznakę, wypełnić książeczkę GOT itp. Można uzyskać od Przodowników GOT, a w naszym Kole jest ich trzech: Aleksander Dulęba – uprawnienia na Beskidy Zachodnie i Wschodnie oraz Sudety, Wacław Krupski – Beskidy Zachodnie, Jacek Szczebak – Beskidy Zachodnie. Zachęcamy wszystkich czytających te słowa do zdobywania Górskiej Odznaki Turystycznej, ponieważ każdy kolejny zdobyty jej stopień daje sporo satysfakcji, a ponadto w książeczce GOT mamy swoistą kronikę naszych górskich przejść.

Rok 2002

Bieżąca działalność Koła

 Rok ten rozpoczął się w całym PTTK-u, a co za tym idzie zarówno w naszym Oddziale jak i Kole, od wielkiej akcji wymiany legitymacji członkowskich. Już w lutym Prezes naszego Koła mobilizował wszystkich członków do odwiedzenia fotografa w celu uwiecznienia swej podobizny do nowej legitymacji. Akcja ta zakończyła się w naszym Kole dość sporym sukcesem, ponieważ przed nią nasze Koło liczyło trzydziestu czterech członków, po niej zaś ponad czterdziestu. Jak to wytłumaczyć? Otóż jak to było do przewidzenia, sporo członków naszego Oddziału (Koła również), z racji konieczności poniesienia kosztów na fotografa, zrezygnowało z przynależności do PTTK. Były to osoby trochę „przypadkowo” zapisane do naszego Towarzystwa, nie biorące aktywnego udziału w naszej działalności, i był to dla nich doskonały pretekst do wystąpienia z szeregów PTTK. Ponieważ nasze Koło w ubiegłym roku dość intensywnie „działało” organizując imprezy turystyczne w których siłą rzeczy brali udział nie tylko członkowie PTTK, to w obecnej sytuacji wszystkich tych, którym spodobały się nasze imprezy, a jeszcze nie byli członkami naszego Towarzystwa, trochę za pomocą perswazji, a w uzasadnionych przypadkach za pomocą „małego szantażu” przekonaliśmy, że stać ich na 24 zł rocznej składki członkowskiej i powinni wstąpić w szeregi naszego Koła. Dzięki temu możemy pochwalić się, że nasze Koło jest jednym z najliczniejszych w Oddziale.

 Korzystając z okazji i świeżej pamięci „kronikarza”, przedstawmy aktualną listę Członków Koła PTTK nr 17 „Elektryczny” (lewa kolumna: stan na początek maja 2002 r. w kolejności alfabetycznej nazwisk członków, prawa kolumna: nowi członkowie Koła, przyjęci po maju 2002 r.):

1. Elżbieta Baniak Tomasz Bogusz

2. Roman Bednarenko Grzegorz Figas

3. Jerzy Brewka Sławomir Wypasek

4. (Stanisław Dąbrowski) Henryk Konieczny

5. Leszek Drobot Anna Siadek

6. Janusz Drobot Aleksandra Siadek

7. Aleksander Dulęba Barbara Siadek

8. Elżbieta Frankowska Stanisław Siadek

9. Krzysztof Frankowski Maciej Urban

10. (Edward Huk) Tadeusz Urban

11. Zygmunt Jarosz Jakub Kuczera

12. Ryszard Jaszczur Ewa Kuta

13. Edyta Kaczor Sławomir Pająk

14. Jan Kaczor Zdzisław Tryba

15. Zdzisław Karwat Tomasz Urban

16. Jan Kocoł

17. Wojciech Kosiba

18. Tadeusz Kozioł

19. Wacław Krupski

20. Agata Krysztofowicz

21. Dorota Kubicz

22. Jolanta Kuczera

23. Kornelia Kuczera

24. Edward Łętka

25. Karolina Łętka

26. Tadeusz Łętka

27. Janusz Mikuła

28. Paweł Molczyk

29. Agnieszka Pasiowiec

30. Paweł Pasiowiec

31. (Emilian Piątek)

32. Artur Rajewicz

33. Roman Romaniszyn

34. Janusz Siembab

35. (Bogdan Stańczyk)

36. Dorota Stasik

37. Ewa Szczebak

38. Jacek Szczebak

39. (Robert Szwiec)

40. (Krzysztof Wasa)

41. Wojciech Wiśniewski

42. Jerzy Zając

43. Jerzy Zembura

 Korzystając z okazji musimy pochwalić się, iż w zeszłym roku dostaliśmy już od nowego Zarządu Oddziału aktualną pieczątkę Koła (oczywiście w świecie nie ma nic „za darmo” i koszty pieczątki zostały pokryte ze „środków” naszego Koła). A tak w ogóle to nowe pieczątki (na tych samych zasadach) dostały wszystkie Koła działające w naszym Oddziale PTTK.

Na początku bieżącego roku, po przeczytaniu w „Gazecie Górskiej” artykułu Pana Andrzeja Matuszczyka (wywiad z Przedstawicielką Grodzkiego Koła PTTK w Krakowie), postanowiliśmy skorzystać z „podsuniętego” tam pomysłu i organizować imprezy turystyczne pod hasłem: „Nie siedź w domu, chodź z nami na wycieczkę”. Aby wszystko odbyło się „formalnie”, zwołano w trybie natychmiastowym (w dniu 4 marca 2002 r.) zebranie Zarządu Koła, który podjął odpowiednią uchwałę w tej sprawie. Przyjęto również „Regulamin” tego typu imprez (przedstawiamy go poniżej w oryginale). O naszej inicjatywie poinformowaliśmy pisemnie Zarząd naszego Oddziału PTTK, który dość przychylnie ją potraktował, obiecał nawet wystąpić do Dyrekcji d.s. Pracowniczych Z.A. S.A. o przyznanie zwrotu kosztów przejazdu (na podstawie załączonych biletów) dla uczestniczących w naszych imprezach pracowników Z.A. Jak na razie czekamy na pozytywną opinię związków zawodowych (taka jest procedura) i na decyzję Dyrektora.

REGULAMIN

cyklu imprez turystycznych pod hasłem „Nie siedź

w domu, chodź z nami na wycieczkę” organizowanych

przez Koło PTTK nr 17 „Elektryczny – Oddział PTTK

przy Zakładach Azotowych w Tarnowie – Mościcach S.A.

1. Imprezy w cyklu są jednodniowe i są wycieczkami pieszymi.

2. Udział w imprezach jest dobrowolny, uczestnicy są zobowiązani do przestrzegania niniejszego regulaminu.

3. Wszelkie dojazdy odbywać się będą środkami komunikacji publicznej (PKS, PKP, MPK).

4. Imprezy organizowane są nieodpłatnie, uczestnicy indywidualnie pokrywają koszty przejazdów środkami komunikacji oraz ewentualnych wstępów do muzeów.

5. Organizatorzy zapewniają nieodpłatnie dobór trasy oraz obsługę przewodnicką i ewentualne potwierdzenie trasy do GOT.

6. Uczestnicy nie będą dodatkowo ubezpieczani przez organizatorów od następstw NW podczas trwania imprezy.

7. Podczas każdej imprezy, o ile pozwolą na to warunki atmosferyczne, organizowane będzie ognisko. Uczestnicy we własnym zakresie zapewniają sobie kiełbasę na ognisko.

8. Uczestników obowiązuje odpowiedni ubiór turystyczny: mocne buty, ciepłe ubranie i okrycie przeciwdeszczowe.

9. Uczestnicy we własnym zakresie zapewniają sobie prowiant i napoje podczas wycieczki.

10. Chęć uczestnictwa zgłaszamy prowadzącemu wycieczkę na miejscu zbiórki na 10 minut przed odjazdem środka komunikacji.

11. Poszczególne imprezy będą się odbywały w miarę możliwości organizatorów i będą ogłaszane w radiowęźle zakładowym Z.A. S.A. w tygodniu poprzedzającym imprezę. Dodatkowe informacje na temat imprezy udzielane będą w biurze Oddziału PTTK (od wtorku do piątku w godz. od 1100 do 1530, tel. 637-39-85).

Zarząd Koła PTTK nr 17.

 Gdzieś pod koniec maja b.r. Dyrektor ds. Pracowniczych Z.A., po konsultacji ze związkami zawodowymi przyznał nam z ZFŚS zwrot kosztów przejazdów poniesionych przez pracowników podczas naszych jednodniowych wycieczek.

 Zarząd Koła postanowił również zagospodarować środki finansowe zgromadzone na koncie Koła (na koniec 2001 r. była to kwota 812 zł 49 gr. – jesteśmy „najbogatszym” Kołem Oddziału). Postanowiono więc dofinansować dwie planowane w tym roku przez nasze Koło wycieczki trzydniowe, oraz wykonanie czapeczek z godłem PTTK i nazwą Koła, które bezpłatnie otrzymają członkowie naszego Koła którzy opłacili tegoroczne składki członkowskie.

NIE SIEDŹ W DOMU...” – WYCIECZKA DO CIĘŻKOWIC – 10 marca 2002 roku.

 Pierwszą wycieczkę z cyklu „Nie siedź w domu, chodź z nami na wycieczkę” zorganizowaliśmy 10 marca do Ciężkowic i „Skamieniałego Miasta”. Wyjazd uczestników z Tarnowa autobusem PKS o godzinie 840. Z powodu remontu mostu na rzece Białej w Tuchowie i objazdu przez Pleśną, podróż do Ciężkowic trwała aż półtorej godziny.

 Z ciężkowickiego rynku wyruszyliśmy wpierw do Wąwozu Czarownic. Jest to malowniczy wąwóz powstały na wskutek pęknięcia warstw piaskowca ciężkowickiego, przez który płynie nikły strumyk biorący swój początek nad wąwozem i wpadający do niego wodospadem przez przewieszoną skałkę. Po krótkim odpoczynku połączonym z sesją fotograficzną, przejście niebieskim szlakiem do „Skamieniałego Miasta”. Tam w spacerowym tempie zwiedzaliśmy kolejne fantastycznie uformowane skałki z ciężkowickiego piaskowca. Na skałce o nazwie „Borsuk” odpoczynek i drugie śniadanie, po którym dalszy spacer do skały „Grunwald” i zejście do skałki „Ratusz” tuż nad brzegiem rzeki Białej. Tam odbyło się ognisko z pieczeniem kiełbasy. Po ognisku powrót asfaltową szosą do Ciężkowic, gdzie zwiedziliśmy neogotycki kościół parafialny, oraz odbyliśmy spacer wokół Rynku o ciekawej zabytkowej drewnianej zabudowie. Na koniec pamiątkowe zdjęcie pod św. Florianem i powrót autobusem PKS do Tarnowa.

 Pierwsza w tym sezonie wycieczka miała charakter typowo spacerowy. Pogoda nie była najgorsza. W wycieczce wzięło udział siedem osób, a zorganizował ją i prowadził Jacek Szczebak.

NIE SIEDŹ W DOMU...” – WYCIECZKA PO POGÓRZU ROŻNOWSKIM – PASMO ROSOCHATKI – 3 maja 2002 roku.

 Następną wycieczkę z cyklu „Nie siedź w domu...” zorganizowaliśmy 3 maja 2002 roku w paśmie Rosochatki – najwyższej góry (753 m.n.p.m.) zaliczanej jeszcze do pogórza. Wyjazd z Tarnowa do Nowego Sącza autobusem PKS o godz. 715. Z Nowego Sącza wyszliśmy niebieskim szlakiem w kierunku Jodłowej i Rosochatki. Tym razem pogoda dopisała nam aż za bardzo: od samego rana „żar lał się z bezchmurnego nieba”. Już samo przejście przez Nowy Sącz dało nam niezły „wycisk”, na szczęście po wyjściu spomiędzy zabudowań powietrze trochę jakby stało się lżejsze. Pierwszy odpoczynek mieliśmy przy kapliczce na bezimiennym wzgórzu. Stamtąd mieliśmy przepiękny widok na Beskid Wyspowy, Gorce i Beskid Sądecki oraz na Kotlinę Sądecką z Nowym Sączem, zaś na horyzoncie wyłaniały się Tatry.

 Dalsza część trasy wiodła przez wysoko położone przysiółki, przez cały czas w odsłoniętym upalnym terenie, aż do Paszyna. Stamtąd najbardziej męczący odcinek szlaku – podejście na Jodłową Górę (715 m.n.p.m.). Za szczytem Jodłowej kolejny odpoczynek – dopiero w takim upale można było docenić smak zwykłej wody mineralnej. Dalsze przejście na Rosochatkę odbyło się na szczęście już w cieniu, zalesionym grzbietem. Tam zgodnie z planem rozpaliliśmy ognisko, ale tylko nieliczni z nas mieli ochotę na gorącą kiełbasę; większość odpoczywała w altanie turystycznej na szczycie Rosochatki. Po długim, ale zasłużonym odpoczynku zejście do Ptaszkowej – niestety dość długo prowadzi ono asfaltową szosą, co przy takim upale zmęczyło nas „niemiłosiernie”. Do tego w Ptaszkowej w niedzielne popołudnie zamknięte są wszystkie sklepy a nawet bary – nie było gdzie ugasić pragnienia.

 Z Ptaszkowej powróciliśmy do Tarnowa pociągiem. Gdyby nie „żar lejący się z nieba” można by było powiedzieć, że wycieczka była bardzo udana, a zorganizował ją i prowadził Jacek Szczebak. Frekwencja, biorąc pod uwagę długi weekend, całkiem niezła – dziesięć osób.

WYCIECZKA KRAJOZNAWCZA W BESKID NISKI – 26 maja 2002 roku.

 Kolejna „autokarowa” wycieczka naszego Koła odbyła się w niedzielę 26 maja 2002 roku (Dzień Matki). Z założenia była to wycieczka krajoznawcza z krótką trasą pieszą, ukierunkowana na zwiedzanie cerkwi oraz cmentarzy z okresu I wojny światowej, których w Beskidzie Niskim jest pod dostatkiem. Organizatorzy przygotowali dla uczestników oprócz tradycyjnych programów wycieczki z opisem zwiedzanych miejsc, również „informatory krajoznawcze” o Konfederacji Barskiej i Bitwie Gorlickiej z maja 1915 roku.

 Z Tarnowa wyjechaliśmy autokarem „Autozatu” o godz. 715 i przez Tuchów, Ciężkowice oraz Grybów, udaliśmy się do Szymbarku. Tam pierwsze krajoznawcze atrakcje: oglądnęliśmy dwór obronny rodu Gładyszów o bryle gotyckiej, później przebudowany w stylu renesansowym Niestety, ciągle trwa remont dworu i mogliśmy podziwiać go tylko z zewnątrz. Na miejscu okazało się, że wstęp do tutejszego skansenu jest bezpłatny. Tak więc, mimo iż nie było tego w programie wycieczki, zwiedziliśmy również skansen oraz miejscowe muzeum w drewnianym dworku. W skansenie najbardziej spodobały nam się tzw. „wiatraki przydomowe”, służące dawniej miejscowej ludności do mielenia zboża. Przez niektórych z nas zostały one nazwane (ze względu na swój kształt) „wychodkami z klimatyzacją” – co bardzo spodobało się Pani Kustosz która oprowadzała nas po skansenie.

 Z Szymbarku wyjechaliśmy do Bielanki. Niestety z powodu złego oznakowania dróg, zarówno nasz „etatowy kierowca” (Pan Leszek Zych) jak i nasi „przewodnicy” nie zauważyli zjazdu do Bielanki i zatrzymaliśmy się dopiero w Leszczynach. Tam oglądnęliśmy zabytkową drewnianą cerkiew p.w. św. Łukasza Ewangelisty z 1835 roku oraz przycerkiewny cmentarz. Leszczyny są obecnie zamieszkane ponownie przez rdzenną ludność łemkowską, która powróciła tu po roku 1956 z wysiedleń akcji „Wisła”. Na cmentarzu większość nagrobków, również tych współczesnych, ma epitafia napisane „cyrylicą” lecz nie jest to język rosyjski lecz ukraiński. Również pobliskie wsie: Bielanka, Nowica, Przysłup, Kunkowa, są w większości zamieszkałe przez rdzenną ludność łemkowską. W Bielance działa łemkowski zespół pieśni i tańca „Łemkowyna”.

 Z Leszczyn zjechaliśmy do Kunkowej, tam cerkiew jest w remoncie, więc udaliśmy się do Kwiatonia. I tutaj największa atrakcja krajoznawcza wycieczki: drewniana cerkiew grekokatolicka p.w. św. Paraskewy z przełomu XVII i XVIII wieku w stylu zachodniołemkowskim. Odremontowana cerkiew (obecnie kościół filialny) jest typowym przykładem budownictwa sakralnego w tym rejonie. Udało nam się odnaleźć opiekunkę cerkwi, i za „drobną ofiarą” mogliśmy zwiedzić wnętrze świątyni. Tam dopiero przekonaliśmy się o bogactwie cerkiewnego wystroju. Najciekawszy okazał się w całości zachowany ikonostas o którym opowiedział nam nasz przewodnik Wacek.

 Z Kwiatonia podjechaliśmy do Skwirtnego gdzie zobaczyliśmy drewnianą cerkiew p.w. śś. Kosmy i Damiana z 1837 roku. Następnie przejazd do Gładyszowa. Tam mieliśmy szczęście zobaczyć prawosławną procesję do nowo budowanej – chyba cerkwi? (widać było tylko fundamenty). W Gładyszowie oglądnęliśmy nietypową w tym rejonie cerkiew w stylu huculskim – na planie krzyża greckiego (obecnie kościół rzymskokatolicki, prawosławni mają tylko kaplicę zwaną „czasownią”). Z Gładyszowa przejazd autokarem do Koniecznej, gdzie było w planie wyjście do cmentarza z I wojny światowej na Beskidku, lecz drogą graniczną można było iść tylko z paszportami, a nie wszyscy uczestnicy je mieli. Tak więc po zakupach na Słowacji udaliśmy się do Zdyni – Ługu, skąd wyruszyliśmy czerwonym szlakiem w kierunku Rotundy (771 m.n.p.m.). Trzeba przyznać, że była to dość ryzykowna decyzja, gdyż zbierało się na sporą burzę. Na początku było nieźle, później zaczęło grzmieć i wiać, a przed samym wierzchołkiem Rotundy „rozpętało się piekło”. Wszystkich nieźle „pokropiło”, a niektórych przemoczyło „do suchej nitki”. Żal było tylko grupy najmłodszych uczestników wycieczki których rodzice, nie wiedząc czemu, okrycia przeciwdeszczowe zostawili w autokarze. W przyszłości trzeba będzie chyba sprawdzać zawartość plecaków uczestników przed wyjściem w góry, czy są odpowiednio zabezpieczeni przed deszczem.

 Z Rotundy – gdzie niestety nie było możliwości zwiedzania i podziwiania pięknego, choć zaniedbanego cmentarza z okresu I wojny światowej – zeszliśmy do Regetowa Niżnego gdzie oczekiwał na nas autokar. Teraz trzeba było podjąć decyzję co dalej. W planach mieliśmy jeszcze ognisko na Przełęczy Małastowskiej (w bagażniku autokaru leżało 8 kg kiełbasy plus reszta niezbędnych ogniskowych „akcesoriów”), oraz zobaczenie kilku ciekawych cerkiewek, w tym najstarszą w Beskidzie Niskim cerkiew zachodniołemkowską (z 1653 roku) w Owczarach i pięknego drewnianego gotyckiego kościółka (z 1520 roku) w Sękowej. Niestety burza nadal nie dawała za wygraną – nie było więc sensu organizować ogniska w „terenie”. Tak więc wyjechaliśmy w kierunku Tarnowa, przez Uście Gorlickie i Grybów do Ciężkowic. Tam z powodu niedawnego gradobicia nie było możliwości rozpalenia ogniska nad Białą, ale udało nam się dogadać z właścicielem zajazdu obok skały „Grunwald”. Za „drobną opłatą” wynajął nam zadaszonego grilla. Grillowana kiełbasa bardzo smakowała wszystkim uczestnikom i została „zjedzona do ostatniego kawałka”. Poza tym można było w zajeździe wypić ciepłą kawę lub herbatę, tak więc „wynajęcie grilla” okazało się rozsądnym posunięciem organizatorów.

 Z Ciężkowic powrót autokarem do Tarnowa. Ponieważ zostało jeszcze trochę z planowanych „kilometrów” autokaru, uczestnicy zostali podwiezieni „prawie pod sam dom”.

 Podsumowanie wycieczki wypada „prawie dobrze” – zapewniono wszelkie informacje o zwiedzanym terenie, wśród uczestników rozlosowano pamiątkowe wydawnictwa związane z Beskidem Niskim – tak więc organizatorzy: Jacek Szczebak i Wacek Krupski – starali się jak mogli, jedynie pogoda nie do końca nam sprzyjała. W wycieczce wzięło udział 45 osób.

WYCIECZKA W BESKID WYSPOWY 30 czerwca 2002 roku.

 Kolejna w tym roku wycieczka jednodniowa odbyła się 30 czerwca 2002 roku w Beskidzie Wyspowym. Z Tarnowa wyjechaliśmy autokarem „Autozatu” o godz. 715 w kierunku Nowego Sącza. W Łososinie Dolnej skręciliśmy w stronę Limanowej zwiedzając z autokaru piękną Dolinę Łososiny. Od Łososiny Górnej (obecnie dzielnica Limanowej), trochę błądząc lokalnymi drogami, udaliśmy się wzdłuż trasy „Kolei Transwensalnej” przez Piekiełko, Tymbark do Dobrej. Podczas przejazdu nasz przewodnik Wacek opowiedział uczestnikom o historii powstania i obecnych czasach tej przepięknie poprowadzonej linii kolejowej.

 W Dobrej powróciliśmy na „cywilizowane” drogi i przez przełęcz w Gruszowcu udaliśmy się do Kasiny Wielkiej, skąd po dłuższym poszukiwaniu czerwonego szlaku (w czym szczególne zasługi przypadły naszemu przewodnikowi Wackowi), wyruszyliśmy na trasę, mozolnie wspinając się na Lubogoszcz (968 m.n.p.m.) – typową górę „wyspę” charakterystyczną dla Beskidu Wyspowego. Na Lubogoszczu dłuższy odpoczynek, gdzie część uczestników wspominało najzabawniejsze „epizody” z niedawnego „Rajdu Oddziałowego” w Karkonoszach i Górach Izerskich. Po odpoczynku i posileniu się „pustymi kaloriami” zejście nadal czerwonym szlakiem przez „Zapadliska” do Mszany Dolnej. Dopiero w połowie zejścia mieliśmy możliwość oglądania pięknych krajobrazów beskidzkich; od Szczebla (976 m.n.p.m.) i Lubonia Wielkiego (1022 m..n.p.m.) na zachodzie, poprzez panoramę Gorców z Turbaczem i Kudłoniem na południu, pasmo Ogorzałej (806 m.n.p.m.) i Ostrej (780 m.n.p.m.), po Mogielicę (1170 m.n.p.m.), Ćwilin (1072 m.n.p.m.) i Śnieżnicę (1006 m.n.p.m.) na wschodzie. Dojście do Mszany Dolnej już niestety asfaltową szosą. W Mszanie czas wolny dla uczestników do godz. 1400. W tym miejscu trzeba pochwalić uczestników za punktualność; ostatni uczestnicy wsiadali do autokaru gdy w radiu podano dokładny czas: 1400.

 Z Mszany Dolnej wyruszyliśmy autokarem przez Kasinę Wielką, przełęcz Szklarnia i Szczyrzyc pod „Diabli Kamień” – jest to ciekawa skała z piaskowca nad Doliną Stradomki, który wedle legendy „zgubił” diabeł chcący zniszczyć nią klasztor Cystersów w Szczyrzycu. Jednak upuścił ją 2 km przed „celem” słysząc dzwony szczyrzyckiego Opactwa. Niestety na miejscu okazało się, że lokalna droga prowądząca obok „Diablego Kamienia” jest tak wąska, że nie było gdzie zaparkować autokaru. Uczestnicy musieli zadowolić się legendą opowiedzianą przez naszego przewodnika. Po nadłożeniu kilku kilometrów, udało nam się zawrócić w kierunku Szczyrzyca.

 W Szczyrzycu kolejne atrakcje: zwiedzanie zabytkowego Opactwa Cystersów po którym oprowadził nas jeden z „braciszków”. Oprócz kościoła z cudownym obrazem Matki Bożej i zabudowań klasztornych, zwiedziliśmy również muzeum które Cystersi utworzyli na terenie swego Opactwa. W muzeum oprócz eksponatów typowo „religijnych”, są eksponaty związane z dziejami szczyrzyckiej ziemi, w tym zbroje rycerskie, broń sieczna i palna, zbiory monet i banknotów, eksponaty związane z tutejszym browarem oraz zbiory etnograficzne. Uczestnicy wycieczki mieli możliwość wzięcia udziału w Mszy św. o godz. 1600 w tutejszym kościele i wszyscy byli zaskoczeni, że Msza z kazaniem i adoracją Najświętszego Sakramentu może trwać tylko 45 minut.

 Ze Szczyrzyca wyruszyliśmy na południe przez Skrzydlną, w poszukiwaniu miejsca na ognisko. Udało nam się znaleźć dogodne miejsce powyżej lokalnej drogi ze Skrzydlnej na przełęcz Szklarnia, w pobliżu była „zatoczka” do zaparkowania autokaru, a w okolicznych „przylaskach” drzewa na ognisko było pod dostatkiem. Tak więc tradycyjna „biesiada turystyczna” odbyła się w „dzikim” terenie, ale uczestnicy byli zadowoleni, dla wszystkich wystarczyło kiełbasy aby „najeść się” do syta. Po ognisku wyruszyliśmy przez Wiśniową, Dobczyce i Bochnię do Tarnowa, gdzie byliśmy po godz. 2030.

 Pogodę mieliśmy wyśmienitą, uczestnicy zadowoleni (było nas 33 osoby), wśród nich rozlosowano pięć turystycznych map Beskidu Wyspowego; tak więc wycieczkę można uznać za udaną, a zorganizowali ją i prowadzili: Jacek Szczebak i Wacław Krupski.

Na początku lipca zamówiliśmy w firmie MEDA wykonanie firmowych czapeczek naszego Koła. Są to typowe kaszkiety z daszkiem w kolorze zielonym z wydrukowanym godłem PTTK i nazwą Koła – w kolorze żółtym. Otrzymali je wszyscy członkowie naszego Koła, a ich koszt został pokryty z funduszy Koła.

WYCIECZKA W PASMO ORAWSKO – PODHALAŃSKIE, 21 lipca 2002 roku.

 Nasza kolejna jednodniowa wycieczka odbyła się (z przygodami) na Orawie i Podhalu. Z Tarnowa wyjechaliśmy autokarem „Autozatu” o godz. 715 przez Bochnię i Myślenice do Chochołowa, gdzie uczestnicy oglądnęli ciekawą zabytkową zabudowę wsi. Po drodze, już za Myślenicami pierwsza przygoda – kontrola autokaru przez patrol nowotarskiej Policji. Co prawda stan techniczny autokaru nie wzbudzał zastrzeżeń, ale po ostatniej „czarnej serii” autokarowych wypadków, Policjanci musieli się „wykazać”, no i znaleźli: brak napisu informującego o ilości miejsc siedzących w autokarze, co kosztowało przewoźnika 50 zł oraz zatrzymanie dowodu rejestracyjnego ze skierowaniem na przegląd techniczny. Całość zajścia trwała 40 minut i już na początku mieliśmy spore opóźnienie.

 Z Chochołowa (po zakupach na Słowacji) autokar podwiózł nas do Pieniążkowic, skąd wyruszyliśmy czerwonym szlakiem na Żeleźnicę (912 m.n.p.m.). Szlak prowadzi przez zalesione zbocza, dopiero pod samym szczytem pojawiają się malownicze polanki, niestety, pomimo słonecznej pogody widoczność nie była najlepsza i Tatry były ledwie widoczne. Podczas podejścia kolejna przygoda; część uczestników „wyrwała” do przodu, pozostali w spacerowym tempie podeszli na Żeleźnicę. Tam nie zastali pierwszej grupy, więc po krótkim odpoczynku zeszli do autokaru czekającego na nas w Bukowince. Na miejscu okazało się, że nasi „wyczynowcy” jeszcze tu nie dotarli, a korzystając z dobrodziejstw telefonów komórkowych dowiedzieliśmy się, że podchodzą oni właśnie na szczyt Żeleźnicy. Widać wybrali „krótszy” wariant bez szlaku czyli błądzenie. Dało to kolejne opóźnienie w programie wycieczki.

 Po zebraniu całej grupy wyruszyliśmy autokarem do Podszkla, skąd planowane było wyjście na Pająków Wierch i zejście do Orawki. I na tej trasie miała miejsce największa przygoda – niespodzianka wycieczki. Otóż na mapie turystycznej droga ta jest zaznaczona jak inne drogi asfaltowe, więc nic nie podejrzewajac wyruszyliśmy autokarem do Podszkla, po ok. 1,5 km skończył się asfalt i zaczęła droga szutrowa. Miejscowi poradzili nam, że tą drogą bez problemu przejedziemy autokarem. Po następnych 2 km droga stała się zwykłą polną dróżką, a autokar ledwo się na niej mieścił. Widok naszego autokaru przemierzającego polne dróżki był dość zabawny, ale nam nie było wcale „do śmiechu” – mogliśmy tu utknąć na dobre. Po następnych kilometrach dotarliśmy do drogi asfaltowej, jednak wjechać na nią wydawało się niemożliwe: wąski mostek nad rowem i przy tym ostry skręt wydawały się nie do pokonania przez nasz autokar. Na szczęście po długich manewrach udało się naszemu kierowcy –Sebastianowi – opanować sytuację. Ale to nie koniec naszych przygód. Ze względu na późną porę zrezygnowaliśmy z drugiej części trasy na Pająków Wierch i postanowiliśmy jechać na ognisko planowane pod Nowym Targiem na zagospodarowanym w tym celu leśnym parkingu. Niestety w Podszklu asfalt się kończył i musieliśmy zawrócić, aby znaleźć w miarę dogodną (asfaltową) drogę do „cywilizowanych terenów” – udało nam się zjechać do Piekielnika i stamtąd dopiero „normalną” szosą przez Czarny Dunajec udaliśmy się na ognisko. Po południu znacznie poprawiła się widoczność i jedynym pozytywnym zjawiskiem naszego błądzenia po orawskich bezdrożach była wspaniała panorama Tatr.

 Ognisko udało się wspaniale, drzewa w lesie było dość, kiełbasy do zjedzenia też całkiem sporo, więc dopiero o godz. 1830 wyruszyliśmy w stronę Tarnowa. Chcąc uniknąć korków na „Zakopiance”, wracaliśmy przez Krościenko i Nowy Sącz. W Tarnowie byliśmy dopiero po 2100.

 Wycieczka była dość udana, sporo przygód i niespodziewanych atrakcji. Wśród uczestników rozlosowano pamiątkowe upominki (mapy turystyczne). Wycieczkę zorganizował Wacek Krupski, niestety nie mógł w niej uczestniczyć, tak więc prowadzeniem wycieczki zajęli się: Olek Dulęba i Jacek Szczebak. W wycieczce udział wzięło 43 osoby.

WYCIECZKA W NIŻNE TATRY – SŁOWACJA 23 – 25 sierpnia 2002 roku.

 Jak się okazuje, udało się zrealizować nasze zeszłoroczne plany wyjazdu w Niżne Tatry na Słowację. Ponieważ chcemy aby nasza zagraniczna wycieczka na stałe zagościła w programie imprez turystycznych naszego Oddziału PTTK, zorganizowaliśmy ją tak jak w zeszłym roku w ostatni weekend sierpnia i planujemy następne wycieczki zagraniczne organizować też w tym terminie, aby wszyscy chętni do uczestnictwa w nich, mogli już od początku roku rezerwować sobie ten termin.

 Z Tarnowa wyjechaliśmy autokarem prywatnego przewoźnika w piątek 23 sierpnia już o godz. 600, aby mieć trochę więcej czasu na wędrówkę w pierwszym dniu wycieczki. Przez Bochnię i Myślenice dojechaliśmy do przejścia granicznego w Chyżnem. Odprawa graniczna przeszła gładko, więc wyruszyliśmy dalej do Trsteny na pierwsze zakupy w tutejszym supermarkecie. Po udanych zakupach przejazd autokarem przez Dolny Kubin i Rużomberok do Liptovskej Lużnej, skąd wyszliśmy na trasę czerwonym szlakiem na Raztocke Sedlo (1233 m.n.p.m.). Pierwszy odcinek wejścia wiedzie urokliwą dolinką prawie płaskim terenem, lecz im bliżej przełęczy stromość podejścia wzrasta i dopiero na samej przełęczy patrząc w dół widać było, że pokonaliśmy ponad 500 metrów przewyższenia. Na przełęczy dłuższy odpoczynek, po którym mordercze podejście na Salatin (1630 m.n.p.m.) ścieżką stromo wspinającą się na szczyt wśród kosodrzewiny. Na odległości 1 km wznieśliśmy się o 400 metrów w górę. Podczas podejścia zaczęły zbierać się chmury burzowe, na co niewątpliwy wpływ ma pobliskie jezioro Liptovska Mara. Tak więc chcąc uniknąć przykrych niespodzianek na szczycie, mocno wyciągnęliśmy nogi, co niestety spowodowało spore „rozciągnięcie się” grupy. Gdy na szczyt weszli ostatni maruderzy, gdzieś nad Chopkiem i Dumbierem szalała burza i kierowała się w naszym kierunku. Nie zwlekając szybko zeszliśmy zielonym szlakiem na Sedlo pod Malym Salatinom (1420 m.n.p.m.), skąd roztacza się piękny widok na Salatin i Ludrovską Dolinę. Dalsza część trasy wiodła trawiastym grzbietem z malowniczymi skałkami wapiennymi na zboczach. Tak doszliśmy na Bohunovo (1311 m.n.p.m.) i dalej przez Krivań (1233 m.n.p.m.) do Sedla pod Kohutom (953 m.n.p.m.). Po drodze zagospodarowany szałas w którym znaleźliśmy zeszyt z „wpisami” również po Polsku i stąd dowiedzieliśmy się, że na przełęczy pomimo braku oznakowania szlaku trzeba skręcić ostro w lewo i szukać ścieżki zejściowej. Niestety, nie wszyscy o tym wiedzieli i pewien „senior” naszego Koła wraz z „młodą lekarką” poszli prosto „gubiąc się” w lesie; do tej pory nikt nie wie czy było to niezamierzone, czy też celowe, w każdym razie „docinek” i śmiechu z tego wydarzenia było co niemiara. Z przełęczy zeszliśmy do Ludrovej, gdzie oczekiwał na nas autokar, zaś nasze „zguby” dotarły do Liptovskiej Stiavnicy skąd złapali „okazję” do Ludrovej. Po zebraniu wszystkich uczestników wyruszyliśmy na miejsce zakwaterowania do Liptowskiego Mikulasza. Tam trochę błądziliśmy autokarem po mieście w poszukiwaniu naszego hotelu, co niestety źle się dla nas skończyło. Jadąc główną ulicą z szybkością 51 km/h nie zauważyliśmy skrzyżowania na którym należało skręcić. Nas natomiast zauważył patrol Policji w nie oznakowanym samochodzie z videoradarem , a ponieważ było ograniczenie do 40 km/h kosztowało nas to 1000 koron „pokuty”, czyli po naszemu mandatu. Na szczęście udało się to jakoś rozliczyć w kosztach wycieczki, a w „nagrodę” Policjanci wskazali nam właściwą drogę do hotelu. Na miejscu po rozkwaterowaniu uczestników – czas wolny. Na świetlicy hotelowej odbyła się dla chętnych „biesiada” ze śpiewami przy gitarze.

 Drugi dzień wycieczki – 24 sierpnia – rozpoczęliśmy o godz. 730 wyjazdem do Demanovskej Doliny, gdzie zwiedziliśmy – za wliczone w koszty wycieczki 100 koron/osobę – jedną z najpiękniejszych słowackich jaskiń wapiennych: Demanovską jaskynię slobody. Po jaskini oprowadzał nas miejscowy przewodnik, niestety mówiący tylko po słowacku. Pomimo tego jaskinia wywarła na nas olbrzymie wrażenie, wszystkie te szaty naciekowe: stalagmity i stalaktyty, jeziorka i płynący przez jaskinię podziemny potok stanowiły niezapomniany widok i cieszyły nasze oczy i dusze. Po zwiedzeniu jaskini autokar podwiózł nas do Jasnej pod dolną stację kolejki krzesełkowej na Lukovą (1676 m.n.p.m.). Przejazd kolejką też stanowił sporą atrakcję; im wyżej, tym rozleglejsze piękne widoki na pobliskie granie: Sinej (1560 m.n.p.m.) i Bora (1887 m.n.p.m.) wiodące ku głównej grani w Polanie (1889 m.n.p.m.), po Derese (2003 m.n.p.m.) na zachodzie i gniazdo Krakovej holi (1751 m.n.p.m.) na wschodzie. Z Lukovej część uczestników powróciła kolejką do Jasnej do autokaru i zwiedzając po drodze Demanovską ladovą jaskynię wróciła do hotelu w Liptowskim Mikulaszu. Większość z nas wybrała się na trasę pieszą niebieskim szlakiem mozolnie wspinając się na Chopok (2023 m.n.p.m.). Dopiero z głównej grani widać było wspaniałe otoczenie Demanovskej Doliny z Deresami na zachodzie i Dumbierem na wschodzie. W „Kamiennej Chacie” – schronisku pod Chopkiem, dłuższy ale zasłużony odpoczynek. Po nim wymarsz czerwonym szlakiem główną granią w kierunku wschodnim przez Konske (1874 m.n.p.m.), Demanovske sedlo (1756 m.n.p.m.), skąd po odpoczynku podejście na najwyższy szczyt Niżnych Tatr – Dumbier (2043 m.n.p.m.). Na szczycie krótki „popas” oraz pamiątkowe zdjęcia, następnie powrót na Krupove sedlo (1921 m.n.p.m.). Z niego nadal czerwonym szlakiem, malowniczym grzbietem do Chaty gen. Stefanika (1727 m.n.p.m.). Tutaj kolejny dłuższy odpoczynek, po którym podział na dwie grupy: pierwsza zaszła zielonym szlakiem do Trangoski gdzie czekał na nas autokar, druga wyruszyła ambitniejszą trasa: główną granią czerwonym szlakiem przez Kralickę (1807 m.n.p.m.) na Sedlo Certovica, skąd zabrał ich autokar powracający z pierwszą grupą z Trangoski do Liptowskiego Mikulasza. Już na szczycie Dumbieru widzieliśmy tworzące się burzowe chmury, będąc w Chacie gen. Stefanika zaczęło kropić i pierwszą grupę schodzącą do Trangoski trochę mocniej zmoczyło. Druga grupa miała więcej szczęścia, bo burzowa chmura utknęła gdzieś nad Dumbierem i pokropił ich tylko lekki „kapuśniaczek”, no i wyszli z tego całkiem „na sucho”. Po powrocie do hotelu był czas na odświeżenie się i dla wszystkich uczestników obiadokolacja składająca się z zupy warzywnej oraz gulaszu mięsno-warzywnego z ryżem, ogórkiem kiszonym i kompotem. Jak na cenę trzeba przyznać, że była ona całkiem pożywna, a uczestnikom spodobało się, że wliczona była w koszty wycieczki, tak jak również niedzielne śniadanie. Wieczorem w świetlicy – jak w dniu wczorajszym: biesiada ze śpiewami przy gitarze w której brali również udział Słowacy – zabawa była wyśmienita.

 Ostatni dzień wycieczki: niedziela 25 sierpnia – rozpoczął się (dla chętnych) Mszą św. w tutejszym kościele o godz. 700. Później śniadanie, po nim część uczestników wyjechała o godz. 900 na trasę pieszą. Autokar przewiózł nas do miejscowości Magurka (1050 m.n.p.m.) skąd wyjście na trasę zielonym szlakiem, mozolnie wspinającym się na główną grań Niżnych Tatr do Sedla Durkovej (1709 m.n.p.m.). Stamtąd jeszcze trochę podejścia na Durkovą (1749 m.n.p.m.) czerwonym szlakiem i już spacerowa trasa główną granią porośniętą piękną murawą przez Zamostską holę (1612 m.n.p.m.), Latiborską holę (1643 m.n.p.m.) do Sedla pod Skalkou (1476 m.n.p.m.). Po drodze częste odpoczynki z podziwianiem pięknych krajobrazów. W tym dniu pogoda wreszcie się unormowała, przygrzewało słońce i podczas spaceru można było „załapać” trochę opalenizny. Z Sedla pod Skalkou zejście żółtym szlakiem do Liptovskiej Lużnej.

 W tym czasie autokar powrócił z Magurki do Liptowskiego Mikulasza po drugą część grupy, którą przewiózł do Besenovej aby mogli zażywać kąpieli w tutejszych basenach cieplicowych. Po kąpielach powrót do hotelu, ostatnie pakowanie bagaży i wyjazd o godz. 1430 do Liptovskiej Lużnej po pierwszą część grupy. Z Liptovskiej Lużnej przez Rużomberok i Dolny Kubin powrót na granicę w Chyżnem. Tym razem szczęście nam nie dopisało. Czekaliśmy ponad godzinę na odprawę, a gdy w końcu pojawił się celnik zaczęła się szczegółowa kontrola naszych bagaży oraz autokaru. Na szczęście celnicy odprawiający nasze bagaże nie byli zbyt drobiazgowi i udało nam się z niewielkimi stratami przebrnąć przez cło. Cała odprawa trwała w sumie grubo ponad dwie godziny, przez co z przejścia granicznego w Chyżnem wyruszyliśmy już po zmroku. Z Chżnego powrót przez Chabówkę, Myślenice i Bochnię do Tarnowa. W Tarnowie byliśmy dopiero po godz. 2330, tak więc trzeba było zaliczyć okrężną trasę po Tarnowie, aby rozwieźć uczestników w pobliże miejsca zamieszkania. I tu spotkała nas, ostatnia na szczęście, niespodzianka tej wycieczki. Otóż na ul. Mickiewicza, na podjeździe w okolicy Teatru nagle zgasł silnik autokaru. Okazało się, że brakło paliwa. Kierowca nie wziął pod uwagę, że kilometry po krętych górskich drogach „spalają” więcej paliwa, niż po równej drodze. Tym razem mieliśmy sporo szczęścia, bo udało się nam odkupić 10 litrów paliwa od kierowcy autokaru akurat przejeżdżającego obok nas. Tak więc wszyscy dotarli do domu – ostatni już po północy – a kierowca szczęśliwie dojechał do bazy.

 Czas podsumować naszą wycieczkę. Pogodę mieliśmy prawie że dobrą, w pierwsze dwa dni po południu tworzyły się chmury i trochę pokropiło, poza tym świeciło słońce, ale nie było zbyt upalnie – czyli wspaniała pogoda do wędrowania. Zaplanowane trasy nie do końca zostały zrealizowane, gdyż w pierwszym dniu przekonaliśmy się, że czas przejścia według którego były one układane – podany na słowackiej mapie Niżnych Tatr, jest dość „wyśrubowany” co przy dużej grupie znacznie go wydłuża. Tak więc w drugim i trzecim dniu przeszliśmy trasy w odwrotnym kierunku niż było to planowane dodatkowo je modyfikując (skracając). Frekwencja była całkiem niezła, w wycieczce wzięło udział 46 osób. Wycieczkę tak jak w zeszłym roku zorganizowali i prowadzili: Olek Dulęba i Jacek Szczebak.

VI RAJD ELEKTRYKÓW” W BESKIDZIE MAŁYM, 11 –13 października 2002 roku.

 Tegoroczny „Rajd Elektryków” odbył się w mało znanym wśród członków naszego Koła Beskidzie Małym. Z Tarnowa wyjechaliśmy autokarem „Autozatu” w piątek o godz. 715, przez Bochnię, Myślenice, Suchą Beskidzką i Jeleśnię do Korbielowa. Po drodze rozlosowano wśród uczestników Rajdu pięć map i przewodnik po Beskidzie Małym. W Korbielowie tradycyjne już zakupy tanich trunków po słowackiej stronie granicy. Po zakupach autokar przewiózł nas na Przełęcz Kocierską (718 m.n.p.m.) skąd wyruszyliśmy na trasę pieszą czerwonym szlakiem na Kocierz (879 m.n.p.m.), Przełęcz Cisową (795 m.n.p.m.), Cisowa Grapę (810 m.n.p.m.), Kiczerę (831 m.n.p.m.), Żar (761 m.n.p.m.) do Porąbki. Nasza wędrówka nie obyła się bez przygód: tuż za Kiczerą szlak nieoczekiwanie skręca ostro w prawo, a przy kiepskim oznakowaniu wielu z nas poszło prosto droga, trzeba było zawrócić i szukać właściwej ścieżki. Niektórzy nie zawracali i zeszli droga do Międzybrodzia Żywieckiego skąd „okazją” dotarli do Porąbki. Tego dnia pogoda była kiepska, chmury wisiały nisko, miejscami wędrowaliśmy we mgle i niestety panorama z góry Żar ograniczała się do oglądania czubków własnych butów, widoczność była tak marna, że nie było nawet widać tafli górnego zbiornika wody elektrowni w górze Żar. W Porąbce, po drugiej stronie zapory oczekiwał na nas autokar, a ponieważ grupa dość mocno się „rozciągnęła” i niektórzy wędrowali własnymi wariantami trasy, oczekiwanie na wszystkich uczestników przeciągnęło się do godzin wczesnowieczornych. Z Porąbki udaliśmy się na noclegi do Międzybrodzia Bialskiego. Zakwaterowanie mieliśmy w pensjonacie o wdzięcznej nazwie „Andaluzja”. Wieczorem czas wolny, zagospodarowany przez uczestników tradycyjnie na biesiadowanie i śpiewy przy gitarze. I jeszcze jedna „ciekawostka” wycieczki; otóż dwóch naszych kolegów tak bardzo chciało brać udział w naszym Rajdzie, że wracając z zagranicznej delegacji dotarli do Bielska-Białej, skąd taksówką przyjechali do Międzybrodzia i w pensjonacie zameldowali się o drugiej w nocy.

 W sobotę po śniadaniu wyjechaliśmy autokarem przez Kęty i Andrychów ponownie na Przełęcz Kocierską, skąd wyruszyliśmy czerwonym szlakiem w kierunku wschodnim przez Kiczorę (746 m.n.p.m.), Potrójną (884 m.n.p.m.), Łamaną Skałę (929 m.n.p.m.), Leskowiec (922 m.n.p.m.) do schroniska PTTK pod Leskowcem, wcześniej zwiedzając kaplicę papieską na pobliskim Groniu Jana Pawła II. Pogoda była podobna do tej z wczorajszego dnia, od wysokości ok. 800 m.n.p.m. szliśmy w chmurach i mogliśmy podziwiać bardzo ciekawe zjawisko atmosferyczne. Otóż od kilku dni chmury miały bardzo niski pułap, do tego wiał mocny wiatr, a w wyższych partiach gór trzymał lekki mróz co spowodowało osadzanie się szadzi i lodu na drzewach i nie tylko. Przy silnym wietrze szadź osadzała się tworząc długie na kilkanaście centymetrów „pióropusze”, ponadto drzewa liściaste nie zrzuciły jeszcze liści które pokryła gruba na centymetr warstwa lodu. Szadź i lód swym ciężarem przygniatały drzewa do ziemi (niektóre łamały) tak, że przybierały one ciekawe formy, a całość, we mgle tworzyła niesamowite, bajkowe wręcz krajobrazy. Choćby dla samych tych widoków warto było wędrować przy niezbyt sprzyjających warunkach atmosferycznych. W schronisku dłuższy odpoczynek na posilenie się i ogrzanie, a następnie zejście czarnym szlakiem do Rzyk – Jagódek do autokaru. Z Rzyk autokar przewiózł nas do rodzinnego miasta Karola Wojtyły: Wadowic. Tam uczestnicy mieli czas wolny na zwiedzanie miasta pełnego pamiątek związanych z młodością papieża oraz skosztowanie słynnych papieskich kremówek. Z Wadowic powrót do Międzybrodzia Bialskiego na miejsce zakwaterowania. Wieczorem planowane było ognisko turystyczne z pieczeniem kiełbasy, ale niestety aura nie była zbyt łaskawa – padał drobny deszczyk, tak więc impreza odbyła się w pensjonacie, zaś kilku ochotników piekło kiełbasę dla wszystkich uczestników na grillu obok pensjonatu.

 W niedzielę po śniadaniu i porannej mszy św. w tutejszym kościele część uczestników wyszła na przewidzianą na dzień dzisiejszy trasę pieszą z Międzybrodzia Bialskiego czerwonym szlakiem na Czupel (933 m.n.p.m. – najwyższy szczyt Beskidu Małego), następnie niebieskim szlakiem do schroniska PTTK na Magurce Wilkowickiej (909 m.n.p.m.), skąd po dłuższym odpoczynku i wzmocnieniu się grzanym piwem, zejście zielonym szlakiem do Wilkowic gdzie oczekiwał na nas autokar z pozostałymi uczestnikami Rajdu, którzy w tym dniu nie mieli ochoty na wędrówki. Również w tym dniu pogoda była „normalna” czyli niski pułap chmur, wiatr i w wyższych partiach gór przymrozek. Na odcinku od Czupla do Magurki Wilkowickiej oglądaliśmy również bajkowe krajobrazy jak w dniu wczorajszym, z tym że tutaj było o wiele więcej szadzi z powodu większej wilgotności powietrza spowodowanej bliskością dwóch dużych zbiorników wodnych: Jeziora Międzybrodzkiego i Żywieckiego. Szadź która opadła z drzew na ziemię miała grubość kilkunastu centymetrów, tak więc szło się jak po śniegu, do tego było bardzo dużo połamanych przez szadź i wiatr drzew. Z Wilkowic wyjechaliśmy o godz. 1600 i przez Bielsko, Wadowice, Kraków i Bochnię dotarliśmy do Tarnowa na godz. 2000.

 W „VI Rajdzie Elektryków” wzięło udział 31 osób, a zorganizował go Jacek Szczebak i wraz z Wackiem Krupskim prowadził uczestników po szlakach.

WYCIECZKA NA BRZANKĘ 20 październik 2002 rok.

 Kolejna wycieczka z cyklu „Nie siedź w domu, chodź z nami na wycieczkę” odbyła się w Paśmie Brzanki Pogórza Ciężkowickiego. Z Tarnowa wyjechaliśmy autobusem PKS o godz. 930 do Ryglic. Tam zwiedziliśmy cmentarz wojskowy nr 167 z I wojny światowej; jest to sporych rozmiarów obiekt w bardzo dobrym stanie (po niedawnym remoncie), pod opieką mieszkańców Ryglic. Następnie oglądnęliśmy miejscowy kościół parafialny p.w. św. Katarzyny; jest to budowla o ciekawej architekturze, charakterystycznej dla murowanych kościołów w Małopolsce z początku XX wieku.

 Z Ryglic wyruszyliśmy niebieskim szlakiem na Ostry Kamień (530 m.n.p.m.). Po drodze, w lesie spotkaliśmy stado dzików, na szczęście były one bardziej wystraszone od nas, więc nie musieliśmy uciekac na drzewa. Na Ostrym Kamieniu obok skałki z piaskowca od której wziął nazwę szczyt, pierwszy dłuższy odpoczynek i posiłek. Z Ostrego Kamienia wyruszyliśmy żółtym szlakiem do Bacówki na Brzance, po drodze zmoczył nas przelotny deszcz, ale nim doszliśmy do Brzanki, znów zaświeciło słońce.

 W Bacówce kolejny odpoczynek i przygotowania do ogniska. W wycieczce brało udział 12 osób, a na ognisko dojechało samochodem jeszcze sześć, tak więc zebrała się nas całkiem spora grupa. Ognisko z pieczeniem kiełbasy odbyło się przy pięknej jesiennej i słonecznej pogodzie z czym mieliśmy sporo szczęścia, gdyż zaraz po ognisku nadciągnęła ciemna burzowa chmura z której sypnęło śniegiem i gradem. Burzę, która trwała kilkanaście minut, a po niej znów zaświeciło słońce, przeczekaliśmy w Bacówce. Z Brzanki zeszliśmy malowniczym i widokowym niebieskim szlakiem do Tuchowa, a ponieważ wypogodziło się na dobre, oglądaliśmy piękną panoramę okolicznych wzgórz. Do odjazdu najbliższego autobusu do Tarnowa mieliśmy jeszcze ponad godzinę czasu, więc zdążyliśmy pokrzepić się tym, co turyści lubią najbardziej: kufelkiem dobrego zimnego piwa.

 Z Tuchowa powrót autobusem PKS, w Tarnowie byliśmy o godz. 1830. Wycieczkę zorganizował i prowadził Jacek Szczebak.

OBCHODY 35-LECIA ODDZIAŁU PTTK TARNÓW „AZOTY” – 25 października 2002 r.

 BIULETYN TARNOWSKIE AZOTY – NR 17(1942)

Oddział PTTK

Azoty” świętuje

35-lecie!

 Piątek, 25 października będzie niezwykle ważnym i uroczystym dniem dla Oddziału PTTK „Azoty” przy Zakładach Azotowych w Tarnowie-Mościcach S.A. Wtedy to bowiem turyści spod znaku „Jaskółki” świętować będą – przesunięte o ponad rok – 35-lecie istnienia swojego Oddziału.

Jubileusz ten, świętowany podczas zorganizowanej tego dnia w sali PHG „Mościce” uroczystej wieczornicy, stanie się znakomitą okazją uhonorowania osób, które w sposób szczególny przyczyniły się do rozwoju Oddziału.

I tak, Złote Honorowe Odznaki Zarządu Głównego PTTK otrzymają: Małgorzata Krzyszkowska, Danuta Janicka, Zygmunt Mikłasz, Zdzisław Drabik, Stanisław Ligęza.

Srebrne Honorowe Odznaki ZG PTTK – Lidia Ząbczyńska, Anna Lorenowicz, Janina Gulińska, Marek Żyliński, Bronisław Micek.

Dyplom Zarządu Głównego PTTK – Barbara Ryszawy, Ewa Białas, Tadeusz Łętka, Franciszek Prokuski, Jerzy Pawełek, Jan Rędzi, Jan Knapik, Józef Szczepanek, Marian Małochleb, Aleksander Dulęba.

Dyplom Zarządu Oddziału PTTK „Azoty” – Aurelia Gierałt, Maria Ogrodnik-Grudzień, Jan Sienkiewicz, Urszula Kocik, Jerzy Sosin, Wacław Krupski, Jacek Szczebak.

 

Honorowe Odznaki Zarządu Oddziału PTTK „Azoty” – Irena Kita, Alina Śpiewak, Stanisław Burian, Józef Kita, Zbigniew Kołodziej, Anna Lorenowicz, Zygmunt Śpiewak, Janina Gulińska, Marek Żyliński, Bronisław Micek, Barbara Ryszawy, Ewa Białas, Tadeusz Łętka, Franciszek Prokuski, Jerzy Pawełek, Jan Rędzi, Józef Szczepanek, Jan Knapik, Urszula Kocik, Marian Małochleb, Aleksandr Dulęba, Maria Ogrodnik-Grudzień, Jan Sienkiewicz, Jerzy Sosin, Wacław Krupski, Jacek Szczebak.

Podziękowanie za pracę w Zarządzie otrzyma Irena Bończyk.

Przypomnijmy, iż Oddział PTTK przy Zakładach Azotowych w Tarnowie-Mościcach powstał 13 maja 1966 r. z inicjatywy turystów ze Zbigniewem Tumiłowiczem na czele. Celem pomysłodawców było stworzenie organizacji, która rozpropagowałaby turystykę i krajoznawstwo oraz zapewniła atrakcyjny i aktywny wypoczynek ludziom pracującym w tarnowskich Azotach. Dziś z pełnym przekonaniem można stwierdzić, iż zamierzony cel został osiągnięty. I dopóki trwać będzie – mówi prezes Oddziału PTTK przy Zakładach Azotowych S.A. Stanisław Rygiel –zapotrzebowanie środowiska na tę działalność, Oddział zamierza istnieć, a jego działacze nie szczędzić wysiłku, aby wycieczki i imprezy turystyczne były organizowane atrakcyjnie i profesjonalnie

 

 Oddział PTTK przy Zakładach Azotowych w Tarnowie powstał 13 maja 1966 roku i przez ponad 35 lat swego istnienia organizował imprezy turystyczno krajoznawcze dla pracowników (i nie tylko) Zakładów Azotowych. Przez ten okres pracowało społecznie w naszym Oddziale wielu wspaniałych ludzi i dzięki ich zaangażowaniu mogła się rozwijać przez te wszystkie lata turystyka i krajoznawstwo w naszym środowisku.

 Uroczyste obchody 35-lecia naszego Oddziału PTTK, ze względów organizacyjnych zostały przesunięte o ponad rok. Odbyły się one w formie uroczystej wieczornicy w sali balowej „Kasyna” PHG „Mościce”. Zostali na nią zaproszeni przedstawiciele wszystkich kół działających w Oddziale, oraz goście: przedstawiciele Zarządu Głównego PTTK oraz sąsiednich Oddziałów PTTK: „Ziemi Tarnowskiej” i z Bochni, w sumie blisko osiemdziesiąt osób.

 W pierwszej, oficjalnej części spotkania wygłosili swe przemówienia okolicznościowe Prezes Zarządu Oddziału, zaproszeni goście i działacze naszego Oddziału. Następnie zostały wręczone odznaczenia dla zasłużonych działaczy: Złote i Srebrne Honorowe Odznaki Zarządu Głównego PTTK, Dyplomy Zarządu Głównego PTTK, Dyplomy Zarządu Oddziału PTTK „Azoty” oraz Honorowe Odznaki Zarządu Oddziału PTTK „Azoty”. Doceniono również pracę członków naszego Koła, i tak: Dyplom Z.G. PTTK otrzymał Aleksander Dulęba, Dyplom Z.O. PTTK „Azoty” otrzymali Wacław Krupski i Jacek Szczebak, oraz Honorową Odznakę Z.O. PTTK „Azoty” otrzymali: Aleksandr Dulęba, Wacław Krupski i Jacek Szczebak. Po wręczeniu odznaczeń nastąpiła przerwa podczas której serwowano drożdżówki i pączki oraz kawę i herbatę, był też czas na luźne rozmowy, wspomnienia i snucie planów na przyszłość.

 W drugiej części, przy lampce wina odbyła się ciekawa prezentacja przeźroczy krajoznawczych o różnorodnej tematyce w pięknej oprawie poetyckiej, przygotowana przez Koło PTTK nr 1 „Automatyka”. Salę ozdabiały „gazetki ścienne” prezentujące historię naszego Oddziału. Całość spotkania trwała do późnych godzin nocnych.

Rok 2003

 

WYCIECZKA W PASMO ŁOSOSIŃSKIE. BESKID WYSPOWY – 27 kwiecień 2003 roku.

 

 W tym roku dość późno rozpoczęliśmy sezon turystyczny; a to pogoda była „nie za bardzo”, albo nie miał kto zorganizować wyjazdu itp. W każdym razie lepiej późno niż wcale. Pierwszą w tym roku wycieczkę z cyklu „Nie siedź w domu, chodź z nami na wycieczkę” zaplanowaliśmy w mało uczęszczanym niemniej ciekawym Paśmie Łososińskim. Z Tarnowa wyjechaliśmy o godz. 715 autobusem PKS na przeł. Just (400 m.n.p.m.). Tam oglądnęliśmy, niestety tylko z zewnątrz (pomimo niedzieli zamknięty na cztery spusty) drewniany kościółek p.w. N.M.P. z XVIII wieku. Z Justu wyruszyliśmy niebieskim szlakiem na pobliski Jodłowiec (486 m.n.p.m.), skąd pierwsze widoki na Pasmo Łososińskie. Dalej zejście do wsi Rojówka (440 m.n.p.m.) i podejście na grzbiet Pasma Łososińskiego na kulminację Babiej Góry (727 m.n.p.m.). Po drodze, w górnym przysiółku Rojówki widzieliśmy ciekawostkę przyrodniczą: w jednym z gospodarstw pasło się stadko czarnych świnek wietnamskich.

 Na Babiej Górze obok kaplicy, pierwszy dłuższy odpoczynek i uzupełnienie zużytych kalorii. Z Babiej Góry wyruszyliśmy, w dalszym ciągu niebieskim szlakiem, mozolnie podchodząc na najwyższy szczyt Pasma Łososińskiego: Jaworz (921 m.n.p.m.). Tam kolejny odpoczynek – trzeba było ubrać przeciwdeszczowe ubrania, gdyż od zachodu zaczęły napływać groźnie wyglądające chmury, a po chwili zaczęło padać. Na szczęście deszcz okazał się niezbyt intensywny i zanikający. My szliśmy nadal niebieskim szlakiem na Sałasz Wschodni (909 m.n.p.m.) i Zachodni (763 m.n.p.m.). Poniżej Sałasza Zachodniego dłuższa przerwa na ognisko i pieczenie kiełbasy, które pomimo przelotnej mżawki i tak trwało dość długo. Po ognisku zejście do Limanowej przez Miejską Górę (716 m.n.p.m.) gdzie widzieliśmy wysoki na 37 metrów krzyż wybudowany w 1999 roku na obchody jubileuszu 2000 lat chrześcijaństwa. W Limanowej zwiedziliśmy Bazylikę p.w. Matki Bożej Bolesnej z początku XX wieku. Był też czas wolny dla uczestników na zwiedzanie indywidualne miasta.

 Z Limanowej wyjechaliśmy autobusem PKS o godz. 1720, do Tarnowa dotarliśmy na godz. 1940. W wycieczce wzięło udział aż 20 osób (jak do tej pory największa ilość uczestników w wycieczce z tego cyklu), a zorganizował ją Jacek Szczebak i wraz z Olkiem Dulębą prowadzili grupę po szlakach.

WYCIECZKA W GORCE 25maja 2003 roku.

 Kolejna jednodniowa wycieczka, tym razem autokarem, odbyła się w Gorcach. W tym roku korzystamy z autokarów prywatnych przewoźników, nawet na wycieczkach krajowych ponieważ „Autozat” sprzedał wszystkie autokary. Z Tarnowa wyjechaliśmy o godz. 715 przez Bochnię i Myślenice dotarliśmy do Chabówki. Po drodze wśród uczestników wycieczki rozlosowano mapy i przewodnik po Gorcach. W Chabówce zwiedziliśmy słynny Skansen Kolejnictwa. Największe wrażenie zrobiły na nas oczywiście parowozy, a przecież jeszcze nie tak dawno temu, można je było oglądać na stacji PKP w Tarnowie. Oprócz parowozów, w skansenie zobaczyliśmy również inne pojazdy szynowe: pierwszy polski elektrowóz, stare wagony osobowe oraz sprzęt specjalistyczny jak np. stary parowy wirnikowy pług śnieżny, który pracował na górskich trasach. Ostatnimi czasy skansen boryka się ze sporymi problemami finansowymi i jeśli nie znajdzie bogatego sponsora, może zostać zlikwidowany.

 Po sporej dawce „kolejowych” wrażeń, wyruszyliśmy autokarem do Rdzawki (800 m.n.p.m.), skąd wyszliśmy niebieskim szlakiem przez Kulakowy Wierch (840 m.n.p.m.), Wyżnią Skałkę (907 m.n.p.m.), Jaworzynę (939 m.n.p.m.) do schroniska PTTK na Starych Wierchach (983 m.n.p.m.) . Tutaj zaplanowany dłuższy odpoczynek na słonecznej polanie przed schroniskiem z widokiem na Tatry. Po przeszło godzinnym „leniuchowaniu” wyszliśmy zielonym szlakiem na Obidowiec (1106 m.n.p.m.), Suchorę (1000 m.n.p.m.) – na Suchorze znajduje się jedyne w Polsce górskie obserwatorium astronomiczne – i Tobołów (964 m.n.p.m). Tutaj, przy bufecie obok górnej stacji wyciągu krzesełkowego, kolejny odpoczynek, po nim zejście nadal zielonym szlakiem do Koninek.

 Z Koninek autokar przewiózł nas malowniczą trasą z widokami na wzniesienia Beskidu Wyspowego na Przełęcz Rydza-Śmigłego, gdzie odbyło się tradycyjne ognisko z pieczeniem kiełbasy. W tym roku na Przełęczy Rydza-Śmigłego rozpoczęto budowę jakiegoś sporych rozmiarów obiektu (czyżby schronisko?), więc ognisko miało miejsce na „placu budowy” – wszędzie piętrzą się stosy materiałów budowlanych. Po ognisku powrót autokarem przez Limanowa i Czchów do Tarnowa, gdzie dotarliśmy na godz. 2015.

 Wycieczka udała się nam wyśmienicie, trasa miała charakter typowo „spacerowy” (bez trudności), co przy upalnej w tym dniu pogodzie miało duże znaczenie. Do tego wiele pozytywnych wrażeń ze zwiedzanego Skansenu Kolejnictwa oraz udane ognisko, tak więc wszyscy uczestnicy (a było nas 47 osób) byli zadowoleni. Wycieczkę zorganizowali i prowadzili po szlakach: Jacek Szczebak i Olek Dulęba.

WYCIECZKA W BESKID SĄDECKI – PASMO RADZIEJOWEJ. 13 lipca 2003 roku.

 Kolejna wycieczka naszego Koła została zaplanowana w Beskidzie Sądeckim, Paśmie Radziejowej i jak się okazało słusznie, bo wielu z uczestników tej wycieczki po raz pierwszy w tym dniu zdobywało Radziejową.

 Z Tarnowa wyjechaliśmy o godz. 715 przez Nowy Sącz i Piwniczną do Kosarzysk – Suchej Doliny. Po drodze uczestnicy brali udział w przygotowanej przez organizatorów loterii fantowej, a nagrodami były świetnie opracowane przez wydawnictwo Compass mapy Pasma Radziejowej oraz przewodnik po Beskidzie Sądeckim wydawnictwa Rewasz. W wycieczce naszej brało udział kilkoro uczestników kursu na Przewodników Beskidzkich organizowanego w tym roku przez sąsiedni Oddział PTTK „Ziemi Tarnowskiej”. Była to dla nich jedna z kilku wycieczek „praktykanckich” które muszą odbyć, tak więc obsługę przewodnicką mieliśmy na wysokim poziomie – kursanci bardzo się starali.

 Wyjeżdżając z Tarnowa mieliśmy dość dobrą pogodę, świeciło nawet słońce. Niestety, im bliżej gór, tym było coraz gorzej. Z Kosarzysk wychodziliśmy na trasę w strugach deszczu co spowodowało, że część uczestników pozostała w autokarze. Gdy zdecydowana większość wycieczki dzielnie walczyła na szlaku z trudnościami aury i terenu, pozostali zwiedzili pobliskie uzdrowisko: Piwniczną. My zaś z Kosarzysk (630 m.n.p.m.) wyszliśmy czerwonym szlakiem na Przełęcz Obidza (930 m.n.p.m.). Tutaj pożegnaliśmy deszcz, a naszym oczom ukazały się piękne widoki na okoliczne pasma Beskidów spowite chmurami. Dalej szliśmy niebieskim szlakiem przez malowniczy grzbiet obfitujący w polany na Wielki Rogacz (1182 m.n.p.m.). Tutaj pierwszy dłuższy odpoczynek (na Przełęczy Obrazki), skąd przegonił nas deszcz, więc w trochę gorszym nastroju wyruszyliśmy czerwonym szlakiem na najwyższy szczyt Beskidu Sądeckiego: Radziejową (1262 m.n.p.m.). Z Przełęczy Żłobki część uczestników wybrała lżejszy wariant, trawersując od południowego zachodu szczyt Radziejowej. Pozostali dzielnie, w strugach deszczu zdobyli Radziejową, gdzie był krótki odpoczynek na pamiątkowe zdjęcie; dalej zejście w kierunku Złomistych Wierchów (1226 m.n.p.m.). Tu dogoniliśmy grupę „obchodzącą” Radziejową i wspólnie doszliśmy do schroniska PTTK na Przehybie (1175 m.n.p.m.). W schronisku długi, ponad godzinny odpoczynek; czas na posiłek i napitek oraz przeczekanie deszczu. Ze schroniska wyruszyliśmy już bez deszczu, niebieskim szlakiem przez Wietrzne Dziury (1038 m.n.p.m.) i Wdżary Wyżne (856 m.n.p.m.) w kierunku Rytra. Gdzieś tak poniżej Wietrznych Dziur wyszło słońce i pogoda całkowicie się odmieniła, tak więc z widokowych polanek w okolicy Wyżnych i Niżnych Wdżar mogliśmy podziwiać piękne krajobrazy: od zachodu Beskid Wyspowy z charakterystycznymi szczytami Mogielicy (1170 m.n.p.m.), Modyni (1029 m.n.p.m.), Pasmem Łososińskim, Kotliną Sądecką ograniczoną od północnego wschodu pasmem Jodłowej i Rosochatki oraz Pogórzem. Daleko na wschodzie Góry Grybowskie i Beskid Niski, oraz bardziej na południe Pasmo Jaworzyny Krynickiej. Niebieskim szlakiem doszliśmy do Doliny Wielkiej Roztoki, gdzie na parkingu czekał na nas autokar z uczestnikami naszej wycieczki, którzy nie poszli na trasę i zwiedzali Piwniczną. Tam też odbyło się tradycyjne ognisko turystyczne z pieczeniem kiełbasy (i nie tylko). Po ognisku powrót autokarem do Tarnowa, z krótką przerwą w Łososinie Dolnej. W Tarnowie byliśmy tuż po godz. 2000.

 Podsumowując wycieczkę należy zaznaczyć kolejny rekord, tym razem frekwencji: było nas 57 osób, i co ciekawe pomimo nienajlepszej pogody i prognoz, wszyscy „zapisani” uczestnicy przyszli rano na miejsce odjazdu autokaru, co nieczęsto się zdarza. Tak więc frekwencja była „wzorowa”, uczestnicy zadowoleni i oby więcej takich wycieczek jak ta, a zorganizował ją i prowadził wraz z Wackiem Krupskim, Jacek Szczebak.

WYCIECZKA W BESKID WYSPOWY 10 sierpnia 2003 roku.

 Z Tarnowa wyjechaliśmy autokarem o godz. 715 przez Czchów i Łososinę w kierunku Limanowej. Po drodze wśród uczestników rozlosowano 10 sztuk map Beskidu Wyspowego z pamiątkową dedykacją upamiętniającą naszą wycieczkę. Wycieczka ta w części krajoznawczej obejmowała tematykę związaną z działaniami militarnymi podczas I wojny światowej na tym terenie, oraz udziału w nich I Brygady Legionów Polskich. Jednym z uczestników wycieczki był historyk (z zawodu i zamiłowania): kol. Andrzej, który opowiedział nam o bitwie limanowskiej oraz o Polakach walczących w niej pod dowództwem brygadiera Józefa Piłsudskiego.

Z Limanowej wyszliśmy niebieskim szlakiem na wzgórze Jabłoniec. Tam zwiedziliśmy jeden z najpiękniejszych cmentarzy wojskowych z czasów I wojny światowej (nr 368). Jest to reprezentacyjny cmentarz X okręgu grobów wojennych („Limanowa”) w Galicji Zachodniej. Usytuowany jest on na miejscu krwawej bitwy stoczonej przez „spieszonych” węgierskich huzarów zdobywających umocnienia rosyjskie na wzgórzu broniącym dostępu do Limanowej. Z Jabłońca powrót do Limanowej tą samą trasą.

Z Limanowej autokar przewiózł nas na Przełęcz Ostrą (800 m.n.p.m.) Jest to najwyżej położona przełęcz dostępna komunikacyjnie na terenie całego Beskidu Wyspowego. Stamtąd wyszliśmy zielonym szlakiem na pobliski Cichoń (928 m.n.p.m.), następnie zejście na Przełęcz Słopnicką (766 m.n.p.m.). Odcinek szlaku od Cichonia do Przełęczy Słopnickiej prowadzi niezalesionym grzbietem z którego roztaczają się wspaniałe widoki: od płd. wsch. na Modyń (1029 m.n.p.m.), na płd. widać Dolinę Kamienicy a za nią Gorce z Lubaniem (1211 m.n.p.m.), bardziej na płd. zach. widać masywny Gorc (1228 m.n.p.m.), Kudłoń (1276 m.n.p.m.), dalej na zachód znów szczyty Beskidu Wyspowego: Jasień (1062 m.n.p.m.), Krzysztanów (1012 m.n.p.m.), oraz najbliższa i dominująca nad otoczeniem Mogielica (1170 m.n.p.m.) – najwyzszy szczyt Beskidu Wyspowego. Bardziej na północ widoczny masyw Łopienia (951 m.n.p.m.), a bliżej malowniczo położona dolina w której rozciąga się wieś Słopnice.

Z Przełęczy Słopnickiej nadal szliśmy zielonym szlakiem w kierunku Mogielicy. W przysiółku Słopnic: Bukowinie, dłuższy odpoczynek przy drewnianej chacie w której gospodarze urządzili turystyczny „gościniec” serwujący jadło napoje i napitki oraz przekąski. Po „pokrzepieniu turystycznej duszy” rozpoczęliśmy najtrudniejszy odcinek trasy – mozolne wspinanie się na Mogielicę. Trzeba jednak przyznać, że wejście na nią od tej strony jest (jak na warunki Beskidu Wyspowego) stosunkowo „łatwe i płaskie”, natomiast wszelkie trudności z tym związane wynagrodził nam „z nawiązką” odpoczynek na podszczytowej malowniczej Polanie Stomorgi. Z Mogielicy nadal konsekwentnie zielonym szlakiem na Przełęcz Rydza-Śmigłego (700 m.n.p.m.), której nazwa jest związana z działalnością Legionistów Piłsudskiego na tym terenie w 1914 roku. Tam też urządziliśmy ognisko z pieczeniem kiełbasy i śpiewami, którym przewodzili seniorzy naszej wycieczki. Po ognisku powrót autokarem do Tarnowa, gdzie byliśmy o godz. 2100.

Wycieczka udała się znakomicie, pogoda dopisała, uczestnicy byli zadowoleni – a było nas 31 osób. Wycieczkę zorganizował Jacek Szczebak i prowadził ją po szlakach wraz z Wackiem Krupskim.

WYCIECZKA W NIŻNE TATRY – SŁOWACJA 29 – 31 sierpień 2003 rok.

 Tegoroczny wyjazd zagraniczny miał trochę inny charakter niż w poprzednich latach, a to z powodu nowelizacji „Kodeksu Pracy” która zabrania dofinansowania wyjazdów zagranicznych z funduszu socjalnego. Spowodowało to, że uczestnicy musieliby ponieść koszty związane z wynajmem autokaru (które do tej pory dla pracowników Zakładów Azotowych i Spółek pokrywał fundusz socjalny), co z kolei podniosłoby cenę wycieczki i byłby kłopot z zebraniem składu na cały autokar. Wynajęliśmy więc (dość tanio) 18-sto osobowego BUS-a, skład wycieczki „ustalił się „ na 17 osób, a ponieważ nasze Koło dysponowało sporymi nadwyżkami finansowymi, Zarząd Koła podjął decyzję o dofinansowaniu tego wyjazdu kwotą tysiąc złotych, co akurat wystarczyło na pokrycie kosztów wynajmu BUS-a, a koszt wycieczki na uczestnika wyniósł jedyne 110 zł.

 Z Tarnowa wyjechaliśmy w piątek 29.08. dość wcześnie bo o godz. 600, przez Nowy Sącz i Krościenko do przejścia granicznego ze Słowacją w Niedzicy. Odprawa graniczna przebiegła szybko i sprawnie. Tuż za granicą pierwsze zakupy, następnie jechaliśmy przez Kieżmark, Poprad i Vażec do miejscowości Svarin położonej na północnym obrzeżu wschodniej części Niżnych Tatr. Ze Svarina wyszliśmy żółtym szlakiem, początkowo prowadzącym dość długo asfaltową szosą dnem doliny, który następnie „stając dęba” wyprowadził nas dzikim, zarośniętym i stromym zboczem na szczyt Nemecka (1535 m.n.p.m.). Tutaj pierwszy dłuższy odpoczynek i wyjście nadal żółtym szlakiem, tym razem otwartym terenem porośniętym wysokimi trawami do złudzenia przypominającym nasze bieszczadzkie połoniny, na Vel’ky bok (1727 m.n.p.m.). Podczas podejścia na Vel’ky bok od północnego zachodu zaczęły zbierać się groźnie wyglądające chmury i zaczęło mocno dmuchać. Gdy dotarliśmy na szczyt kilka razy zagrzmiało, więc czym prędzej zbiegliśmy też żółtym szlakiem na Sedlo pod Vel’kym bokom (1479 m.n.p.m.). Tutaj kolejny odpoczynek, na szczęście burza przeszła daleko na północ w kierunku Tatr Zachdnich. Dalej szliśmy niebieskim szlakiem, początkowo dość stromym zejściem, następnie bardziej płasko malowniczą Maluzinską doliną, niestety znów długim, niekończącym się asfaltem do miejscowości Maluzina. Po drodze, już na asfalcie kilkakrotnie pokropił nas drobny kapuśniaczek, ale jak dowiedzieliśmy się od naszego kierowcy Sebastiana, w czasie gdy my byliśmy na Vel’kym boku , w Maluzinie było oberwanie chmury z gradobiciem – mieliśmy więc sporo szczęścia, że nie spotkało nas to na szlaku. W Maluzinie obiecany uczestnikom jeszcze na podejściu na Nemeckę „kufelek” piwa, a po nim udaliśmy się BUS-em na miejsce zakwaterowania, tam gdzie w zeszłym roku, do hotelu sportowego „EM CLUB” w Liptowskim Mikulaszu. Dotarliśmy tam już po zmroku, w pierwszej kolejności zjedliśmy dwudaniową obiadokolację, następnie rozlokowaliśmy się na kwaterach. Tutaj nastąpił mały, ale na szczęście jedyny „zgrzyt” w całej imprezie. Otóż początkowo mieliśmy mieszkać w hotelu, na kilka dni przed wyjazdem telefonicznie potwierdzaliśmy nasze przybycie i wówczas dowiedzieliśmy się, że gospodarze otrzymali zamówienie na noclegi dla sporej grupy robotników na cały miesiąc, a nie chcąc przepuścić takiej okazji, dla nas przewidzieli zakwaterowanie w domu oddalonym od hotelu o 100 metrów, a jedynie wyżywienie będzie w hotelu. Na miejscu jednak okazało się, że podzielono nas: 11 osób zakwaterowano w hotelu, 7 w domu obok, co trochę rozbiło naszą grupę i miało wpływ na tzw. „życie towarzyskie” w pierwszym dniu. Po obiadokolacji i rozkwaterowaniu część uczestników mieszkających w hotelu zorganizowała jeszcze małą biesiadkę przy gitarze, na którą nie dotarli uczestnicy mieszkający okok.

 Drugi dzień naszej wycieczki (sobota 30.08.) rozpoczęliśmy śniadaniem o godz. 800. Następnie wyjazd do miejscowości Magurka która jest jedną z najwyżej położonych miejscowości w Niżnych Tatrach na wysokości 1050 m.n.p.m. Ponieważ wczorajsza trasa wszystkim nam dała niezły „wycisk”, dzisiejszą trasę troszeczkę zmodyfikowaliśmy (czytaj: skróciliśmy) w stosunku do planowanej. I tak: z Magurki wyszliśmy zielonym szlakiem zakosami na Masterską horę (1528 m.n.p.m.) i dalej grzbietem Javorina do głównej grani Niżnych Tatr którą osiągnęliśmy w Sedlu Durkovej (1709 m.n.p.m.). Na tym podejściu grupa dość mocno się „rozciągnęła” i nie było wspólnych dłuższych odpoczynków, każdy odpoczywał tam, gdzie dogoniło go zmęczenie. Z Sedla Durkovej szliśmy główną granią czerwonym szlakiem na Chabenec (1955 m.n.p.m.). Pogodę mieliśmy dość dobrą do wędrówki, co prawda rano pułap chmur był dość niski, ale w ciągu dnia chmury podnosiły się coraz wyżej, stawały się coraz rzadsze, a widoczność była coraz lepsza. Tak więc z Chabenca mieliśmy piękny widok na główną grań Niżnych Tatr, przed nami w kolejności były widoczne: Kotliska (1936 m.n.p.m.) z masywną odchodzącą na południe granią Skalki (1980 m.n.p.m.), dalej Pol’anę (1889 m.n.p.m.) z wybiegającym ku północy długim grzbietem Bora (1887 m.n.p.m.) i Sinej (1560 m.n.p.m.), a w głębi trzy najwyższe szczyty Niżnych Tatr: Derese (2003 m.n.p.m.), Chpok (2023 m.n.p.m.) oraz Dumbier (2043 m.n.p.m.) – byliśmy tam w zeszłym roku.

 Z Chabenca szliśmy główną granią aż do Sedla Pol’ana (1837 m.n.p.m.). Przez cały zcas podziwialiśmy widoki zmieniające się w miarę ubywania trasy. Szczególnie malowniczo prezentował się boczny masyw Skalki, który wpierw oglądaliśmy od strony zachodniej stopniowo przechodząc na jego wschodnią panoramę. Główną grań na tym odcinku porasta ten sam gatunek trawy co nasze tatrzańskie Czerwone Wierchy, a jako że to już koniec sierpnia, mieniły się one w kolorach czerwono-rudo-brązowych, kontrastując z kępami ciemnozielonej kosodrzewiny. Z Sedla Pol’ana zeszliśmy uciążliwie stromym żółtym szlakiem do Jasnej – rekraacyjno wypoczynkowego centrum pod Chopkiem. Tam dłuższy odpoczynek na kufel dobrego piwa i zlokalizowanie (za pomocą telefonu komórkowego) kierowcy i naszego BUS-a. Następnie powrót do Liptowskiego Mikulasza, po drodze zatrzymaliśmy się w centrum na zakupy pod „swojsko” wyglądającą „Hypernovą”. W hotelu byliśmy dość wcześnie (ok. godz. 1730), był więc czas na kąpiel i krótki odpoczynek. O godz. 1900 obiadokolacja i zaraz po niej w świetlicy hotelowej odbyła się, tym razem w pełnym składzie, biesiada ze śpiewami przy gitarze i „małym jasnym”. Przyszli na nią również mieszkający z nami w hotelu Słowacy; zabawa była wyśmienita i trwała do północy.

 Ostatni dzień wycieczki (niedziela 31.08.) rozpoczęliśmy od pakowania bagaży, później o godz. 830 śniadanie, po nim chętni uczestniczyli we mszy św. w tutejszym kościele, a po mszy wyjechaliśmy już z bagażami do Wysnej Bocy (951 m.n.p.m.). Stamtąd wyszliśmy żółtym szlakiem malowniczą Starobocianską doliną, na której końcu czekało nas strome podejście na Bocianske sedlo (1505 m.n.p.m.). W dniu dzisiejszym pogoda wyraźnie się pogorszyła, niebo było zachmurzone, jednak widoczność była jako taka, zaczęło natomiast przelotnie kropić. Na Bocianskim sedlu pod wiatą dłuższy odpoczynek na drugie śniadanie i „małe co nieco”. Następnie wyszliśmy zielonym szlakiem na pobliską i dobrze widoczną Rovną holę (1722 m.n.p.m.). Tutaj, ze względu na świetnie prezentującą się dookolną panoramę, kolejny odpoczynek. Przez moment zza chmur wyłoniły się Wysokie Tatry z narodową górą Słowaków: Krywaniem. Jeszcze tylko pamiątkowe grupowe zdjęcie na tle Dumbiera i zaczęliśmy zejście żółtym szlakiem przez Sedlo Crhl’a (1152 m.n.p.m.) do Niznej Bocy (851 m.n.p.m.). Tam chwileczkę czekaliśmy na maruderów i niestety rozpoczęliśmy powrót do domu. Teraz dopiero przekonaliśmy się jakie mamy szczęście: dosłownie 5 minut po wejściu do BUS-a rozpoczęła się ulewa, my zaś w doskonałych humorach jechaliśmy przez Vażec, Poprad i Kieżmark w kierunku przejścia granicznego w Niedzicy. Przed przejściem udaliśmy się do „sklepu dla turystów” wydać ostatnie korony, a sama odprawa paszportowa i celna minęła bez większych problemów. Wracając obawialiśmy się kolejki na przejściu granicznym i korków na drogach, bo był to przecież koniec ostatniego weekendu wakacji. I w tym przypadku szczęście nam dopisało; do Tarnowa dojechaliśmy bez większych kłopotów tuż po godz. 2100, a BUS rozwiózł wszystkich uczestników w pobliże domów.

 Wycieczka była bardzo udana, było nas 17 osób, a zorganizowali ją i prowadzili Jacek Szczebak i Wacek Krupski.

WYCIECZKA W BESKID ŚREDNI – PASMO LUBOMIRA I ŁYSINY,14 września 2003 roku.

 Kolejna jednodniowa wycieczka naszego Koła miała miejsce w dość dobrze zagospodarowanym pod względem turystycznym (gęsta sieć szlaków, schronisko) Paśmie Lubomira i Łysiny w Beskidzie Średnim (Makowskim). Z Tarnowa wyjechaliśmy autokarem o godz. 715 w kierunku Dobczyc. Po drodze wśród uczestników rozlosowano 8 sztuk map Beskidu Makowskiego wydawnictwa „Compass” w dobrej turystycznej skali 1:50000 z pamiątkową dedykacją. Również w tej wycieczce brali udział kandydaci na Przewodników Beskidzkich, tak więc uczestnicy dostali sporą dawkę informacji krajoznawczych o mijanych miejscowościach.

 Z Dobczyc, lokalnymi drogami, dojechaliśmy do miejscowości Poręba skąd wyszliśmy na trasę zielonym szlakiem na urokliwe pasemko Kamiennika; wpierw na Kamiennik Północny (782 m.n.p.m.), następnie na Kamiennik południowy (818 m.n.p.m.) i zeszliśmy na pięknie położoną i widokową Przełęcz Suchą (715 m.n.p.m.). Na przełęczy pierwszy dłuższy odpoczynek na drugie śniadanie. Zobaczyliśmy tutaj również pamiątkowy obelisk z ołtarzem polowym poświęcony żołnierzom AK. Podczas okupacji hitlerowskiej w Paśmie Lubomira i Łysiny działało spore zgromadzenie oddziałów Armii Krajowej, a właśnie na Przełęczy Suchej odbywały się ich zbiórki, przysięgi i msze polowe. Z Przełęczy część uczestników skróciła sobie dzisiejszą trasę i poszła nadal zielonym szlakiem do Schroniska PTTK na Polanie Kudłacze (730 m.n.p.m.). Pozostali (zdecydowana większość) poszli zgodnie z programem wycieczki dość stromym ale krótkim żółtym szlakiem na szczyt Łysiny (891 m.n.p.m.), a następnie zeszli czerwonym szlakiem do schroniska na Kudłaczach. Tutaj kolejny dłuższy odpoczynek, czas na obiad i „małe jasne”. W tym dniu na Kudłaczach kończył się zlot turystyczny młodzieży gimnazjalnej i licealnej „Szlakami Armii Krajowej”, a my trafiliśmy akurat na uroczystości związane z jego zakończeniem. Miło jest spotkać na szlaku wędrującą młodzież, ale przy takiej ilości (tak na „oko” grubo ponad sto osób) jest już trochę głośno i spory tłok, ale jakoś to przeżyliśmy. Przed wyjściem pamiątkowe zdjęcie na tle schroniska i pomaszerowaliśmy czerwonym szlakiem na Działek (622 m.n.p.m.) i Śliwnik (620 m.n.p.m.), dalej zielonym szlakiem przez malownicze i widokowe pasmo Wierchu Stróża (648 m.n.p.m.) na Chełm (613 m.n.p.m.). Na Chełmie znajduje się wieża widokowa z której można obejrzeć ciekawą panoramę – wstęp na nią jest płatny (1 zł) i nie wszyscy zdecydowali się na wejście na nią, gdyż z dołu też były ładne widoki. Obok wieży bar, więc również tutaj krótki odpoczynek, a następnie zejście nadal zielonym szlakiem, obok górnej stacji kolejki krzesełkowej na Chełm (jedna z najdłuższych w całych Beskidach) do górnej części Myślenic-Zarabia. Tutaj planowaliśmy zorganizować ognisko; w bagażniku autokaru czekało na nas ponad 8 kg kiełbasy plus wszystkie pozostałe „akcesoria” ogniskowe. Na miejscu nie zastaliśmy naszego autokaru, a za pomocą telefonu komórkowego dowiedzieliśmy się, że czeka on na nas w centrum Zarabia, gdyż dalej, na drewnianym mostku, jest zakaz wjazdu pojazdów powyżej 5 ton. Tak więc poszliśmy drogą do centrum Zarabia i tu mieliśmy problem, gdzie rozpalić ognisko – centrum Zarabia jest dość gęsto zabudowane. Poszukując dogodnego miejsca, dotarliśmy do właściciela jednej z restauracji która miała sporych rozmiarów tzw. „ogródek” nad brzegiem Raby, i udostępnił nam on nieodpłatnie sporych rozmiarów grilla na którym mogliśmy przyrządzić naszą kiełbasę. Ponieważ rozpalenie grilla i upieczenie na nim kiełbasy zajęło nam sporo czasu, a byliśmy na terenie restauracji, miały miejsce zabawne (dla nas i tylko do czasu) zdarzenia. Otóż klienci restauracji przychodzili do nas kupować grillowana kiełbasę, a niektórzy mieli nawet pretensje do naszego skromnego menu, gdyż mieli ochotę np. na udko lub przynajmniej szaszłyk. Obliczyliśmy nawet, że gdyby tak zacząć handlować naszą kiełbasą (porcja po np. 5 zł), to wróciłaby się spora część kosztów wycieczki. Po dniu pełnym wrażeń i przygód nastał czas powrotu. Z Zarabia wyjechaliśmy o godz. 1815 i z jednym krótkim postojem za Bochnią, dojechaliśmy do Tarnowa na godz. 2030.

 W wycieczce naszej wzięło udział 48 osób, a zorganizował ją Jacek Szczebak i wraz z gościnnie pełniącą obowiązki przewodnika wycieczki koleżanką Krystyna Bryl z Koła PTTK nr 5 „Badawczy”, prowadził grupę po szlakach.

VII RAJD ELEKTRYKÓW” – BIESZCZADY 10 – 12 października 2003 roku.

 Tegoroczny, siódmy już „Rajd Elektryków” zorganizowaliśmy w Bieszczadach, gdyż jak do tej pory nasze koło trochę „po macoszemu” traktowało wyjazdy w Beskidy Wschodnie. W przyszłości postaramy się nadrobić zaległości w tej sprawie. Z Tarnowa wyjechaliśmy autokarem w piątek o godz. 700, przez Pilzno, Jasło, Nowy Żmigród, Duklę do Barwinka po „zaopatrzenie rajdowe” na słowacką stronę granicy. W prywatnym sklepiku spotkała nas miła niespodzianka – promocja: właściciel sklepu częstował wszystkich klientów 50 g makovickiej śliwowicy, a ci którzy zrobili zakupy za ponad 80 zł dostali gratis po piersiówce tejże śliwowicy. Obok sklepu dodatkowo bar z piwem „capowanym” z którego również skorzystaliśmy, a po wyjściu czekał na nas bus który podwiózł nas pod samą granicę też w ramach promocji. Z Barwinka pojechaliśmy przez Jaśliska, Komańczę i Cisną do Jabłonek. Również i na tym Rajdzie mieliśmy dla uczestników nagrody – niespodzianki, były to mapy turystyczne „Bieszczady” z pamiątkową dedykacją (wyd. „Compass” w skali 1:50000) – 8 sztuk, które podczas przejazdu autokarem zostały rozlosowane wśród uczestników Rajdu. W Jabłonkach pamiątkowe zdjęcie uczestników pod pomnikiem gen. Karola Świerczewskiego i wymarsz na trasę zielonym szlakiem. Już początek trasy dał nam możliwość zweryfikowania swojej formy. Podejście na Woronikówkę (836 m.n.p.m.) jest na pewno jednym ze stromszych w całych Bieszczadach i było niezłą rozgrzewką na początek. Z Woronikówki nadal szliśmy zielonym szlakiem na Berdo (890 m.n.p.m.) . Tutaj pierwszy dłuższy odpoczynek, a następnie niebieskim szlakiem na Durną (979 m.n.p.m.) i Łopiennik (1069 m.n.p.m.). Ten odcinek szlaku obfitował w grzyby, niestety tylko w opieńki, ale według znawców – grzybiarzy były one bardzo dorodne. Tylko w jednym miejscu, tuż pod szczytem Durnej rosły cztery dorodne prawdziwki, o średnicy kilkunastu centymetrów każdy. Na Łopienniku nie zabawiliśmy długo na oglądaniu widoków, gdyż pogoda która do tej pory była wymarzona do wędrówki, wyraźnie się pogorszyła: zrobiło się zimno, zaczęło wiać, a chmury zasłoniły widoki. Tak więc zeszliśmy, tym razem czarnym szlakiem do pobliskiej Dołżycy, z tym że grzybiarze troszkę nadłożyli drogi i musieliśmy po nich podjechać autokarem prawie pod samą Cisną. Stamtąd pojechaliśmy już prościutko do Smereka gdzie mieliśmy zarezerwowane noclegi w ośrodku wypoczynkowym „Smerek”, niestety nie w głównym budynku z basenem, siłownią, sauną i innymi tego typu atrakcjami, lecz w budynku „B” o niższym standardzie (za takie pieniądze nie można liczyć na zbyt wiele), za to mieszczącym „night club 21” na całe szczęście czynny tylko w sezonie letnim. Po rozkwaterowaniu i szybkiej kolacji, zebraliśmy się w holu obok recepcji (w całym budynku „B” byliśmy jedynymi mieszkańcami) i aby tradycji stało się zadość urządziliśmy sobie biesiadowanie ze śpiewami przy gitarze (były dwie gitary i trzech „grajków”, a przecież „śpiewać każdy może, jeden lepiej a drugi gorzej”, więc wokalistów było pod dostatkiem). Impreza trwała do północy, a bawiliśmy się świetnie.

 Drugi dzień Rajdu (sobota) przywitał nas nienajlepszą pogodą – w nocy padał deszcz – było zimno, mglisto i błotnisto. O godz. 900 wyjechaliśmy do Ustrzyk Górnych. Tutaj postój na uzupełnienie prowiantu i „zaopatrzenia rajdowego”. Ze względu na warunki atmosferyczne zmieniliśmy nasze dzisiejsze plany. Pojechaliśmy autokarem przez Stuposiany i Muczne do Tarnawy Niżnej. W Mucznem znalazło się trzech śmiałków do wyjścia na planowaną na dziś trasę z tym, że w odwrotnym kierunku: żółtym szlakiem na Bukowe Berdo (1201 m.n.p.m.) dalej jego grzbietem niebieskim szlakiem na Krzemień (1313 m.n.p.m.), Przełęcz pod Tarnicą (1275 m.n.p.m.), skąd żółtym szlakiem na najwyższy szczyt polskich Bieszczad: Tarnicę (1346 m.n.p.m.) i powrót na Przełęcz, dalej czerwonym szlakiem przez Szeroki Wierch (1315 m.n.p.m.) zejście do Ustrzyk Górnych i oczekiwanie na powrót głównej grupy. I jak dowiedzieliśmy się od nich, warto było zmienić dzisiejszą trasę, gdyż warunki do wędrowania były marne, na połoninach widoczność nie przekraczała 10 metrów, wiał zimny porywisty wiatr i trochę ich pokropiło. My zaś po wykupieniu w Tarnawie Niżnej biletów wstępu do Bieszczadzkiego Parku Narodowego oraz licencji na autokar, podjechaliśmy jeszcze kawałek na miejsce nieistniejącej dziś wsi Bukowiec. Tutaj rozpoczyna się ścieżka dydaktyczna BdPN do Sianek – nasza dzisiejsza trasa. Z Bukowca szliśmy do miejsca gdzie jeszcze przed II wojną światową była wieś Beniowa. Pozostało po niej tzw. „cerkwisko” czyli miejsce gdzie stała cerkiew i przycerkiewny cmentarz. Z cerkwi zachowała się jedynie podmurówka i charakterystyczny kamień z wyrzeźbioną rybą w miejscu gdzie kiedyś stał ołtarz. Po zwiedzeniu tego zakątka szliśmy dalej do schroniska BdPN nad potokiem Negrylów. Tutaj dłuższy odpoczynek i czas na drugie śniadanie, następnie przejście dzikimi drogami i ścieżkami do Sianek. Kiedyś była to bardzo ludna miejscowość oraz popularne letnisko (tuż przed wojną było tu ok. 1,5 tys. miejsc noclegowych). Do dzisiaj jedynym śladem po niej jest „cerkwisko” z „grobem hrabiny”: zachowane kamienne nagrobki hr. Klary i Franciszka Stroińskich – właścicieli okolicznych posiadłości. Stąd już tylko 15 minut do miejsca widokowego na Przełęcz Użocką i końca ścieżki dydaktycznej. Tutaj również odpoczynek; jest to najbardziej na południowy wschód wysunięty kraniec Polski. Oglądaliśmy także pociąg który akurat przejeżdżał przez Przełęcz Użocką po ukraińskiej stronie granicy – jest to linia kolejowa łącząca Lwów z Użgorodem na Zakarpaciu. Powrót tą samą trasą, po drodze nad Potokiem Niedźwiedzim napotkaliśmy żeremie bobrów, niestety te sympatyczne zwierzaki są zbyt płochliwe aby można je było zobaczyć wędrując tak liczną grupą. Do Bukowca dotarliśmy dopiero na godz. 1700 – trasa dzisiejsza liczyła 10 km w jedną stronę. Wracając do Smereka zatrzymaliśmy się w Ustrzykach Górnych na ciepły posiłek i oglądnięcie końcówki meczu piłki nożnej Węgry-Polska (1:2). W Smereku byliśmy już dość późno po zapadnięciu zmroku, a ze względu na niezbyt zachęcającą pogodę i późną porę zrezygnowaliśmy z zaplanowanego na dzisiejszy wieczór ogniska. A jako że wieczór długi, spędziliśmy go jak w dniu wczorajszym na śpiewach przy gitarach.

 Trzeci dzień Rajdu (niedziela) rozpoczęliśmy o godz. 845 wyjazdem do Wetliny, gdzie chętni mogli uczestniczyć w mszy św. Po mszy drobne zakupy i przejazd autokarem na Przełęcz nad Berehami. Tam rozpoczęliśmy naszą dzisiejszą wędrówkę wspinając się żółtym szlakiem do „Chatki Puchatka” – schroniska PTTK na Połoninie Wetlińskiej (1228 m.n.p.m.). Tutaj obowiązkowy odpoczynek na „małe co nieco” oraz podziwianie krajobrazów – dziś mieliśmy dość dobrą widoczność choć mocno wiało. Następnie wymarsz czerwonym szlakiem na główny szczyt Połoniny Wetlińskiej (1253 m.n.p.m.), dalej przez Przełęcz Orłowicza (1075 m.n.p.m.) na Smerek (1222 m.n.p.m.), skąd stromym ale malowniczym zejściem do wsi Smerek na miejsce naszego zakwaterowania. W dniu dzisiejszym pogoda wyraźnie się poprawiła, zza chmur wyszło nawet słońce, a widoki z grzbietu Połoniny i Smereka były tym, co nas tutaj sprowadziło – jesieni w Bieszczadach nie da się opisać, trzeba zobaczyć. W ośrodku był czas na obiadowanie i pakowanie bagaży. O godz. 1600 wyjazd w kierunku Tarnowa. Po drodze jeszcze kilka odpoczynków, w autokarze śpiewy przy gitarze oraz w ramach promocji naszego Koła Prezes przedstawił plany Koła na przyszły rok i częstował uczestników makovicką śliwowicą (był to chyba plagiat promocji z Barwinka, ale wszystkim się spodobał).

 Do Tarnowa dotarliśmy ok. godz. 2000, a autokar porozwoził uczestników w pobliże miejsca zakwaterowania. W „VII Rajdzie Elektryków” wzięło udział tylko 23 uczestników (w tym jeden górnik – elektryk z KWK „Mysłowice”), i organizator – a był nim Jacek Szczebak – musiał się wykazać sporą dozą tzw. „kreatywnej księgowości” aby rozliczyć ten Rajd. Pomagał mu w tym, a przede wszystkim na szlakach jako przewodnik Olek Dulęba.

WYCIECZKA PO POGÓRZU ROŻNOWSKIM 9 listopada 2003 roku.

 Druga w tym roku wycieczka z cyklu „Nie siedź w domu, chodź z nami na wycieczkę” odbyła się w pobliskim Tarnowa paśmie Suchej Góry Pogórza Rożnowskiego. Z Tarnowa wyjechaliśmy o godz. 800 autobusem PKS do Zakliczyna. Tam zwiedziliśmy Rynek z ciekawą zabudową małomiasteczkową (choć sam Rynek jest dużo większy niż w Tarnowie), oraz kilka zabytkowych drewnianych domów o ciekawej konstrukcji słupowej. Następnie wyszliśmy czarnym szlakiem w kierunku Suchej Góry, po drodze oglądając z zewnątrz (akurat trwała msza św.) zespół zabudowań Klasztoru Franciszkanów Reformatorów z XVII w., oraz Klasztor sióstr Bernardynek z 1890 r. w Kończyskach. Na Suchej Górze Zachodniej krótki odpoczynek i wyjście zielonym szlakiem na Wschodni wierzchołek Suchej Góry gdzie znajduje się niedawno utworzony Ośrodek Edukacji Ekologicznej Zespołu Parków Krajobrazowych w miejscowości Polichty. Obok Ośrodka utworzono przyrodniczą ścieżkę dydaktyczną, dostępną do zwiedzania. Tam też pod zagospodarowaną w tym celu wiatą, odbyło się ognisko z pieczeniem kiełbasy. Po ognisku zejście zielonym szlakiem, poprowadzonym malowniczym i widokowym grzbietem, do Gromnika. Niestety pogoda w tym dniu niezbyt nam dopisała i niewiele można było zobaczyć. Z Gromnika powrót pociągiem do Tarnowa, gdzie dotarliśmy na godz. 1700.

 Pomimo nienajlepszej pogody frekwencja całkiem niezła – było nas 17 osób, a wycieczkę zorganizował i prowadził Jacek Szczebak.

Tą wycieczką zakończyliśmy naszą działalność w 2003 roku. Był to całkiem dobry rok dla naszego Koła. Zorganizowaliśmy osiem imprez turystycznych w tym dwie trzydniowe (jedna z nich zagraniczna), wycieczki cieszyły się sporym zainteresowaniem – szczególnie te jednodniowe. Można było zorganizować więcej imprez z cyklu „Nie siedź w domu, chodź z nami na wycieczkę”, ale te dwie tegoroczne zapewniły ciągłość cyklu, a w przyszłym roku, miejmy nadzieję, będzie lepiej.

Rok 2004

ZIMOWA WYCIECZKA W BESKID SĄDECKI 28 – 29 luty 2004 roku.

 Pierwszą w tym roku wycieczkę zaplanowaliśmy w zimowych warunkach – było takie zapotrzebowanie wśród członków Koła aby „podreptać” troszkę po śniegu, zaś noclegi zaplanowaliśmy w schronisku górskim, bo nic tak nie cieszy „turystycznej duszy” jak „schroniskowe klimaty”. Wybór trasy i schroniska musiał odpowiadać dwóm założeniom: teren niezbyt odległy od Tarnowa i schronisko z odpowiednią „atmosferą”. Padło na Beskid Sądecki i niedawno powstałe, a już cieszące się sporą sympatią wśród turystów prywatne schronisko „Cyrla” prowadzone przez Irenę i Jacka Świcarzów – do niedawna gazdujących na Łabowskiej Hali.

 Z Tarnowa wyjechaliśmy autobusem PKS w sobotę o godz. 715 do Nawojowej, skąd wyszliśmy na trasę niebieskim szlakiem, prowadzącym obok pięknego, o sporych rozmiarach dworu, dawnej posiadłości rodowej hr. Stadnickich którzy byli właścicielami rozległych terenów w Beskidach. Z Nawojowej niebieski szlak poprowadził nas na boczny grzbiet masywu Ostrej którym przez jakiś czas dreptaliśmy po śniegu w kierunku Ostrej i dalej zielonym szlakiem na Makowicę. Od ostatnich zabudowań Nawojowej dołączył do nas pies „szlakowiec”, który przez całą dzisiejszą trasę prowadził nas idąc kilkanaście metrów przed grupą i bezbłędnie orientując się którędy prowadzi szlak. Dłuższy odpoczynek wypadł obok pomnika partyzantów na Polanie Ogórkowej, tam spożyliśmy trochę pustych kalorii – i w dalszą drogę. Po chwili okazało się, że dołączył do nas następny pies „szlakowiec”, i w celu rozróżnienia nadaliśmy im imiona: pierwszy z racji na kolor sierści został Rudym, zaś drugi z powodu długiej sierści do której lepił się śnieg został nazwany Pomponem vel Frędzlem. Wśród tutejszych psów szlakowców panuje dość spora konkurencja i walka o resztki turystycznych smakołyków, bowiem od samego początku Rudy z Frędzlem nie przypadli sobie do gustu i często dochodziło między nimi do walk na kły. Na grzbiecie Makowicy kolejny dłuższy odpoczynek, tym razem nadszedł czas na tradycyjne ognisko. Pomimo śniegu jakoś udało nam się rozpalić niezbyt suche drewno i upiec kiełbasę. Podczas ogniska odwiedził nas patrol GOPR, chwilkę z nami pogawędzili, nie dali namówić się na pieczoną kiełbasę i poszusowali na nartach na Łabowską Halę. Podczas ogniska był mały problem z naszymi czworonogami; wiadomo że żaden pies nie przejdzie spokojnie obok pieczonej kiełbasy – Rudy przyjął taktykę złodziejską, Pompon natomiast sępią na czym wyszedł zdecydowanie lepiej. Po ognisku zejście do pobliskiego schroniska na Cyrli, przed schroniskiem przywitali nas gospodarze. W schronisku ciepła i miła atmosfera, czas na odpoczynek i rozmowy przy małym jasnym, czyli „schroniskowe klimaty”. Kolacja o godz. 1800, z powodu ciasnej jadalni spożywana w dwóch turach, to „miód w gębie” – gospodarze serwowali specjalność z Łabowskiej Hali: „Kiełbasę po Łabowsku”. Po kolacji wspólne już biesiadowanie przy gitarze; mieliśmy dwóch solenizantów Romanów, więc i okazja była ku temu odpowiednia, a wieczorem również gospodarze dołączyli do naszej biesiady.

 Nazajutrz rano obudziła nas „tragiczna wiadomość”: Rudy zagryzł Pompona. Nasi czworonożni „przewodnicy na szlaku”, w dniu wczorajszym doszli do samego schroniska, przez całe popołudnie i wieczór okupowali wycieraczkę przed wejściem, tocząc między sobą zacięte walki. Na nic się zdały próby pogodzenia ich lub przepędzenia sprzed schroniska. Tak więc gdy rano gospodarz znalazł na wycieraczce przysypanego śniegiem Pompona, podejrzenie padło na Rudego który do rana gdzieś się ulotnił. Gospodarz przeniósł „martwego” Pompona do komórki, gdzie po godzinie ożył, co było o tyle dobrą wiadomością, co i okazją do wzniesienia toastu: „za zdrowie Pompona”. O godz. 800 zjedliśmy smakowite i obfite śniadanie, później pakowanie i pożegnanie gospodarzy. Na dzień dzisiejszy mieliśmy w planach przejście czerwonym szlakiem przez Makowicę na Pisaną Halę, skąd zejście żółtym szlakiem do Maciejowej i powrót PKS-em przez Nowy Sącz do Tarnowa. Trasa ta może i była w zasięgu naszych możliwości gdyby warunki pogodowe były przynajmniej tak dobre jak w dniu wczorajszym. Niestety, wieczorem sypnęło śniegiem (do rana było 30 cm świerzego puchu), zaczęło wiać i ochłodziło się, a biorąc pod uwagę wczorajsze biesiadowanie najrozsądniej było zejść czerwonym szlakiem do Rytra, co też uczyniliśmy. Samo zejście w śniegu miejscami sięgającym powyżej kolan zajęło nam blisko dwie godziny, w Rytrze byliśmy o godz. 1100. Ponieważ pociąg do Tarnowa mieliśmy za dwie godziny, był więc czas na odwiedzenie miejscowej piwiarni „Ryterskiej”. W pociągu też było wesoło, szczególnie odczuli to konduktorzy witani przez nas za każdym wejściem chóralnym „dzień dobry panie konduktorze”. Do Tarnowa dojechaliśmy o godz. 1615, wycieczkę zorganizował i prowadził Jacek Szczebak, pomagał mu Olek Dulęba, a było nas 18 osób.

WYCIECZKA PO POGÓRZU ROŻNOWSKIM - - JAMNA. 28 marca 2004 roku.

 Na pierwszą w tym roku wycieczkę z cyklu „Nie siedź w domu, chodź z nami na wycieczkę”, wybraliśmy nieodległe tereny – okolice Jamnej, gdyż od dłuższego czasu spora część członków naszego Koła nalegała aby tam właśnie jechać. Niestety ci którzy najbardziej nalegali, nie uczestniczyli w tej wycieczce, a to z powodu aury. Przez kilka dni przed wycieczką padał deszcz i było bardzo zimno, a niedzielny poranek przywitał nas śniegiem. Pomimo tego na dworzec PKS przyszło dziewięcioro najodważniejszych uczestników którzy, jak to określili, lubią uprawiać „turystykę agresywną”.

 Z Tarnowa wyjechaliśmy kursowym autobusem PKS o godz. 800 do Jamnej. Na miejscu warunki okazały się całkiem dobre do chodzenia, trzymał lekki mróz i leżało 15 cm świeżego puchu. Z końcowego przystanku PKS do bacówki na Jamnej doszliśmy drogą dojazdową, w bacówce dłuższy postój na śniadanie i „małe co nieco”. Po posiłku odwiedziliśmy miejscowy kościół o dość ciekawej architekturze oraz ośrodek rekolekcyjny Ojców Dominikanów zwany „Republiką św. Jacka”. Następnie wyszliśmy zielonym szlakiem w kierunku Bukowca, po drodze troszkę błądząc, gdyż śnieg przysypał znaki szlaku. Na Bukowcu zobaczyliśmy ciekawy drewniany kościółek; jest to dawna cerkiew przeniesiona tu ze wsi Kamianna w Górach Grybowskich, oraz Diablą Skałę w rezerwacie o tej samej nazwie. Z Bukowca wyruszyliśmy niebieskim szlakiem, widokowym grzbietem przez Falkową do Bruśnika, gdzie zobaczyliśmy typowy dla Małopolski przykład kościoła z początku XX wieku w stylu neogotyckim. Z Bruśnika nadal niebieskim szlakiem wyszliśmy na Styrek, na którego zboczu, w niewielkim zagajniku rozpaliliśmy ognisko i upiekliśmy kiełbasę. Po ognisku zejście do Kąśnej Dolnej, tam oglądnęliśmy klasycystyczny dworek w którym mieszkał i tworzył na przełomie XIX i XX wieku nasz wielki pianista i kompozytor, pierwszy Premier Odrodzonej Polski – Ignacy Jan Paderewski. Po zwiedzeniu podworskiego parku przeszliśmy do Ciężkowic, lecz z pominięciem centrum miejscowości i udaliśmy się prosto na stację PKP w Bogoniowicach. Powrót pociągiem do Tarnowa gdzie dotarliśmy na godz. 1750. Wycieczka pomimo zimowych warunków pogodowych była bardzo udana i niech żałują ci którzy nie pojechali. Wycieczkę zorganizował i prowadził Jacek Szczebak.

WYCIECZKA PO POGÓRZU STRZYŻOWSKIM – 24 kwiecień 2004 roku.

 Pierwszą w tym roku wycieczkę autokarową zaplanowaliśmy w mało znanym i nieodległym, a jak się okazało pięknym krajobrazowo i ciekawym krajoznawczo Pogórzu Strzyżowskim. Z Tarnowa wyjechaliśmy autokarem o godz. 715 i przez Pilzno, Brzostek i Frysztak przyjechaliśmy do wsi Stępina. Tam zobaczyliśmy ciekawostkę architektoniczną; wolnostojący bunkier kolejowy wybudowany przez Niemców w latach 1940 – 41. Był on przeznaczony jako schronienie dla pociągu sztabowego. 27 sierpnia 1941 roku do pobliskiego Strzyżowa gdzie również powstał schron kolejowy przybył pociągiem Adolf Hitler, zaś do Stępiny swym pociągiem sztabowym przyjechał Mussolini. Tu odbyło się spotkanie obu przywódców i poza tym jednym przypadkiem brak innych danych o podobnym wykorzystaniu schronu w Stępinie. Sama budowla ze względu na swoje rozmiary i dobry stan techniczny robi spore wrażenie.

 Ze Stępiny pojechaliśmy do Wiśniowej skąd mieliśmy wyjść na trasę pieszą niebieskim szlakiem, a chcąc zaoszczędzić dreptania po asfalcie, pojechaliśmy do wsi Jazowa przez którą według mapy przechodzi nasz szlak. I tu nie pierwszy już raz przekonaliśmy się, że skróty nie zawsze się opłacają. Okazało się, że zmienił się przebieg szlaku i wychodząc z Wiśniowej omija Jazową, tak że nadłożyliśmy spory kawałek po asfalcie. Niebieskim szlakiem weszliśmy w bardzo malownicze, z dużą ilością wychodni skalnych, pasmo Wysokiego Kamienia, Herbów (469 m.), Czarnówki (492 m.), Spalonej Góry (486 m.) i zeszliśmy, po drodze gubiąc szlak i trochę błądząc, do wsi Rzepnik. We wsi tej przed II wojną światową mieszkali wyznawcy prawosławia i pozostałościami po nich są stary cmentarz z pięknymi kamiennymi nagrobkami oraz ciekawa murowana na planie krzyża greckiego cerkiew – obecnie użytkowana jako kościół rzymskokatolicki.

 Z Rzepnika przejechaliśmy autokarem przez Krosno i Korczynę pod ruiny zamku „Kamieniec” w Odrzykoniu. Już z okien autokaru prezentował się on okazale, na miejscu zwiedziliśmy udostępniony zamek średni wraz z niewielkim muzeum związanym z historią zamku, zaś zamek górny ze względu na trwające prace konserwatorskie nie jest dostępny do zwiedzania. Z zamkiem „Kamieniec związany jest nasz komediopisarz hrabia Aleksander Fredro – był właścicielem połowy podzielonego zamku i akcję „Zemsty” umiejscowił właśnie na odrzykońskim zamku, a fabułę zaczerpnął z historii zamku.

 Z zamku w Odrzykoniu autokar przewiózł nas pod wejście do rezerwatu „Prządki. W rezerwacie tym ochronie podlega szereg wychodni skalnych z piaskowca ciężkowickiego o monumentalnych rozmiarach oraz otaczający je las. Poszczególne skały posiadają swoje nazwy i związane z nimi legendy, całość stanowi dużą ciekawostkę krajoznawczą. Z „Prządek zeszliśmy bez szlaku do Czarnorzek. Tam obok zajazdu urządziliśmy ognisko z pieczeniem kiełbasy, można też było sprawdzić co serwuje bar w zajeździe. Podczas ogniska okazało się, że gdzieś zapodział się nasz kolega Jasiek – ostatni raz widzieliśmy go na skałkach w „Prządkach”. Poszukiwania od strony Czarnorzek i od strony wejścia do rezerwatu trwały prawie półtorej godziny i nie przyniosły rezultatu – mieliśmy przynajmniej pewność że nie spadł ze skałki i że nie ma go na terenie rezerwatu. Okazało się że Jasiek odłączył się od grupy w rezerwacie i zaczął schodzić inną ścieżką niż pozostali – nie trafił na miejsce gdzie paliliśmy ognisko. Powrócił przez Krosno i Rzeszów do Tarnowa już po północy. My w tym czasie powróciliśmy autokarem przez Krosno, Jasło, Brzostek i Pilzno do Tarnowa, ze względu na poszukiwania Jaśka, dopiero po godz. 2100. Pogodę , mimo iż przed wycieczką trochę padało – mieliśmy całkiem niezłą, dopiero podczas ogniska zaczęło trochę mżyć. Uczestnicy dopisali – było nas 47 osób, Wycieczkę zorganizowali i prowadzili: Olek Dulęba i Jacek Szczebak – i pomimo małego „zgrzytu” związanego ze zgubieniem uczestnika, można uznać ją za udaną.

WYCIECZKA W BESKID SĄDECKI – PASMO LELUCHOWSKIE, 23 maja 2004 roku.

 Kolejna jednodniowa wycieczka naszego Koła odbyła się w niedzielę 23 maja 2004 r. w mało znanym a ciekawym Paśmie Leluchowskim Beskidu Sądeckiego. Z Tarnowa wyjechaliśmy autokarem o godz. 715 i przez Czchów, Nowy Sącz, krynicę i Muszynę dotarliśmy do malowniczej nadgranicznej wsi Leluchów, znanej z kolejowego przejścia granicznego ze Słowacją. Podczas przejazdu odbyła się loteria podczas której rozlosowano wśród uczestników 12 map Beskidu Sądeckiego w skali 1: 50000 wydawnictwa „Compass”. W Leluchowie oglądnęliśmy z zewnątrz – nie było możliwości wejścia do środka – piękną drewnianą cerkiew p.w. św. Michała Archanioła z 1853 roku. Jest to cerkiew typu zachodnio – łemkowskiego, trójdzielna, orientowana. Z Leluchowa wyszliśmy na trasę pieszą niebieskim szlakiem, dość stromym i mozolnym podejściem na Karczonik (934 m.), początkowo przez łąki i polany z których roztaczały się piękne widoki na okoliczne wzniesienia, następnie lasem który wraz z wysokością przekształcał się w piękną karpacką buczynę która wiosną wyróżnia się soczystą zielenią młodych liści. Na Karczoniku odpoczynek na drugie śniadanie, następnie przejście najbardziej malowniczego odcinka trasy; grzbietem obfitującym w wychodnie skalne, przez Zimne (918 m.) na Dubne (904 m.). O ile do tej pory pogoda była całkiem dobra, na tym odcinku trasy przeszło nad nami, na szczęście niewielkie gradobicie. Na Dubnym kolejny krótki odpoczynek i zmiana szlaku na żółty którym zeszliśmy do Wojkowej. Przed samą Wojkową szlak prowadził nas pięknymi, widokowymi polanami. W Wojkowej zmieniliśmy trochę program naszej wycieczki. W planach było jeszcze przejście (dla chętnych) żółtym szlakiem przez Wysokie Bereście (894 m.) i „Okopy Konfederatów” do Muszynki. Ze względu na dość późną porę, a przede wszystkim na warunki atmosferyczne (nadciągnęły ciemne i groźnie wyglądające chmury, zaczęło wiać i znacznie się ochłodziło), postanowiliśmy zrezygnować z dalszej trasy i zwiedzić tutejszą cerkiew. Odnaleźliśmy Pana „kościelnego” który otworzył nam cerkiew, oraz ciekawie przedstawił nam jej historię oraz obecne problemy. Cerkiew w Wojkowej p.w. śś. Kosmy i Damiana z 1780 roku jest obecnie kościołem filialnym (podobnie jak cerkiew w Leluchowie). Jest to świątynia w stylu zachodnio – łemkowskim, trójdzielna, orientowana, konstrukcji zrębowej. Pan „kościelny” namówił nas jeszcze na króciutką litanię, która przeciągnęła się do 20 minut.

 Z Wojkowej przejechaliśmy do Tylicza, gdzie był czas wolny na zwiedzanie tylickich zabytków oraz na „małe co nieco”. Tutaj sprawdziła się słuszność naszych przewidywań meteorologicznych - zaczął sypać śnieg !!! Jako że w planach mieliśmy jeszcze ognisko, a w bagażniku autokaru 10 kg kiełbasy, podjęliśmy decyzję, że ognisko trzeba urządzić w cieplejszym klimacie. Z Tylicza wyjechaliśmy przez Mochnaczkę na Przełęcz Huta – tam było kilka centymetrów świeżego śniegu – i przez Grybów dojechaliśmy do Ciężkowic. Tam na parkingu obok „Skamieniałego Miasta”, za drobną odpłatnością, wynajęliśmy grilla, na którym upiekliśmy naszą kiełbasę, był też czas na „małe jasne” oraz inne tego typu atrakcje. Z Ciężkowic powrót autokarem do Tarnowa, gdzie byliśmy tuż po godz. 2000.

Wycieczka, pomimo nie najlepszej pogody, była dość udana, było nas 42 osoby, wycieczkę zorganizował Jacek Szczebak i wraz z Arturem Rajewiczem prowadzili uczestników po szlakach.

WYCIECZKA W BESKID MAKOWSKI. 20 czerwca 2004 roku.

 

Od pewnego czasu, co rok wyjeżdżamy w Beskid Makowski, także w tym roku nie mogło zabraknąć wycieczki w ten ciekawy zakątek naszych gór. Wybraliśmy tym razem Pasmo Koskowej Góry, tak dobierając trasy aby nie powtarzać przejść z lat poprzednich.

Z Tarnowa wyjechaliśmy o godz. 715 i przez Bochnię i Myślenice dojechaliśmy na Przełęcz Jabconiówka pomiędzy Groniem a masywem Koskowej Góry. Po drodze rozlosowano wśród uczestników wycieczki 10 map Beskidu Makowskiego wydawnictwa „Compass” w skali 1:50000. W tym roku pogoda jak do tej pory nas nie rozpieszczała, tak było i tym razem; w Tarnowie było spore zachmurzenie a po drodze zaczęło padać. Ponieważ nie zanosiło się na poprawę pogody, podzieliliśmy się na dwie grupy: pierwsza która pomimo deszczu wyszła na trasę i druga dla której przygotowaliśmy naprędce objazdową trasę krajoznawczą. W planach wycieczki trasa piesza zaczynać się miała z przełęczy między Przykrzcem a Groniem, ale ze względu na deszcz skróciliśmy ją o odcinek masywu Gronia (810 m.). Tak więc „piechurzy” wyszli z Przełęczy Jabconiówka (650 m.) niebieskim szlakiem początkowo dość stromo wspinając się otwartym terenem na Magurkę (787 m.), następnie trochę łagodniej częściowo przez las na Koskową Górę (866 m.). Tutaj przestało padać, ale widoczność i tak była „zerowa”, a szkoda, bo Koskowa Góra słynie z przepięknych widoków. Po krótkim odpoczynku rozpoczęliśmy długie zejście żółtym szlakiem przez Przysłopski Wierch (793 m.), Ostrysz (707 m.) i Stańkową (666 m.) do Makowa Podhalańskiego.

W tym czasie pozostali uczestnicy wycieczki (ponad połowa) wyruszyli autokarem na krótką trasę krajoznawcza. Z Przełęczy Jabconiówka zjechaliśmy do Skomielnej Czarnej. Tam oglądnęliśmy drewniany kościółek p.w. Nawiedzenia N.M.P. Powstał on poprzez rozbudowę dawnej kaplicy dworskiej (obecne prezbiterium), obecnie jest zamknięty – poniżej stoi nowszy murowany kościół parafialny również ciekawy i warty zwiedzania. Ze Skomielnej Czarnej przejechaliśmy do wsi Tokarnia aby obejrzeć tutejszy drewniany kościółek z XVIII wieku – tutaj mieliśmy szczęście – kościół był otwarty i mogliśmy podziwiać jego wnętrze z cudownym obrazem Matki Bożej Śnieżnej – patronki świątyni i opiekunki dzieci. Zarówno wnętrze, a przede wszystkim otoczenie kościoła robią niesamowite wrażenie, a to dzięki rzeźbom i kapliczkom których twórcą jest artysta ludowy i obecny kościelny Józef Wrona. Z Tokarni przejechaliśmy do pobliskiej Łetowni gdzie stoi drewniany kościół z lat 1760-65 p.w. śś. Szymona i Judy Tadeusza. Gdy przyjechaliśmy trwała jeszcze msza św., troszkę poczekaliśmy aby móc obejrzeć wnętrze świątyni, a warto było. Kościół ten został wybudowany w stylu barokowym, co jest dość rzadkie wśród kościołów drewnianych. Posiada on masywną bryłę z wysoką wieżą i wieloma detalami architektonicznymi. Wnętrze zaś jest bardzo obszerne, cieszy wzrok bogatą ornamentyką barokowa.

Z Łętowni przejechaliśmy przez Jordanów i Maków Podhalański do Suchej Beskidzkiej. Tam oglądnęliśmy sławną drewnianą karczmę „Rzym” i był czas wolny na zwiedzanie Suchej do godz. 1400. Następnie powrót do Makowa Podhalańskiego po „piechurów” i już wszyscy razem udaliśmy się na tradycyjne ognisko z pieczeniem kiełbasy w dość urocze miejsce do Skawicy – Suchej Góry. Jest tam zagospodarowane pole biwakowe z parkingiem, dużą wiatą przeciwdeszczową z ławkami i stołami oraz miejsce na ognisko – było gdzie usiąść i przyjemnie pobiesiadować. Po ognisku powrót autokarem przez Jordanów, Mszanę Dolną, Limanową i Łososinę do Tarnowa gdzie byliśmy o godz. 2000.

Pomimo zdecydowanie złej pogody do chodzenia po górach, a może właśnie dlatego, wycieczka udała się znakomicie; ci którzy lubią chodzić pomimo deszczu mieli taką możliwość, pozostali zwiedzili kilka ciekawych miejsc, a wszyscy dobrze się bawili przy ognisku. Było nas 43 osoby, wycieczkę zorganizował Jacek Szczebak i wraz z Wackiem Krupskim i Olkiem Dulębą ją prowadzili.

WYCIECZKA NA BORÓWKI W BESKID WYSPOWY, 11 lipca 2004 roku.

 Wycieczka ta nie była ujęta w rocznym programie imprez turystycznych naszego Oddziału PTTK, pomimo tego udało nam się „przepchnąć” te kilkaset kilometrów przez Dział Socjalny i otrzymaliśmy dofinansowanie na autokar. Pomysł na nią zrodził się spontanicznie w środku sezonu borówkowego, aby połączyć przyjemne (chodzenie po górach) z pożytecznym (zbieranie borówek). Na cel naszej wyprawy wybraliśmy Ćwilin w Beskidzie Wyspowym, a to z powodu rozległej polany szczytowej zwanej Halą Michurową na której rośnie sporo borówek.

 Z Tarnowa wyjechaliśmy autokarem o godz. 715 przez Czchów, Łososinę i Limanową na Przełęcz Gruszowiec (660 m.). Po drodze rozlosowano wśród uczestników wycieczki 10 map Beskidu Wyspowego wydawnictwa „Compass”. Z Przełęczy Gruszowiec wyszliśmy niebieskim szlakiem, miejscami bardzo stromym – stąd nazwa: „beskidzka ściana płaczu” – na Ćwilin (1072 m.). Na miejscu przykra niespodzianka – okazało się, że borówek nie ma. Za to widoki były przepiękne; widać Beskid Sądecki z Pasmem Jaworzyny i Pasmem Radziejowej, Małe Pieniny z Wysoką, bliskie Gorce z Lubaniem, Gorcem, Kudłoniem i Turbaczem, większość szczytów Beskidu Wyspowego z Mogielicą i Luboniem Wielkim, Beskid Makowski, a na horyzoncie wyłaniała się z chmur Babia Góra.

 Również na tej wycieczce wyodrębniła się grupa piechurów, którzy bardziej zainteresowani byli wędrowaniem niż zbieraniem borówek. Zeszli oni niebieskim szlakiem do Jurkowa skąd rozpoczęli długie i mozolne podejście na najwyższy szczyt Beskidu Wyspowego: Mogielicę (1170 m.). Po drodze, na niewielkich śródleśnych polankach, spotkali sporo zbieraczy borówek i od nich dowiedzieliśmy się dlaczego tutaj borówki są, a nie ma ich na Ćwilinie. Otóż tegoroczna wiosna była bardzo chłodna, w górach często zdarzały się przymrozki oraz silne wiatry i na ogromnej Hali Michurowej na Ćwilinie borówki wymarzły, natomiast na niewielkich śródleśnych polankach na Mogielicy przymrozki tak bardzo nie dały się we znaki borówkom. Nie było zbyt wiele czasu na zbieranie borówek, po wejściu na Mogielicę krótki odpoczynek na Polanie Stumorgi i zejście zielonym szlakiem na Przełęcz Rydza-Śmigłego (700 m.) gdzie mieliśmy zaplanowane ognisko.

 Pozostali „zbieracze borówek” mieli dość długi odpoczynek na oglądanie panoramy z Ćwilina, następnie w spacerowym tempie zeszli do Jurkowa. Tam oglądnęliśmy drewniany kościół z 1913 roku o dosyć ciekawej architekturze, następnie czas wolny na „małe co nieco” w miejscowym zajeździe. Z Jurkowa przejechaliśmy autokarem na Przełęcz Rydza-Śmigłego, tam zbieranie drzewa na ognisko, troszeczkę poczekaliśmy na „piechurów” z Mogielicy i wspólne biesiadowanie przy ognisku. Tutaj też były jeszcze borówki, choć małe, ale dobre i to na „otarcie łez” dla zbieraczy jagód. Po ognisku powrót tą samą trasą do Tarnowa gdzie dotarliśmy na godz. 1930.

 Pogodę mieliśmy całkiem dobrą, świeciło słońce i była dość dobra widoczność, było nas 46 osób, a wycieczkę zorganizował Jacek Szczebak i wraz z Pawłem Molczykiem ją prowadzili.

RAJD W BESKIDZIE NISKIM „HUTA POLAŃSKA 2004”. 23-25 lipca 2004 roku.

 Pierwszą w tym roku wielodniową wycieczkę zaplanowaliśmy w Beskidzie Niskim z Bazą Noclegową w Hucie Polańskiej w prywatnym schronisku „Hajstra” oraz dla chętnych pod namiotami. Z Tarnowa wyjechaliśmy autokarem w Piątek 23 lipca o godz. 715. Podczas podróży rozlosowano wśród uczestników 10 map Beskidu Niskiego w skali 1:50000. Jechaliśmy przez Pilzno, Jasło, Nowy Żmigród na przełęcz Hałbowską. Tam postój na rozprostowanie kości, zwiedziliśmy również znajdujący się tu cmentarz w miejscu gdzie 7 lipca 1942 roku hitlerowcy rozstrzelali 1250 Żydów z getta w Nowym Żmigrodzie. Z przełęczy Hałbowskiej udaliśmy się przez Krempną, Polany do Huty Polańskiej – ostatni odcinek drogi od Polan jest utwardzoną drogą gruntową i kierowca autokaru miał prawo narzekać na złą drogę. Po przyjeździe czas na rozkwaterowanie i rozbicie namiotów. Sama Huta Polańska to bardzo urocze miejsce, kiedyś istniała tu osada ludności polskiej, obecnie poza schroniskiem „Hajstra” są tu jeszcze: ośrodek oazowy i kościół o dość ciekawej historii; powstał on tuż przed II wojną światową gdy Hutę zamieszkiwali katolicy. Miał być konsekrowany w pierwszych dniach września 1939 roku, niestety wybuch wojny udaremnił te plany, po wojnie miejscowość wyludniła się, a kościół popadł w ruinę. Dopiero na początku lat 90-tych proboszcz z pobliskich Polan rozpoczął jego odbudowę. Konsekracja miała miejsce w 1995 roku i otrzymał on patrona św. Jana z Dukli. Nabożeństwa odbywają się w nim sporadycznie.

 W południe wyruszyliśmy na zaplanowaną na ten dzień trasę pieszą, niebieskim szlakiem z Huty Polańskiej do granicy państwa na przełęczy Mazgalica, dalej wzdłuż granicy przez Czerszlę (731 m.) na masywne Baranie (754 m.). Tutaj pod zawaloną wieżą widokową, dłuższy odpoczynek na posiłek oraz oczekiwanie na „ogon” dość mocno rozciągniętej na mozolnym podejściu grupy. Z Baraniego zejście nadal niebieskim granicznym szlakiem do Barwinka i na przejście graniczne na Przełęczy Dukielskiej (500 m.). Tam przekroczyliśmy granicę, udając się na „małe co nieco” i zakupy „suwenirów” na Słowację. „Małe” robiło się coraz większe i większe, tak że wracaliśmy do Polski w doskonałych humorach. Z Barwinka przejechaliśmy najpierw do Krempnej, po jeszcze jednego uczestnika Rajdu, który nie dostał urlopu na piątek i po południu dojechał tu z przygodami PKS-em. Do Huty Polańskiej przyjechaliśmy już po zmroku, było w nas jeszcze tyle sił witalnych, że dzień pełen wrażeń zakończyliśmy ogniskiem ze śpiewami przy gitarze, zaś „szkło” krążyło w tempie turystycznym.

 W Drugi dzień rajdu (sobota) po śniadaniu wyjechaliśmy autokarem do Kotani, gdzie zwiedziliśmy (była akurat otwarta) piękną drewnianą cerkiew p.w. śś. Kosmy i Damiana z początku XVIII wieku. Cerkiew w stylu zachodniołemkowskim. Specjaliści ze skansenu we Lwowie uznali kotańską cerkiew za najbardziej typowy przykład architektury łemkowskiej i w lwowskim skansenie wybudowali jej dokładną kopię. Z Kotani wyruszyliśmy na trasę pieszą żółtym szlakiem przez okolice Świątkowej Wielkiej na przełęcz pod Kolaninem. Tam pierwszy odpoczynek, dalej czerwonym szlakiem na Świerzową (801 m.) i Magurę Wątkowską. Tutaj stoi dość ładny obelisk poświęcony papieżowi Janowi Pawłowi II – gdy jeszcze jako biskup krakowski chodził po naszych górach, w tym miejscu odprawił mszę św. Stąd część uczestników – tych bardziej zmęczonych – zeszła zielonym szlakiem na koniec naszej trasy do Folusza. Główna grupa uczestników poszła grzbietem Magury Wątkowskiej na Kornuty (830 m.), skąd zejście żółtym szlakiem w kierunku Folusza, z końcowym wariantem szlakiem czarnym obok jednej z atrakcji Folusza – Diablego Kamienia – jest to jedna z większych w Beskidzie Niskim wychodnia skalna z piaskowca. W Foluszu zebraliśmy się (obok grupy wędrującej po szlakach, również ci którzy pozostali w Hucie Polańskiej przybyli tu autokarem) w tutejszej smażalni ryb. W Foluszu jest duże gospodarstwo rybackie specjalizujące się w hodowli pstrągów, można samemu złowić rybkę, która za chwilę wyląduje usmażona na naszym talerzu. Z Folusza przejechaliśmy przez Gorlice do Zdyni. W tym tygodniu odbywał się tam sławny już festiwal kultury łemkowskiej „Łemkowska Watra”. Na miejscu okazało się, że cieszy się on wielką popularnością, przybywają na niego łemkowie nie tylko z Polski, ale z całego świata – tłok był niebywały. Niestety, festiwal w ostatnich latach bardzo się skomercjalizował, zaś ceny za wstęp na tereny festiwalowe, organizatorzy wzięli chyba z sufitu: 28 zł od osoby. Nie było wśród nas chętnych na atrakcje w tej cenie, przez godzinkę pokręciliśmy się wśród łemków na terenach wokół festiwalowych. Ze Zdyni powrót autokarem do Huty Polańskiej. Po obmyciu trudów i kurzu z dzisiejszej trasy oraz szybkiej kolacji nie mogło obyć się bez ogniska, na które organizatorzy przewidzieli tradycyjną kiełbasę na patyku. Oczywiście były śpiewy przy gitarze, szkło krążyło wśród uczestników i zabawa trwała do niedzieli.

 Ostatni dzień Rajdu rozpoczęliśmy dość wcześnie, bo po szybkim śniadaniu wyjechaliśmy autokarem już o 730 do Krempnej, aby zdążyć na mszę św. o godz. 800. Tutejszy kościół ma swą świątynię w zabytkowej drewnianej cerkwi z 1782 roku p.w. śś. Kosmy i Damiana. Jest to typowa cerkiew w stylu zachodniołemkowskim, wewnątrz zachował się piękny, kompletny ikonostas. Po mszy przejechaliśmy do Ożennej skąd wyruszyliśmy na krótką w tym dniu, malowniczą trasę, niebieskim szlakiem przez piękne łąki, następnie lasem na Nad Tysowym (713 m.). Tu dłuższy odpoczynek i zejście łąkami do miejsca gdzie była kiedyś wieś Ciechania, skąd niebieski szlak zaprowadził nas do Huty Polańskiej. Tam mieliśmy jeszcze mnóstwo czasu na zwijanie namiotów i pakowanie bagaży oraz posprzątanie pola biwakowego. Jak stwierdził Maciek, jedyny gospodarz na Hucie Polańskiej, nasz Rajd musiał być udany, gdyż zebraliśmy dwa duże wory butelek. Na koniec Rajdu wspólne zdjęcie przed „Hajstrą” i wyjazd w kierunku Tarnowa. Zatrzymaliśmy się jeszcze w Krempnej na małe zakupy przed długą drogą. Zobaczyliśmy też przejazd konnej parady łemków; w Krempnej odbywał się właśnie festyn ludowy z pokazem tutejszych zwyczajów. Do Tarnowa przyjechaliśmy o godz. 1800. Pogoda była super, wycieczkę zorganizował Olek Dulęba, na szlakach pomagał mu Jacek Szczebak, a było nas 40 osób.

VIII RAJD ELEKTRYKÓW – KARKONOSZE 2004”

25 – 29 sierpnia 2004 roku.

 Tegoroczny, ósmy już Rajd Elektryków, zaplanowaliśmy w sierpniu, gdyż termin październikowy nie cieszył się dobrą frekwencją uczestników, pewnie ze względu na niezbyt pewną aurę, natomiast koniec sierpnia przeważnie jest pogodny. Wybór padł na najatrakcyjniejsze pasmo Sudetów – Karkonosze – jeszcze tam nie byliśmy. Tak odległy wyjazd wiązał się oczywiście z długością Rajdu – pięć dni to minimum aby opłacało się jechać na drugi koniec kraju. Z Tarnowa wyjechaliśmy we wtorek 24 sierpnia o godz. 2300 trasą A4, przez Kraków, Katowice, Gliwice za Wrocław, gdzie odbiliśmy na Jelenią Górę i do Szklarskiej Poręby. Po drodze zabraliśmy z Mysłowic naszego kolegę Zbyszka, górnika-elektryka z KWK „Mysłowice”, co zaowocowało krótkim błądzeniem po górnośląskiej aglomeracji w okolicy Rudy Śląskiej i Gliwic. Podczas przejazdu rozlosowano wśród uczestników 10 map Karkonoszy w skali 1:30000 oraz 5 planów miasta Szklarska Poręba. W Szklarskiej Porębie byliśmy w środę 25 sierpnia o godz. 700 rano. Po odszukaniu (nie bez problemów) miejsca naszego zakwaterowania: DW „Hutniczanka” przy ul. Kołłątaja 6, rozkwaterowanie uczestników i śniadanie. Część z nas zamówiła wcześniej wyżywienie składające się ze śniadań i obiadokolacji. Od razu trzeba powiedzieć, że jedzenie było pyszne i byliśmy z niego bardzo zadowoleni – po prostu kuchnia domowa. Kierownictwo Rajdu zadbało tym razem o zewnętrzną „oprawę” Rajdu. Udało nam się pozyskać z Działu Public Relation Zakładów Azotowych sporo gadżetów firmowych w tym kubki, radyjka-walkmeny, długopisy itp. Zakupiliśmy również wydawnictwa monograficzne o Tarnowie i okolicach. Dzięki temu mogliśmy obdarować naszych gospodarzy upominkami przez co, być może, popatrzyli na nas przychylniejszym okiem. Po śniadaniu czas wolny na odpoczynek po trudach podróży. O godz. 1200 wyjechaliśmy do Sobieszowa, skąd wyszliśmy czarnym szlakiem przez malownicze Zbójeckie Skały na wzgórze Chojnik (627 m.) gdzie znajduje się piękny przykład tutejszej architektury obronnej; Zamek Chojnik. Zamek ten został wybudowany w poł. XIV wieku przez Bolka II Świdnickiego, niedługo potem stał się siedzibą rodu Schaffgotschów. Ciekawostką jest, że zamek pomimo wielu oblężeń, nigdy nie został zdobyty, zmogły go natomiast siły natury – w sierpniu 1675 roku spłonął trafiony piorunem. W chwili obecnej ruiny są zagospodarowane turystycznie: można wejść na wieżę zwaną Stołpem, działa tu również schronisko i restauracja. Po odpoczynku na Zamku Chojnik zejście czarnym szlakiem na Żarską Przełęcz (574 m.), skąd szlakiem zielonym do Jagniątkowa Dolnego. Część uczestników poszła z Żarskiej Przełęczy owszem zielonym szlakiem, lecz w przeciwnym kierunku i doszli aż do Przesieki. Z Jagniątkowa szliśmy nadal zielonym szlakiem przez Grzybowiec (750 m.) do Michałowic. Tutaj dotarła autobusem PKS grupa która zeszła do Przesieki i już razem szliśmy zielonym a następnie niebieskim szlakiem do Wodospadu Szklarki i schroniska „Kochanówka”. Przy schronisku kolejny odpoczynek i sesja fotograficzna nad malowniczym wodospadem, o charakterystycznym wyglądzie zwężającym się ku dołowi w kształcie litery „V”. Od wodospadu Szklarki szliśmy czarnym szlakiem który przechodzi w pobliżu naszego ośrodka. Po przyjściu obiadokolacja i czas wolny.

 Wieczorem o godz. 2000, w pobliskiej Starej Chacie Walońskiej „Juna” odbyła się, przez wszystkich uczestników okrzyknięta największą atrakcją naszego Rajdu, impreza pt. „Wieczór Waloński”. Rozpoczęła się ona od spotkania z Wielkim Mistrzem Walońskim, który opowiadał nam historie i legendy o Walonach i Karkonoszach. Wśród uczestników Rajdu wybrane zostały przez Wielkiego Mistrza trzy Wiedźmy Walońskie – wśród Walonów wiedźmy cieszyły się najwyższym autorytetem i one „rządziły” życiem Walonów. Zostały nimi nasze koleżanki: „Pierzasta”, Ewa i Ola. Wielki Mistrz wybrał również dwóch Giermków – byli nimi Staszek i Jacek. W spotkaniu brał udział nasz gospodarz, który wśród Walonów znany jest jako Kulisty Marek. Po spotkaniu z Wielkim Mistrzem uczestnicy wyszli przed Starą Chatę i każdy z nich, przy dźwiękach bębna obsługiwanego przez Giermka Jacka, był zakuwany w dyby i będąc kłuty przez Wiedźmy porożami jeleni w miejsce gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę, mógł wykrzyczeć w stronę Śnieżki: „nie jestem godzien” (chodziło o niegodność chodzenia po świętych górach Walonów – Karkonoszach). Gdy wykrzykiwał to wystarczająco głośno – o czym decydowała Wiedźma Ola – stawał się godnym do uczestnictwa w dalszej części Wieczoru Walońskiego. W dalszej części Wieczoru uczestnicy przeszli do „Garu Mocy” – sali w której odbywało się pasowanie uczestników na Walonów, panowie w tym celu całowali Wiedźmę „Pierzastą” w kolano, zaś panie całowały Giermków w rękę. Przy tym każdy otrzymywał na pamiątkę certyfikat oraz naszyjnik waloński z kamieniem. Następnie odbyła się biesiada z pieczeniem kiełbasy, przy kuflu walońskim; jest to grzany napój na bazie dwuletniego wina czereśniowego doprawionego odpowiednimi ziołami, podawany w glinianych naczyniach, które każdy z uczestników otrzymywał na pamiątkę. Można też było za symboliczną złotówkę ponownie napełnić kufelek. Na koniec imprezy obdarowaliśmy Wielkiego Mistrza Walońskiego naszymi firmowymi gadżetami. Zabawa była przednia do późnych godzin wieczornych.

 Drugi dzień Rajdu – czwartek 26 sierpnia – rozpoczęliśmy śniadaniem, o godz. 800 wyjazd autokarem do Karpacza „Białego Jaru”. Stamtąd wyjście na trasę pieszą zielonym szlakiem na Polanę i dalej szlakiem żółtym na skały Pielgrzymy. Tutaj odpoczynek i krótka sesja fotograficzna wśród malowniczych skałek. Z Pielgrzymów dość strome podejście na główny grzbiet Karkonoszy pod skałkę zwaną Słonecznikiem. Pochodzenie tej nazwy nie ma nic wspólnego z sympatyczną skądinnąd rośliną. Skała ta jest doskonale widoczna na głównym grzbiecie z miejscowości po północnej stronie; z Przesieki, Borowic, Sosnówki czy Podgórzyna, i patrząc z tych miejscowości w południe na słońce, zawisa ono dokładnie nad skałą, stanowiąc swoisty zegar słoneczny. Pod Słonecznikiem kolejny odpoczynek i podziwianie rozległych widoków na całą Kotlinę Jeleniogórską. Dalej szliśmy czerwonym szlakiem, głównym grzbietem w kierunku zachodnim do schroniska „Odrodzenie nad Przełęczą Karkonoską (1198 m.). Tu dłuższy odpoczynek na posiłek. Dalej szliśmy zielonym szlakiem który prowadzi Ścieżką nad Reglami. Tutaj część grupy znów pobłądziła, początkowo zielony szlak schodzi asfaltową szosą, tzw. „Drogą Sudecką” i po chwili ostro skręca w lewo, zguby zaś szły cały czas drogą. Tutaj przydały się telefony komórkowe i zguby mogliśmy nawrócić na właściwą drogę. Zielonym szlakiem szliśmy w kierunku widocznych malowniczych Bażynowych Skał na Hutniczym Grzbiecie. W tym miejscu dopadł nas przelotny deszcz -–przestało padać dopiero przy Czarnym Kotle Jagniątkowskim. Kocioł ten był dopiero przedsmakiem czekających nas urwistych, skalistych Śnieżnych Kotłów. Mają one już wyraźny charakter wysokogórskich kotłów polodowcowych z małymi stawkami zwanymi Śnieżne Stawy. Dodatkową atrakcją Śnieżnych Kotłów jest tzw. Czarcia Ambona; jest to dawne schronisko, od lat 60-tych przekształcone w przekaźnikową stację telewizyjną, usytuowane na tzw. Grzędzie, na głównej grani tuż nad urwiskiem. Jest to najbardziej charakterystyczna budowla w Karkonoszach, widoczna z wielu odległych miejsc. W Śnieżnych Kotłach kolejna sesja fotograficzna i nadal zielonym szlakiem przeszliśmy do schroniska na Hali pod Łabskim Szczytem. Tutaj kolejny odpoczynek – powoli odczuwaliśmy już zmęczenie dość długą trasą. Po odpoczynku zeszliśmy niebieskim szlakiem, „Czeską Ścieżką” do Szklarskiej Poręby, zaraz potem obiadokolacja i czas na doprowadzenie się do stanu używalności. Wieczorem, we własnym gronie, biesiada ze śpiewami przy gitarze i małym „co nieco”.

 Trzeci dzień Rajdu – piątek 27 sierpnia – przywitał nas deszczem. Rozpoczęliśmy go śniadaniem, następnie o godz. 745 wyjazd autokarem do Kowar Górnych. Tam czekały nas kolejne atrakcje. Zwiedziliśmy (w dwóch grupach) podziemną trasę turystyczną w starych sztolniach byłej kopalni rud uranowych „Podgórze”, czynnej jeszcze na początku lat siedemdziesiątych. W późniejszym okresie sztolnie były poligonem doświadczalnym Politechniki Wrocławskiej, zaś w latach osiemdziesiątych, ze względu na występujący w tutejszej atmosferze Rad, przez Uzdrowisko Cieplice były wykorzystywane do inhalacji radonowych. W latach dziewięćdziesiątych sztolnie były „bezpańskie” i uległy dewastacji. Dopiero w 2000 roku sztolnie zostały zakupione przez osoby prywatne (prawdopodobnie związane z „Amicą” z Wronek) i urządzono tu podziemną trasę turystyczną. Eksponowane są tutaj urządzenia związane z wydobywaniem rud uranowych i pracą górników oraz uzdrowiskowym charakterem panującego tu klimatu. Wielką atrakcją, cieszącą się powodzeniem szczególnie wśród panów, jest tryskające tu źródełko z leczniczą wodą o nazwie „Potencjałka” (zakres działania sugeruje nazwa). W sztolniach eksponowany jest również „Skarbiec Waloński”. Jest to zbiór minerałów, kamienie półszlachetne i szlachetne wydobyte na terenie Sudetów (i nie tylko), będący własnością Sudeckiego Bractwa Walońskiego, które organizuje również zaliczony przez nas Wieczór Waloński. Po zaliczeniu wszystkich podziemnych atrakcji i wyjściu na powierzchnię, okazało się, że nadal „leje jak z cebra”. W planach mieliśmy dzisiaj przejście z Przełęczy Okraj na Śnieżkę i zejście przez „Samotnię” do Karpacza. Przy takiej pogodzie byłoby to niezbyt rozsądne. Kierownictwo rajdu podjęło decyzję o odwołaniu dzisiejszej trasy i zwiedzaniu Karpacza. Pojechaliśmy najpierw do Karpacza Górnego pod Świątynię Wang. Świątynia Wang jest jednym z najciekawszych obiektów sakralnych w Polsce. Jest to drewniany kościółek w stylu architektury romańskiej ze Skandynawii. Powstał na przełomie XII i XIII wieku, w połowie XIX wieku został przeniesiony do Karpacza z miejscowości Vang w południowej Norwegii. Jego drewniana konstrukcja została wzniesiona bez użycia gwoździ. Wyposażenie jego jest dość surowe, chociaż detale są bardzo oryginalne, nawiązujące do kultury Wikingów. Kościółek Wang służy obecnie tutejszej parafii ewangelickiej. Podczas zwiedzania Świątyni Wang przestało padać, pomimo tego większa część uczestników Rajdu postanowiła zwiedzać Karpacz. Tylko 18 osób wybrało się na zaimprowizowaną naprędce trasę. Wyszliśmy niebieskim szlakiem na Polanę i dalej do schroniska „Samotnia” w kotle Małego stawu. Już przed Polaną poznaliśmy złośliwość pogody – wyszło słońce i pogoda była wręcz wymarzona do chodzenia po górach – można było się nie poddawać i wyjść na zaplanowaną trasę. W „Samotni” odpoczynek i podziwianie uroków krajobrazu. Okolice Małego Stawu są uznawane za najpiękniejsze miejsce nie tylko Karkonoszy, ale wszystkich polskich gór (no może poza Tatrami). Samo schronisko też jest bardzo urokliwe, jest najstarszym schroniskiem sudeckim i ma status zabytku architektury. Podczas naszych wędrówek, część uczestników zwiedzających Karpacz, mając na uwadze wyraźną poprawę pogody, postanowiła „zdobyć” Śnieżkę. Oczywiście było zbyt mało czasu na piesze wejście z Karpacza, wyjechali więc wyciągiem krzesełkowym na Kopę, skąd już tylko przysłowiowy „rzut beretem” na najwyższy wierzchołek Karkonoszy. Trzeba przyznać, że trochę byli przez to „wygrani”, gdyż mieli dobrą widoczność z królowej Karkonoszy. Zejście też mieli bynajmniej mało turystyczne; z Kopy zjechali do Karpacza kolejką, i tak spóźniając się na planowaną godzinę odjazdu autokaru. W tym czasie przeszliśmy z „Samotni” do pobliskiego schroniska „Strzecha Akademicka”. Tutaj kolejny odpoczynek – widać nie spieszyło się nam zbytnio. Następnie zejście żółtym szlakiem do Karpacza „Białego Jaru”. I tu kolejna niespodzianka. Wydawało się nam, że idziemy w dobrym kierunku, jakież było nasze zdziwienie, gdy po chwili skończył się żółty szlak, zaś do Karpacza wiodły stąd czarne znaki. Byliśmy w Białym Jarze (tym właściwym). Poszliśmy owszem szlakiem żółtym tylko nie w tą stronę. Nic już więcej nie kombinując zeszliśmy czarnym szlakiem do Karpacza. Przy dolnej stacji wyciągu na Kopę, na Łomnickim Rozdrożu, znów znalazły się zguby, które poszły w stronę skoczni „Orlinek”. Udało się ich szybko zawrócić ze złej drogi i zeszliśmy do autokaru który czekał na nas w „Białym Jarze”. Po przyjściu grupy która „zaliczyła” dziś Śnieżkę, powrót autokarem do Szklarskiej Poręby, obiadokolacja i powtórka wczorajszego wieczoru: biesiada ze śpiewami przy gitarze.

 Czwarty dzień Rajdu – sobota 28 sierpnia: rano oczywiście śniadanie następnie wyjazd autokarem w stronę Przełęczy Okraj. Dzisiaj postanowiliśmy, pomimo nisko wiszących chmur, zdobyć Śnieżkę trasą zaplanowaną na dzień wczorajszy. Ci, którzy byli wczoraj na Śnieżce, postanowili dziś zaliczyć Szrenicę i Wodospad Kamięńczyka. Już za Kowarami spotkała nas niespodzianka. Przy zjeździe z głównej drogi na odcinek wiodący na Przełęcz Okraj jest ograniczenie wjazdu pojazdów powyżej pięciu ton. Nasz autokar ważył prawie trzy razy tyle. Pomimo tego złamaliśmy przepis i jechaliśmy dalej, ale mając na uwadze to, że Straż Graniczna ma uprawnienia nakładania mandatów, dojechaliśmy tylko do Rozdroża pod Sulicą, stamtąd autokar powrócił do Szklarskiej, my zaś przeszliśmy niebieskim szlakiem, w przeważającej części wzdłuż drogi, na Przełęcz Okraj. Po krótkiej wizycie w schronisku – bacówce, szliśmy nadal niebieskim szlakiem wzdłuż granicy, Kowarskim Grzbietem przez Czoło (1266 m.) i Skalny Stół (1281 m.) na Sowią Przełęcz (1164 m.) i dalej przez Średnią Kopę (1230 m.) do czeskiego schroniska „Jelenka”. Tutaj dłuższy odpoczynek na „małe jasne”. Następnie dość strome podejście na Czarną Kopę (1411 m.), tu już szliśmy w chmurach, widoczność spadła do kilkunastu metrów. Nadal szliśmy granicznym niebieskim szlakiem, Czarnym Grzbietem cały czas zdobywając wysokość w kierunku najwyższego szczytu Karkonoszy. Im wyżej – tym bardziej wzmagał się wiatr, na szczycie Śnieżki (1603 m.) wiało już potężnie, biorąc do tego chmury i dużą wilgoć, nasz pobyt na Śnieżce nie był zbyt udany. Do tego, pomimo fatalnych warunków atmosferycznych, na szczycie był niewyobrażalny tłok – jak to w sobotę. Większość turystów dostała się tu za pomocą wyciągu na Kopę. Do restauracji w charakterystycznym budynku w formie latających talerzy, ciężko było w ogóle wejść. Czym prędzej więc zarządzono zejście, niewygodnym skalistym czerwonym szlakiem na Przełęcz pod Śnieżką (1394 m), do schroniska „Śląski Dom”. Tu również było tłoczno, ale przy odrobinie cierpliwości można się było doczekać miejsca przy stole. Zabawiliśmy tutaj dobrą godzinkę, był czas na posiłek i napitek. Ze względu na warunki pogodowe zrezygnowaliśmy z dalszego marszu główną granią i wybraliśmy wariant zejścia czerwonym szlakiem do Karpacza. Okazało się to dobrym rozwiązaniem, gdyż tuż poniżej głównej grani przestało wiać, a i widoczność zdecydowanie się poprawiła. Sam szlak też był bardzo ciekawy i malowniczy; szliśmy Kotłem Łomniczki – ma on typowy wysokogórski charakter, obok szlaku jest symboliczny cmentarz ofiar gór – coś na wzór cmentarza pod Osterwą w Słowackich Tatrach Wysokich, lecz dużo skromniejszy. Bardzo malowniczy jest też Jar Łomniczki z pięknym wodospadem. Tak doszliśmy do schroniska „Nad Łomniczką”. Tutaj odpoczynek po dość stromym i miejscami trudnym zejściu, dalej już wygodną leśną drogą szliśmy w kierunku Karpacza. W tym czasie część uczestników Rajdu, którzy Śnieżkę „zaliczyli” wczoraj, dziś wybrała się na Szrenicę. Chyba jeżdżenie wyciągami bardzo im się spodobało, gdyż jak to tłumaczyli z powodu złej pogody, Szrenicę (1362 m.) zdobyli siedząc w krzesełkach wyciągu. Na Szrenicy pogoda niczym nie różniła się od tej na Śnieżce, więc po „odpoczynku” (po czym?) w schronisku, zaczęli schodzić czerwonym szlakiem przez Halę Szrenicką, Doliną Kamieńczyka w kierunku Szklarskiej Poręby. Tuż nad Szklarską zaliczyli jedną z największych atrakcji Karkonoszy: Wodospad Kamieńczyka – jest on najwyższym wodospadem polskich Sudetów, wpada on do głębokiego, skalistego jaru, którego dnem wiedzie trasa zwiedzania. Po powrocie autokarem pierwszej grupy z Karpacza – obiadokolacja, później przygotowania do ostatniej na tym Rajdzie biesiady. Sama biesiada odbyła się jak i poprzednie, w pokoju naszego przewodnika Pawła. Ze względu na nadstan uczestników – było nas 47 osób, zaś miejsc noclegowych tylko 46 (nie licząc kierowcy), jedno łóżko nasi gospodarze ustawili w pomieszczeniu typowo imprezowym; było to coś w rodzaju świetlicy z telewizorem, kominkiem i dużym stołem na kilkadziesiąt osób. I od początku wiadomo było, gdzie będą się odbywały nasze biesiady. Ta ostatnia wypadła wspaniale – dawaliśmy z siebie wszystko. Warto jeszcze dodać, że od piątku do niedzieli w Szklarskiej Porębie odbywał się zlot harleyowców i motocyklistów, połączony z paradami i przejazdami maszyn przez miasto. Była to dla nas też nie lada atrakcja.

 Ostatni dzień Rajdu – niedziela 29 sierpnia – to dzień powrotu. Ale niczym to nastąpiło, było jeszcze kilka atrakcji. Dla chętnych, rano wyjazd na mszę św. o godz. 700 do kościoła p.w. Bożego Ciała w Szklarskiej Porębie Średniej. Jest on bardzo malowniczo usytuowany tuż poniżej szczytu Sowiniec (675 m.) górującego nad centrum Szklarskiej Poręby. Po mszy powrót na Śniadanie, następnie czas wolny na pakowanie bagaży. O godz. 930 wyjazd w kierunku domu. Daleko nie zajechaliśmy, pierwszy postój przy wyjeździe ze Szklarskiej Poręby gdzie znajduje się Muzeum Ziemi. Wstęp do muzeum jest bezpłatny, eksponowane są tu głównie minerały oraz wytwarzana z nich biżuteria. Poza tym jest tu sporo stoisk gdzie można zakupić wszystko, co można uzyskać z wydobywanych w okolicy minerałów oraz sporo pamiątek, Po zwiedzeniu Muzeum Ziemi na dobre opuściliśmy Szklarską Porębę, ale to nie był koniec atrakcji. Pomiędzy Jelenią Górą a Wrocławiem jest bardzo malownicze miasteczko Bolków. Zatrzymaliśmy się tam aby zwiedzić górujący nad miastem zamek – są to właściwie dobrze zachowane ruiny. Najstarsza część zamku powstała w XIII wieku i przez następne stulecia został on rozbudowany. Założycielem był piastowski książę Bolesław Rogatka, władca Księstwa Legnickiego. W 1646 r. zamek został zdobyty przez Szwedów i od tej pory zaczął się jego upadek. Największą atrakcją zamku jest wysoka na 25 metrów wieża. Widok z niej jest bardzo ciekawy, obejmuje większość zachodniego pogórza sudeckiego. Jedną z atrakcji jest kat, u którego można zamówić zakucie w dyby lub ścięcie głowy. Nie wiadomo co to miało oznaczać, ale uczestnicy zamówili ścięcie głowy kierownika wycieczki. Na szczęście odbyło się to bezkrwawo i jakoś to przeżył. Z Bolkowa zaczął się już prawdziwy powrót. Pod Wrocławiem wjechaliśmy na trasę A4 którą jechaliśmy, z dwoma odpoczynkami, do samego Tarnowa. Jeszcze przed Górnym Śląskiem, kierownik przypomniał sobie, że zostało trochę gadżetów firmowych; kubek otrzymał nasz kierowca Piotr za bezpieczną jazdę i dobre sprawowanie. Pozostałe gadżety rozlosowały wśród uczestników nasze Wiedźmy Walońskie. W domu byliśmy dość wcześnie, bo przed godz. 1900.

 VIII Rajd Elektryków przeszedł do historii jako jedna z najbardziej udanych imprez naszego Koła, i to nie tylko dzięki staraniom organizatorów, ale przede wszystkim dzięki uczestnikom, którzy stanowili niekonfliktową, wesołą grupę. Było nas 47 osób, Rajd zorganizował z pomocą Pawła Molczyka, Jacek Szczebak, Oni również prowadzili uczestników po szlakach.

WYCIECZKA W GORCE

19 wrzesień 2004 roku.

 Kolejna jednodniowa wycieczka naszego Koła odbyła się w niedzielę 19 września 2004 roku. Z Tarnowa wyjechaliśmy autokarem o godz. 715 i przez Nowy Sącz i Krościenko dojechaliśmy do wsi Łopuszna. Motywem wiodącym tej wycieczki była osoba księdza profesora Józefa Tischnera. Właśnie Łopuszna jest rodzinną wsią księdza Tischnera – co prawda urodził się On w Starym Sączu – ale tu się wychował, tutaj mieszkał i tworzył. Ksiądz Tischner był jednym z najbardziej znanych współczesnych filozofów chrześcijańskich, związany był z krakowskimi uczelniami: Uniwersytetem Jagiellońskim i Papieską Akademią Teologiczną. Jako kapelan współpracował z wieloma środowiskami. W latach 80-tych i 90-tych był kapelanem Związku Podhalan. Znane są z tego okresu Jego książki: „Historia filozofii po góralsku” oraz „O ślebodzie – kazania spod Turbacza”. Właśnie te wydawnictwa wraz z kasetami audio były rozlosowane jako upominki wśród uczestników wycieczki, oprócz nich rozlosowano tradycyjnie mapy turystyczne Gorców wydawnictwa „Compass” (10 szt.) oraz dwa przewodniki po Gorcach wydawnictwa „Kraj” – upominków dla uczestników było więc dość sporo.

 W Łopusznej najpierw zwiedziliśmy zabytkowy kościół p.w. św. Trójcy z początku XVI wieku. Jest to budowla drewniana ze strzelistą wieżą i dachem krytym gontem – reprezentuje styl typowy dla góralskiej świątyni podhalańskiej. Wnętrze świątyni w większości posiada wyposażenie barokowe z elementami w innych stylach oraz współczesnymi w tym malarstwo i rzeźba ludowa. Z kościoła przeszliśmy na pobliski cmentarz parafialny. Tu, obok cmentarnej kaplicy, po śmierci w 2000 roku, zgodnie ze swą wolą został pochowany ksiądz Józef Tischner. Oddaliśmy cześć temu wielkiemu człowiekowi i miłośnikowi gór chwilą zadumy i modlitwą oraz zapalonymi zniczami. Z cmentarza przeszliśmy pod najbardziej znany obiekt Łopusznej – dworek Tetmajerów z 1784 roku. Uznawany jest on za klasyczny przykład tzw. „dworu polskiego” z XVIII wieku, był on również ośrodkiem myśli politycznej i kulturalnej na Podhalu. Tworzył tu Kazimierz Przerwa Tetmajer, gościli tutaj znani ówcześni patrioci, uczestnicy powstań, m.in. Seweryn Goszczyński, Julian Goslar czy Jan Kanty Pawluśkiewicz. Ze względu na brak czasu i wysokie ceny nie zwiedzaliśmy, co tu dużo mówić; mało ciekawej ekspozycji wewnątrz dworu – gospodarzem jest tu Muzeum Tatrzańskie w Zakopanem (ceny też są „zakopiańskie”). Obejżeliśmy ten ciekawy architektonicznie obiekt z zewnątrz – ma on w swojej bryle i proporcjach to „coś”, co przyciąga wzrok i cieszy duszę. To jeszcze nie był koniec atrakcji krajoznawczych Łopusznej. Spod dworu Tetmajerów przejechaliśmy autokarem w górę wsi pod Gminny Ośrodek Kultury. Obok niego, w specjalnie na ten cel dobudowanym drewnianym skrzydle budynku, w zeszłym roku otwarto „Tischnerówkę”; izbę pamięci księdza profesora Józefa Tischnera. Są tu zgromadzone pamiątki po zmarłym, w większości udostępnione przez Jego rodzinę. Sporo tu rękopisów, pamiętników, notatek i listów (w tym korespondencja z przyjacielem Karolem Wojtyłą – papieżem Janem Pawłem II). Jest też eksponowany księgozbiór z Jego wydawnictwami, pokazano również używany jeszcze nie tak dawno przez księdza Józefa ekwipunek turystyczny i narciarski, jednak największe wrażenie na nas zrobiły „pisane rozmowy” księdza podczas pobytu i leczenia w szpitalu. Ksiądz Tischner chorował na raka krtani i przez ostatnie lata swojego życia nie mówił – z otoczeniem porozumiewał się za pomocą kartki i ołówka. Widać z nich, że do końca zachował On spokój i pogodę ducha, oraz co nas zaskoczyło – pomimo ogromnego cierpienia – bardzo duże poczucie humoru. Eksponowany jest również odbiornik radiowy „Jowita” na którym ks. Józef, będąc w swojej łopuszniańskiej bacówce (obok czarnego szlaku na Kiczorę), w październiku 1978 roku usłyszał o wyborze Karola Wojtyły na papieża, podczas zwiedzania izby pamięci jest odtwarzana tamta audycja Radia Watykan. Na tą okoliczność zapisał On w swym pamiętniku słowa: „...a miał (K. Wojtyła) przyjechać do mnie na bacówkę, teraz to chyba nie da rady”.

 Spod GOK-u podjechaliśmy jeszcze trochę w górę Łopusznej pod końcowy przystanek MPK obok „Pstrągarni” – ośrodka zarybieniowego PZW. Stąd wyruszyliśmy na trasę pieszą, początkowo niebieskim, a za chwilę czarnym szlakiem w kierunku Kiczory. Szlak początkowo w miarę łagodny, po chwili nabiera „ostrości” i staje się dość monotonny i męczący. Pierwszy dłuższy odpoczynek mieliśmy na polanie Jankówki tuż poniżej szczytu Wyszni (1107 m.). Rozciągają się stąd piękne widoki na masyw Turbacza (z widocznym schroniskiem) i Kiczory. Po odpoczynku rozpoczęliśmy dalszą wędrówkę, czarny szlak (po zmianie przebiegu) doprowadził nas na polanę Rąbaniska, skąd czerwonym szlakiem, dość stromo, ale za to z ładnymi widokami na masyw Lubania (1211 m.) i Beskid Sądecki, wspinaliśmy się na charakterystyczny stożkowaty, w połowie zalesiony szczyt Kiczory (1282 m.). Dalej szliśmy wierzchowiną Gorców, przez bardzo malowniczą i chyba najbardziej znaną w Gorcach polanę Długą (zwaną też Wzorową) obok schroniska studenckiego Akademii Rolniczej z Krakowa, do schroniska PTTK na Turbaczu. Tutaj kolejny dłuższy odpoczynek na posiłek i napitek. W holu schroniska jest zawieszona, pięknie rzeźbiona w drewnie, tablica pamiątkowa poświęcona księdzu profesorowi Tischnerowi z bardzo mądrą sentencją ks. Józefa: „Granicą wolności, jest wolność drugiego człowieka”. Po odpoczynku na Turbaczu wyruszyliśmy żółtym szlakiem obok Kaplicy Papieskiej na polanie Wisielakówka (to właśnie tutaj ks. Tischner wygłaszał swoje słynne „kazania spod Turbacza” do górali ze Związku Podhalan), na Bukowinę Miejską (1143 m.). Od samego schroniska obserwowaliśmy bardzo duży ruch motocykli crossowych – Turbacz jest chyba najbardziej obleganą górą przez miłośników tego pięknego – chociaż dla turystów pieszych bardzo uciążliwego sportu. W mediach ostatnimi czasy rozpętano wielką nagonkę na crossowców z Turbacza – należy się jednak zastanowić, gdzie w takim razie mają trenować pasjonaci tego sportu. Z Bukowiny Miejskiej szliśmy czarnym szlakiem przez Hrube (1036 m.) na Bukowinę Obidowską (1039 m.), skąd zielonym szlakiem przez polanę Rożnową – z której rozciągają się piękne widoki na dolinę Lepietnicy i Turbacz – do wsi Obidowa.Tutaj organizatorzy mieli mały dylemat, gdyż pora była już dość późna, a w planach mieliśmy jeszcze ognisko nad Czarnym Dunajcem za Nowym Targiem. Po krótkiej naradzie podeszliśmy do najbliższego gospodarza, który nie miał nic przeciwko rozpaleniu ogniska w pobliżu swojej posesji, tak więc tradycyjne ognisko z pieczeniem kiełbasy odbyło się w Obidowej, tuż przy zielonym szlaku. Kiełbasy było dość sporo, na tyle dużo, że pomimo próśb i nalegań kierownika wycieczki, uczestnicy nie podołali takiej ilości.

Po ognisku powrót do domu. Jakież było nasze zdziwienie, gdy przy sprawdzaniu listy obecności okazało się, że brakuje jednego z uczestników, mianowicie pana Henryka, który pierwszy raz wybrał się z nami na wycieczkę, do tego sam, tak że przy ognisku nikt nie zauważył jego nieobecności. Ostatni raz widzieliśmy go tuż przed samą Bukowiną Obidowską, a jako, że szedł on w grupie za którą podążała jeszcze dość spora ilość uczestników uznaliśmy, że na rozstaju szlaków musiał wybrać złą drogę. Tak więc wyruszyliśmy autokarem z Obidowej do pierwszej miejscowości gdzie mogła zejść nasza zguba, czyli do Klikuszowej. Tam go nie było, również nikt z siedzących na przystanku PKS, nie widział nikogo podobnego. Pojechaliśmy więc dalej do Nowego Targu, ale tu nasze poszukiwania też nie przyniosły rezultatu. Wyruszyliśmy więc przez Krościenko i Nowy Sącz do Tarnowa gdzie dotarliśmy ok. godz. 2100. Pan Henryk, tak jak przewidywaliśmy, faktycznie na Bukowinie Obidowskiej pomylił szlaki; poszedł owszem zielonym szlakiem, tyle że w drugą stronę, do Nowego Targu. Tutaj wiedząc już że pobłądził, postanowił wrócić na własną rękę do domu. Autobusami PKS dojechał do Krościenka i dalej do Nowego Sącza, skąd nocnym pociągiem dotarł nad ranem do Tarnowa, o czym od razu telefonicznie powiadomił kierownika wycieczki.

 Wycieczkę zorganizował Jacek Szczebak i wraz z Pawłem Molczykiem prowadził uczestników po szlakach. W wycieczce wzięło udział 38 osób.

WYCIECZKA W BESKID DUKIELSKI

9 – 10 października 2004 roku.

 W październiku, dawnym terminie Rajdu Elektryków, zaplanowaliśmy dwudniową wycieczkę w Beskid Dukielski. Początek października w tym roku nie był zbyt pogodny, co przełożyło się na zainteresowanie wycieczką – był problem ze skompletowaniem składu imprezy, no ale jakoś udało się zebrać odpowiednią ilość uczestników. Z Tarnowa wyjechaliśmy w sobotę 9 października o godz. 715. Podczas przejazdu, tradycyjnie już wśród uczestników rozlosowaliśmy pamiątkowe upominki, a było ich sporo: pięć map Beskidu Niskiego, dwa przewodniki po Beskidzie Niskim, przewodniki: „Dukla i okolice”, „Iwonicz Zdrój” i „Rymanów Zdrój” oraz albumy o Iwoniczu i Rymanowie Zdroju. Jechaliśmy przez Pilzno, Jasło, Nowy Żmigród i Duklę do Tylawy pod węzeł szlaków przy leśniczówce „Stasianie”. Jeszcze w piątek wieczorem padał deszcz, w sobotę co prawda przestało padać, lecz było spore zachmurzenie, więc mieliśmy nadzieję, że uda nam się we w miarę przyzwoitych warunkach przejść dzisiejszą trasę. Niestety, nadzieja jest matką... mądrych inaczej, gdy tylko wysiedliśmy z autokaru zaczęło padać. Najpierw była to tylko mżawka, więc nie poddaliśmy się, większość z nas wyszła na zaplanowaną trasę. Pozostali, którzy wystraszyli się deszczu, zostali w autokarze i pojechali na zakupy słowackich trunków na Przełęcz Dukielską, skąd przyjechali prosto do Dukli. My zaś szliśmy żółtym szlakiem gminnym, oznaczonym biało-żółtymi kwadratami. Początkowo łagodnie, później coraz stromszym zboczem, cały czas przez las, w coraz większym deszczu wyszliśmy na masywny Piotruś (728 m.). Tu, pomimo deszczu pierwszy odpoczynek aby ogrzać się ciepłą kawą i herbatą (z termosu). Dalej szliśmy kamienistym grzbietem Piotrusia, dość nieprzyjemną, miejscami zarośniętą ścieżką, było dość ślisko, ale to był dopiero początek tego typu „atrakcji”. Z Piotrusia szlak sprowadził nas w błotnistą dolinę Białego Potoku, który, a jakże by inaczej, pokonywaliśmy brodząc po kostki w wodzie. Dalej szlak wyprowadził nas na niską przełęcz między Wołowym (519 m.), a Działem (507 m.), skąd zeszliśmy do Zawadki Rymanowskiej. Jest to malownicza osada w dolinie Tereściańskiego Potoku, pomiędzy masywami Piotrusia i Cergowej. Oprócz zabytkowych chyż łemkowskich, główną atrakcją jest tu drewniana cerkiew greckokatolicka z 1885 roku p.w. Narodzenia Bogurodzicy, o nietypowej dla Łemkowszczyzny bryle: nawa i prezbiterium przykryte jednym dachem kalenicowym. Po obejrzeniu cerkwi krótki odpoczynek na posiłek i wymarsz w kierunku Cergowej. Teraz rozpadało się już na dobre, wszyscy byliśmy przemoczeni, więc przekraczanie potoku Bowczaniec, doliną którego początkowo wiedzie szlak, nie zrobiło na nas żadnego wrażenia – było nam wszystko jedno. Po opuszczeniu doliny rozpoczęło się mozolne wspinanie po błocku na masywną Cergową – w sumie mało przyjemna wędrówka. Tutaj „puściło” nawet najlepsze markowe obuwie – „Salomony” tudzież inne „Alpinusy” impregnowane firmowymi preparatami – tak, że na Cergowej (716 m.) wszystkim równo w butach chlupotało. Na szczycie pod krzyżem króciutki odpoczynek na złapanie oddechu i rozpoczęliśmy ostatnie zejście, początkowo grzbietem Cergowej, lecz w pewnym momencie szlak skręca w prawo na bardzo strome zbocze w kierunku „Złotej Studzienki” – miejsca związanego legendą z postacią świętego Jana z Dukli – w miejscu tym miała być Jego pierwsza pustelnia. Ten, co prawda krótki, ale bardzo stromy odcinek zejścia dał nam nieźle w kość, zalegała go kilkunastocentymetrowa warstwa błocka przykrytego liśćmi; mało kto z nas nie zaliczył klasycznego „dupozjazdu”. Przy „Złotej Studzience” stoi kapliczka, tryska też źródełko – można było doprowadzić się do jako takiego stanu. Od tego miejsca wiedzie już bardziej cywilizowana droga po pewnym czasie przechodząca w asfalt, którym doszliśmy do Dukli. Tuż przed Duklą przestało padać – tak oto zadrwiła z nas pogoda. Przed dojściem do rynku mijaliśmy ruiny zniszczonej podczas II wojny światowej synagogi – ludność żydowska stanowiła dawniej sporą część mieszkańców Dukli i okolic. W rynku znajduje się miejsce naszego zakwaterowania: Dom Turysty PTTK. Po rozkwaterowaniu był czas na posiłek i doprowadzenie się do stanu używalności. W planach na dzisiejsze popołudnie mieliśmy jeszcze zwiedzanie pobliskiego Iwonicza Zdroju. Jednak wszyscy będący na trasie byli przemoczeni do suchej nitki i mieli dość atrakcji na dzień dzisiejszy. Jedynym wyjątkiem był Michał; najmłodszy, niespełna dwuletni uczestnik wycieczki, no ale on całą trasę przesiedział w nosidełku u ojca na plecach, ciepło ubrany i pod parasolem. Tak więc postanowiliśmy już nigdzie dzisiaj nie wyjeżdżać – przecież jutro też jest dzień. Oczywiście wieczorem nie mogło obyć się bez biesiady turystycznej ze śpiewami przy gitarze, jakoż była ku temu okazja: mieliśmy solenizantów Sławków, a i zaopatrzenie ze Słowacji było solidne. Impreza rozpoczęła się dość wcześnie (nie byliśmy w Iwoniczu), również zakończyła się o przyzwoitej porze.

 Drugi dzień wycieczki – niedziela 10 października – rozpoczęliśmy od zwiedzania Dukli. Do godz. 1030 był czas wolny na śniadanie, pakowanie bagaży, mszę św., oraz na indywidualne zwiedzanie Dukli. Dukla jest niewielkim miasteczkiem o ciekawej historii, posiada wiele cennych zabytków, zachowany jest tu małomiasteczkowy układ urbanistyczny z rynkiem, pośrodku którego stoi ratusz z początku XVII w., przebudowany w XIX w. na neogotycki. Wokół rynku zachowało się sporo XIX-wiecznych kamieniczek. Przy głównej szosie stoi barokowy kościół parafialny p.w. św. Marii Magdaleny z 1765 r., szczególnie godny uwagi jest niezwykły wystrój wnętrza świątyni w stylu saskiego rokoka. Po przeciwnej stronie szosy znajduje się późnobarokowy zespół pałacowy Mniszchów. Wewnątrz mieści się Muzeum Historyczne poświęcone w większości bitwie dukielskiej z 1944 roku, na pałacowym dziedzińcu jest ekspozycja sowieckiej broni ciężkiej z tego okresu. Najbardziej znanym zabytkiem Dukli jest barokowy klasztor Bernardynów z kościołem p.w. św. Jana z Dukli z II połowy XVIII wieku o efektownej, późnobarokowej fasadzie. Zespół bernardyński jest głównym miejscem kultu św. Jana z Dukli i miejscem przechowywania jego relikwii. Za klasztorem znajduje się cmentarz wojskowy na którym pochowanych jest ponad 10 tys. żołnierzy radzieckich i czechosłowackich poległych podczas operacji dukielskiej, znajduje się tu również kwatera żołnierzy poległych podczas I wojny światowej. O godz. 1030, już spakowani, wyruszyliśmy autokarem do pobliskiej wsi Trzciana. W planach na dzisiaj było przejście czerwonym szlakiem z Trzciany do pustelni św. Jana, skąd zejście zielonym szlakiem do Tylawy. Pomimo, że dziś pogoda była dla nas łaskawsza – nie padało – po wczorajszych przejściach nabraliśmy wstrętu do błocka. Dlatego z Trzciany poszliśmy nie czerwonym szlakiem, tylko asfaltową drogą dojazdową do pustelni św. Jana, która znajduje się w masywie Mszany obok wzniesienia Garb. Jest to miejsce związane legendą ze św. Janem z Dukli, tutaj ponoć była jego pustelnia w której przez kilka lat wiódł pustelnicze życie. Stoi tu neogotycka kaplica z 1908 r. na miejscu starszej – drewnianej z 1769 r., która spłonęła w 1883 r. Poniżej kaplicy znajduje się grota z cudownym źródełkiem, obok drewniany dom w którym od wiosny do jesieni mieszka jeden z zakonników z Dukli. Z pustelni zeszliśmy tą samą trasą. Podczas zejścia zaczęły wyłaniać się z chmur zdobyte przez nas wczoraj szczyty Piotrusia i Cergowej. Z Trzciany przejechaliśmy do Iwonicza Zdroju, który wczoraj „wypadł” nam z programu. Uczestnicy mieli godzinę czasu, aby zapoznać się z tym jednym z najstarszych beskidzkich uzdrowisk; pierwsze pisane dokumenty na temat leczniczych właściwości tutejszych wód pochodzą już z końca XVI w. Rozwój uzdrowisko zawdzięcza rodzinie Załuskich która nabyła miejscowość w 1799 r. Do dnia dzisiejszego zachowało się centrum uzdrowiska które stanowi efektowna grupa 22 zabytkowych budynków z XIX i początku XX w. Ciekawostką Iwonicza Zdroju jest źródło „Bełkotka”, z którego z bulgotem wydobywa się metan. Z Iwonicza pojechaliśmy zwiedzać sąsiedni Rymanów Zdrój. Jest to stosunkowo młode uzdrowisko, założone zostało w 1881 r. przez rodzinę Potockich, którzy niewiele wcześniej zakupili te ziemie. Rymanów Zdrój rozciąga się malowniczo nad potokiem Tabor, wzdłuż niego wiedzie park zdrojowy z deptakiem, przy nich usytuowana jest pijalnia wód oraz obiekty sanatoryjne. W Rymanowie Zdroju butelkowana jest znana woda mineralna „Celestynka”. Klimat tego uzdrowiska z powodu dużej zawortości jodu, podobny jest do nadmorskiego i zalecany szczególnie dla dzieci, Rymanów Zdrój jest jednym z największych polskich uzdrowisk dziecięcych. Z Rymanowa wyruszyliśmy w kierunku Tarnowa, przez Krosno, Jasło, maliwniczy Biecz i Zagórzany do miejscowości Łużna. Tu zwiedziliśmy jeden z ciekawszych cmentarzy wojskowych z czasów I wojny światowej, nr 123 na wzgórzu Pustki. Wzgórze to podczas operacji gorlickiej w maju 1915 r. stanowiło kluczową pozycję artylerii broniącej się armii rosyjskiej, toczyła się o nie zacięta i krwawa bitwa, czego pozostałością jest zwiedzany cmentarz. Z Łużnej przejechaliśmy do Ciężkowic na parking obok „Skamieniałego Miasta”, tu upiekliśmy na ruszcie kiełbasę. Stąd powrót do Tarnowa – w domu byliśmy przed godz. 2030. W wycieczce brały udział 34 osoby, organizatorem wycieczki był Jacek Szczebak i wraz z Pawłem Molczykiem prowadzili uczestników po szlakach.

Nie siedź w domu, chodź z nami na wycieczkę”

WYCIECZKA W GORCE

20 – 21 listopada 2004 roku.

 Ostatnią w tym roku wycieczkę zaplanowaliśmy w mniejszym gronie, a to dlatego, że w górach już zima, leży śnieg i warunki na szlakach są dość ciężkie; mniejszą grupą lepiej wędrować, a ponadto nigdy nie ma zbyt wielu chętnych na tego typu wędrówki. Aura też nie była zachęcająca, w piątek, dzień przed wyjazdem nad Polską szalały huraganowe wiatry, łamiące drzewa, zrywające dachy i linie energetyczne. Katastrofy nie ominęły nawet uczestników wycieczki; Pawłowi wichura uszkodziła budynek gospodarczy. Pomimo trudnych warunków, w sobotę rano na dworcu PKS zjawiło się aż 12 z 13 zgłoszonych uczestników. Z Tarnowa wyjechaliśmy autobusem PKS o godz. 715 do Nowego Sącza, skąd o 900 również PKS-em wyjechaliśmy do Krościenka. Na miejscu okazało się, iż pogoda wcale nie jest taka zła, przede wszystkim nie wiało, a czasami wychodziło nawet słońce, warunki śniegowe też dość dobre, ok. 20 cm śniegu. Z Krościenka wyruszyliśmy czerwonym szlakiem na Marszałek (828 m.), trasa w sam raz na rozgrzewkę i złapanie rytmu, tu pierwszy odpoczynek. Dalej, już bardziej płaskim grzbietem masywu Lubania wśród licznych polanek z widokami na Pieniny, Beskidy: Sądecki i Wyspowy, doszliśmy na Jaworzynę (1050 m.). Odtąd czerwony szlak nabierając stromości wyprowadził nas na Lubań (1211 m.). Tutaj, w drewnianej wiacie działającego tu w okresie letnim pola namiotowego, jak najbardziej zasłużony odpoczynek na uzupełnienie straconych po drodze kalorii. Po posiłku wyruszyliśmy niebieskim szlakiem, początkowo głównym grzbietem, a następnie bardziej stromo w dół na północ w kierunku Ochotnicy Dolnej. Po drodze z Polan Muszyna i Folwarki roztaczały się ładne widoki na główny masyw Gorców, z dobrze widocznym na pierwszym planie Gorcem (1228 m.), a w głębi z Kiczorą i Jaworzyną Kamienicką. Niebieski szlak zaprowadził nas do Ochotnicy Dolnej, zatrzymaliśmy się obok drewnianego kościoła parafialnego p.w. Znalezienia Krzyża Św. z 1813 roku, malowniczo położonego wśród starych lip, obok, pochodząca z XVIII wieku wolnostojąca dzwonnicą. Naprzeciw kościoła stoi pomnik upamiętniający „krwawą wigilię” 1944 roku – pacyfikację wsi przez okupantów niemieckich. Rejon Ochotnicy był w tym czasie całkowicie opanowany przez AK, Niemcy nie mieli dostępu w te rejony, wykorzystali więc to, że w czasie wigilii miejscowa ludność zajęta była przygotowaniami do świąt i uderzyli na wieś, mordując i paląc centrum wsi oraz przysiółek Młynne. Symbolem tych wydarzeń była młoda góralka Maria Kawalec która zginęła próbując ratować dziecko. Jej postać z dzieckiem na rękach widnieje na pomniku ofiar „krwawej wigilii”. Po zejściu z trasy ostatnich maruderów, całą grupą poszliśmy na kwatery, po drodze uzupełniając zapasy w „Delikatesach Centrum”. Zakwaterowanie mieliśmy w gospodarstwie agroturystycznym u Pani Róży Chrobak, w samym centrum wsi. Gdy doszliśmy na kwatery było już ciemno i gospodyni powątpiewała już w nasze przybycie, gdyż dzień wcześniej podczas huraganu Ochotnica była praktycznie odcięta od świata. Widząc nas w takiej ilości była bardzo ukontentowana. Rozkwaterowanie przebiegło dość sprawnie, mieszkaliśmy w dwóch pokojach; w jednym Ela z Miszą, w drugim reszta uczestników. Rezerwując noclegi zamówiliśmy również wyżywienie: obiadokolację i śniadanie. Obiadokolacja, niestety, nie była zbyt „wyszukana”, miały być schabowe, a dostaliśmy po niewielkiej nóżce kurczaka z rosołu, trzeba było więc „utargować” coś z ceny wyżywienia. Po posiłku zebraliśmy się w jadalni, tu przy gitarze biesiadowaliśmy do późnych godzin wieczornych.

 W niedzielę rano chętni wstali dość wcześnie, aby iść na mszę św. o godz. 700. Okazało się, że w nocy nasypało dość dużo śniegu i do tego cały czas sypie. Po powrocie z kościoła śniadanie; już zdecydowanie lepszej jakości niż wczorajsza obiadokolacja. W planach na dziś mieliśmy wejście zielonym szlakiem przez Piorunowiec na Gorc i dalej niebieskim i czarnym szlakiem do Szczawy. Sypiący szczodrze śnieg trochę nas odstraszył od tej trasy, po krótkiej naradzie zdecydowaliśmy się na inną, łatwiejszą trasę: przez przysiółek Młynne, drogą na przełęcz Wierch-Młynne, skąd zejście do wsi Zasadne i dalej drogą do Szczawy. Tak też uczyniliśmy. Wyruszyliśmy tuż po godz. 1000 idąc przez Młynne wzdłuż potoku o tej samej nazwie. Pogoda zdecydowanie się poprawiła; przestało sypać i zaświeciło słońce. I tak szliśmy, zawierzając mapie, główną drogą która miała nas wyprowadzić na przełęcz. Im dalej szliśmy „główną” drogą, tym warunki były coraz gorsze; droga zmieniła się w dróżkę, później w ścieżkę która w końcu zanikła, a do tego śniegu było coraz więcej. Prowadzący wycieczkę już od dłuższego czasu podejrzewali, że coś jest nie tak. Ale z mapy (Compass 1:50000) wynikało, że trzeba iść cały czas główną drogą, której już tutaj nie było. Mieli jednak nadzieję, że wejdziemy gdzieś na grzbiet Wierchu Lelonek, skąd zejdziemy do Zasadnego. Niestety, zabrnęliśmy do miejsca gdzie dalej „nie puściło”, trzeba było zarządzić odwrót. Jak się okazało, szliśmy cały czas doliną potoku Młynne i zawróciliśmy już prawie spod samego szczytu Gorca. Wróciliśmy do ostatnich zabudowań przysiółka Młynne i tu okazało się, że na przełęcz trzeba było skręcić w prawo (idąc od centrum), w dość drugorzędną dróżkę. Wyprowadziła nas ona tuż pod przełęcz Wierch-Młynne (750 m.), odsłaniając za nami piękne widoki na masyw Lubania. Podchodząc do przełęczy, okazało się, że znów nie jest tak ładnie jak pokazuje mapa. Droga skręcała przed przełęczą gdzieś w lewo, na wprost nie było żadnej drogi, więc brodząc w nieprzetartym śniegu obeszliśmy od prawej strony zabudowania, których też nie ma na mapie. W orientacji w terenie pomógł nam miejscowy „dziadek”, dla którego to, że ktoś w takich śniegach jeszcze chce chodzić po górach, było wystarczającą motywacją aby wyjść z domu i wskazać nam właściwą drogę. Już po przejściu przełęczy, w drodze do Zasadnego, nadszedł czas na pieczenie kiełbasy. Ognisko rozpaliliśmy na śniegu, wszyscy dość szybko starali się upiec i zjeść kiełbasę, bo już dawały nam się we znaki trudy dzisiejszego błądzenia. Po ognisku zeszliśmy do wsi Zasadne, skąd drogą asfaltową przeszliśmy do Szczawy. Tu byliśmy już po zmroku, do odjazdu autobusu pozostało nam niewiele czasu, więc nie było możliwości zwiedzania tej ciekawej a mało znanej miejscowości. Ze Szczawy wyjechaliśmy autobusem PKS o godz. 1705 do Nowego Sącza, skąd o 1850 również PKS-em wyjechaliśmy do Tarnowa, dokąd dotarliśmy o godz. 2040.

 Wycieczka, pomimo dość ekstremalnych warunków oraz nieprzewidzianego błądzenia w drugim dniu, przyniosła uczestnikom wiele radości i zadowolenia. Właśnie takie wycieczki w małym gronie, gdzie wszyscy się znają, dają najwięcej wspomnień. Wycieczkę zorganizował Jacek Szczebak i wraz z Pawłem Molczykiem prowadził uczestników po szlakach i poza nimi.

WALNE ZEBRANIE SPRAWOZDAWCZO WYBORCZE CZŁONKÓW KOŁA PTTK NR 17 „ELEKTRYCZNY” 26 listopada 2004 roku.

 Już w połowie września br. Zarząd Główny PTTK przesłał do naszego Oddziału materiały na kampanię sprawozdawczo wyborczą przed XVI Walnym Zjazdem PTTK, w tym obowiązującą w tej kampanii Ordynację Wyborczą. Zgodnie z nią wyznaczyliśmy termin Walnego Zebrania Koła na piątek 26 listopada 2004 roku. Organizacją Walnego Zebrania zajął się nieformalny komitet pod przewodnictwem Prezesa Zarządu Koła. W pierwszej kolejności zarezerwowano lokal: jedną z sal kawiarni „Alchemik”, co ciekawe i warte odnotowania w sali tej jeszcze kilkanaście lat temu miało swą siedzibę biuro Oddziału Ziemi Tarnowskiej PTTK (obecnie mieści się ono w tym samym budynku piętro wyżej). Kolejną sprawą było wystąpienie do Zarządu naszego Oddziału w sprawie zgody na obniżenie wymogu prawomocności obrad naszego Walnego Zebrania z 50% do 35% obecności członków Koła (nasze Koło spełnia ku temu wymogi określone w Ordynacji Wyborczej) – jak się okazało niepotrzebnie, oraz o ustalenie rozdzielnika mandatów delegatów na Zjazd Oddziału – przyznano nam aż 9 mandatów (1 delegat na 6 członków Koła). Dalej przygotowano projekt regulaminu i porządku obrad, no i można już było drukować zaproszenia na Walne Zebranie dla członków Koła (ostatnio przystąpiło do naszego Koła 5 osób z rozwiązanego Koła „Nawozy”), oraz dla osób zaproszonych: Prezesa Zarządu Oddziału, który niestety ze względu na obowiązki służbowe nie mógł wziąć udziału w zebraniu; Oddział reprezentowała Urszula Kocik. Podczas tych przygotowań prowadzono rozmowy z członkami Koła w sprawie kandydowania do władz Koła oraz na delegatów na Zjazd Oddziału. W dniu Walnego Zebrania mieliśmy już wystarczającą ilość kandydatów do przeprowadzenia wyborów.

 Obrady rozpoczęto z lekkim poślizgiem o godz. 1815. Prezes ustępującego Zarządu przywitał przybyłych członków Koła i zaproszonych gości, następnie zatwierdzono zaproponowany skład Prezydium obrad: przewodniczący: Jacek Szczebak, sekretarz: Anna Siadek, członek: Paweł Molczyk. W dalszej części przedstawiono szczegółowy regulamin i porządek obrad przyjęty jednomyślnie. Na wniosek prowadzącego, obowiązki Komisji Mandatowej, zgodnie z Ordynacją Wyborczą, powierzono Prezydium Obrad, które na podstawie podpisanej listy obecności stwierdziło, że bierze w nim udział 40 uprawnionych członków Koła, co stanowi 70,17% stanu osobowego – tak więc Walne Zebranie jest prawomocne. Tutaj zaznaczyć trzeba, że frekwencja przekroczyła najśmielsze oczekiwania organizatorów Zebrania, okazało się że sala jest zbyt mała dla takiej ilości uczestników, było trochę ciasno. I gdybyśmy zawczasu nie pomyśleli o sprzęcie nagłaśniającym, byłby nie lada problem ze sprawnym przeprowadzeniem obrad. Kolejnym punktem obrad było przedstawienie sprawozdań z działalności Zarządu i Komisji Rewizyjnej Koła. Sprawozdanie z działalności ustępującego Zarządu przedstawił jego Wiceprezes Wacław Krupski. Korzystając z okazji warto przytoczyć kilka faktów związanych z ostatnią czteroletnią kadencją władz i związaną z nią działalnością Koła:

- w roku 2001 odbyło się 6 imprez turystycznych: 3 jednodniowe, 1 dwudniowa, 2 trzydniowe (w tym jedna zagraniczna), wzięło w nich udział 163 osoby,

- w roku 2002 odbyło się 8 imprez turystycznych: 6 jednodniowych i 2 trzydniowe (w tym jedna zagraniczna), wzięło w nich udział 231 osób,

- w roku 2003 odbyło się 8 imprez turystycznych: 6 jednodniowych i 2 trzydniowe (w tym jedna zagraniczna), wzięło w nich udział 276 osób,

- w roku 2004 odbyło się 11 imprez turystycznych: 6 jednodniowych, 3 dwudniowe, 1 trzydniowa i 1 pięciodniowa, wzięło w nich udział 384 osoby,

- łącznie w ciągu czterech lat upływającej kadencji odbyły się 33 imprezy turystyczne: 21 jednodniowych, 4 dwudniowe, 7 trzydniowych i 1 pięcio-dniowa, wzięło w nich udział 1054 osoby, co stanowi 32,83 osoby na 1 z 55 dni spędzonych przez nas na uprawianiu turystyki.

Ponadto pozostała działalność (nie turystyczna) Zarządu Koła:

- w 2002 roku założono Kronikę Koła – prowadzona jest (jak widać) do chwili obecnej,

- w 2002 roku zaproponowano – cieszący się do dziś sporym zainteresowaniem – cykl imprez pod hasłem: „Nie siedź w domu – chodź z nami na wycieczkę”,

- w 2002 roku zamówiono wykonanie dla członków Koła 50 sztuk firmowych czapeczek,

- w 2003 roku dodrukowano kilka sztuk śpiewnika turystycznego naszego Koła,

- w 2004 roku zakupiono i wyposażono dla potrzeb wycieczek organizowanych przez nasze Koło apteczkę pierwszej pomocy

- podczas 4 lat upływającej kadencji, liczba członków Koła wzrosła z 31 do 57 osób.

Sprawozdanie z działalności Komisji Rewizyjnej Koła wraz z wnioskiem o udzielenie absolutorium ustępującym władzom Koła przedstawiła jej Prezes Elżbieta Smardz – Frankowska. Walne Zebranie podjęło jednogłośnie uchwałę udzielającą absolutorium ustępującym władzom Koła. Na wniosek prowadzącego obrady, zgodnie z Ordynacją Wyborczą, obowiązki Komisji Uchwał i Wniosków jednogłośnie powierzono Prezydium Obrad. Następnie przedstawiono uczestnikom zebrania wnioski złożone przed obradami do rozpatrzenia przez Walne Zebranie, ponieważ z sali nie zgłoszono kolejnych, przystąpiono do głosowania zgłoszonych wniosków. Przyjęto je w formie Uchwały w sprawie kierunków działań Władz Koła na najbliższą kadencję. Z ciekawszych wniosków można wymienić: w sprawie opracowania i wydania nowego śpiewnika, dostosowując repertuar do oczekiwań członków Koła, wykonanie kolejnych czapeczek firmowych Koła dla nowych członków, comiesięcznych spotkań członków Koła w każdą pierwszą środę miesiąca o godz. 1730 w kawiarni „Alchemik”, organizacji zebrań członków Koła pod koniec każdego roku w celu zatwierdzenia programu imprez na rok następny, w sprawie przypadającej podczas rozpoczynającej się kadencji 10 rocznicy powstania naszego Koła i jej obchodach. Następnie Walne Zebranie zatwierdziło liczebność nowo wybieranych władz Koła: Zarząd 5 osób, Komisja Rewizyjna 3 osoby. Obowiązki Komisji Wyborczej na wniosek prowadzącego jednomyślnie powierzono Prezydium Obrad. Przedstawiono uczestnikom zebrania zgłoszonych kandydatów do władz Koła oraz na delegatów na Zjazd Oddziału, ponieważ z sali nie zgłoszono kolejnych, Komisja Wyborcza sporządziła listy kandydatów, które zostały jednomyślnie zatwierdzone przez Walne Zebranie. Kolejnym punktem obrad był wybór Komisji Skrutacyjnej, ustępujący Zarząd zaproponował następujący jej skład: Przewodniczący: Aleksander Dulęba, Członkowie: Dorota Kubicz i Aleksandra Siadek. Walne Zebranie jednomyślnie zaakceptowało ww. skład Komisji Skrutacyjnej. Komisja przystąpiła do sporządzania kart do głosowania, w tym czasie ogłoszono przerwę w obradach, spora część uczestników nie wytrzymała do końca obrad i wylądowała przy barze, skąd po przerwie trzeba było długo ich nawoływać. Komisja Skrutacyjna rozdała uprawnionym po komplecie kart do głosowania, następnie zebrała do urny wypełnione karty, po czym udała się w ustronne miejsce w celu obliczenia wyników głosowania i sporządzenia protokołu. Ponieważ chwilę to trwało, prowadzący obrady postanowili w tym czasie rozpocząć drugą, mniej oficjalną część zebrania: biesiadę ze śpiewami przy gitarze i małym jasnym zakąszanym paluszkami, orzeszkami i chipsami. Po podliczeniu głosów, Przewodniczący Komisji Skrutacyjnej ogłosił wyniki wyborów. Po ogłoszeniu wyników Zarząd i Komisja Rewizyjna w obecności członków Komisji Skrutacyjnej odbyły swoje zebrania konstytuujące. Po nich ogłoszono skład i funkcje w nowo wybranych Władzach Koła:

Zarząd Koła: Delegaci na Zjazd Oddziału:

Prezes: Jacek Szczebak Elżbieta Baniak

Wiceprezes: Paweł Molczyk Edyta Kaczor

Wiceprezes: Wacław Krupski Jan Kocoł

Członek: Jan Kaczor Michał Korpacki

Członek: Roman Romaniszyn Wacław Krupski

 Paweł Molczyk

Komisja Rewizyjna Koła: Artur Rajewicz

Prezes: Artur Rajewicz Roman Romaniszyn

Wiceprezes: Janusz Siembab Jacek Szczebak

Członek: Janusz Mikuła

Na tym zakończono część oficjalną obrad Walnego Zebrania – ta nieoficjalna trwała jeszcze do późnych godzin wieczornych. Po uzupełnieniu dokumentacji oraz wypełnieniu przez delegatów zaświadczeń wyboru delegata na Zjazd Oddziału zgodnie z Ordynacją wyborczą, przekazano dokumentację do biura naszego Oddziału PTTK.

Rok 2005

Nie siedź w domu, chodź z nami na wycieczkę”

WYCIECZKA W BESKID SĄDECKI I PIENINY

12 – 13 luty 2005 roku.

 Pierwszą tegoroczną wycieczkę w kameralnym gronie, przejazdami PKS-em i noclegami w schronisku, zaplanowaliśmy jeszcze w okresie zimowym, jest bowiem spore zainteresowanie właśnie zimowym dreptaniem po śniegu i pewnie stanie się to tradycją naszego Koła.

 Zebraliśmy się na dworcu PKS w Tarnowie w sobotę 12 lutego o godz. 700. Wyjechaliśmy o godz. 715 autobusem do Nowego Sącza gdzie przesiadka o godz. 900 na autobus do Tylmanowej – Rzeki. Trzeba przypomnieć, że luty w tym roku był dość śnieżny, w Tarnowie leżało kilkadziesiąt cm śniegu, tu w Tylmanowej było go dużo więcej, zaś na szczytach ponad metr. Mieliśmy nadzieję, że śnieg będzie dobry do chodzenia; zleżały i twardy. Ale tak dobrze to nie było, całe szczęście że kilka dni wcześniej większość naszej trasy była przejechana skuterami śnieżnymi i jako tako dało się przejść. Z Tylmanowej – Rzeki wyszliśmy zielonym szlakiem, wpierw wśród zabudowań, następnie zalesionym grzbietem z malowniczymi polankami w kierunku Jaworzynki (936 m.) i Błyszcza (945 m.). Na jednej z nich pierwszy odpoczynek na chwilę oddechu i mały posiłek, kolejny odpoczynek pod szczytem Jaworzynki. Odtąd szliśmy żółtym szlakiem bardzo ładnie poprowadzonym odkrytym grzbietem w kierunku Dzwonkówki. Tu grupa dość mocno się rozciągnęła, gdyż jednemu z uczestników przydarzyła się drobna kontuzja nogi. Mimo tego podejście na Dzwonkówkę (983 m.) udało się pokonać „z marszu”. Tutaj również odpoczynek i w dalszym ciągu żółtym szlakiem, niestety nieprzetartym, przejście grzbietem na miejsce noclegu: do schroniska PTTK „pod Bereśnikiem”. Ostatni z nas doszli tu, a właściwie zjechali – gdyż ostatnie metry szlaku są bardzo strome – gdy niebo już ciemniało. W planach mieliśmy jeszcze na dziś ognisko z pieczeniem kiełbasy, obok schroniska jest nawet zagospodarowane zadaszone miejsce ogniskowe. Dzisiejsza trasa i dość trudne warunki śniegowe dały wszystkim nam mocno się we znaki. Dlatego też, za zgodą gospodarzy schroniska, po rozkwaterowaniu uczestników w pokojach, urządziliśmy sobie w schroniskowej jadalni biesiadę przy gitarze, małym jasnym i kiełbasie upieczonej na patelni w kuchni schroniskowej. Humory podczas biesiady dopisywały nam wszystkim, bawiliśmy się do godz. 2200, później przenieśliśmy się do pokoi na nocny odpoczynek.

 Poranek przywitał nas nie najgorszą pogodą, co prawda było znaczne zachmurzenie, lecz chmury były wysoko a powietrze przejrzyste – mogliśmy podziwiać sprzed schroniska wspaniałą panoramę Tatr i Pienin. Była to już druga nasza wycieczka na Bereśnik i tak jak poprzednio, również tym razem drugi dzień odbiegał od wcześniejszych planów. Tym razem na drugi dzień mieliśmy zaplanowane zejście do Szczawnicy i po mszy św. wyjazd do Krościenka skąd wyjście na Trzy Korony z trzema wariantami zejścia do Krościenka. Postanowiliśmy, że do Szczawnicy zejdziemy na mszę nie o godz. 800 lecz na 930; wczorajsze dreptanie w kopnym śniegu, a może i biesiadę, odczuwaliśmy jeszcze rano. Wyszliśmy tuż po 800 wpierw torując sobie drogę na Bryjarkę (679 m.), tu pod krzyżem górującym nad Szczawnicą odpoczynek na omówienie panoramy oraz ciekawostki geologicznej jaką stanowi szczyt Bryjarki. Z Bryjarki już przetartą ścieżką, później wśród zabudowań zeszliśmy pod kościół w Szczawnicy w sam raz na mszę św. Po niej podzieliliśmy się na dwie grupy. Ci, którzy mieli już serdecznie dość wędrowania po zaśnieżonych szczytach, poszli na spacer do słowackiej Leśnicy na małe jasne. Pozostali (11 osób) też bardzo relaksowo postanowili wyjechać wyciągiem krzesełkowym na miejscową górę narciarzy – Palenicę (719 m.). Tu zabawiliśmy troszkę na „małym jasnym” w „szałasie”, następnie, co nie było łatwe ze względu na narciarzy, przeszliśmy na graniczny szczyt Szafranówki (742 m.), skąd wzdłuż granicy zeszliśmy zaliczając klasyczne „dupozjazdy” , początkowo bardzo stromym niebieskim szlakiem do schroniska PTTK „Orlica” nad Dunajcem w Szczawnicy Niżnej, z końcowym wariantem bez szlaku, za to przetartą skuterem śnieżnym przez Straż Graniczną, ścieżką. Tu planowaliśmy zjeść obiad, lecz co nas niemiło zaskoczyło, schronisko zastaliśmy zamknięte na cztery spusty. Po krótkim odpoczynku wykorzystanym na spożycie pustych kalorii, przeszliśmy do centrum Szczawnicy, gdzie w oczekiwaniu na pozostałych uczestników powracających z Leśnicy i na autobus, zahaczyliśmy na obiad na pięterku jednej z restauracji obok dworca PKS. Tu był czas na posiłek i napitek. O godz. 1600 już całą grupą poszliśmy na dworzec, skąd o 1620 wyjechaliśmy autobusem PKS do Nowego Sącza. Podczas przejazdu przydarzył się nam niezbyt przyjemny incydent z niewielką grupką Romów. Gdy zorientowali się że jesteśmy z Tarnowa i znamy Ondrasza, a do tego jest nas prawie pół autobusu, szybko nas przepraszali. W Nowym Sączu ponad godzinne oczekiwanie i o 1850 wyjazd do Tarnowa, gdzie dotarliśmy już bez większych przygód tuż przed godz. 2040.

 Rozpoczynająca rok wycieczka była dość udana, gdyby nie nadmiar śniegu byłoby super, pogoda w sam raz do chodzenia, uczestnicy dopisali zarówno pod względem towarzyskim jak i frekwencji; było nas 18 osób, co jak na ten rodzaj wycieczek jest dość dobrym wynikiem. Wycieczkę zorganizował i prowadził Jacek Szczebak, na szlakach (i nie tylko) pomagało mu szerokie grono Przewodników Beskidzkich uczestniczących w wycieczce: Ula Kocik, Olek Dulęba, Wacek Krupski i Paweł Molczyk.

ZJAZD ODDZIAŁU PTTK PRZY ZAKŁADACH AZOTOWYCH W TARNOWIE MOŚCICACH 30 marca 2005 roku.

 W środę 30 marca br. w sali konferencyjnej „Kasyna” P.H.G. „Mościce” odbył się Zjazd naszego Oddziału PTTK. Koło nasze było bardzo licznie reprezentowane przez dziewięcioro delegatów: Elżbietę Baniak, Edytę Kaczor, Jana Kocoła, Michała Korpackiego, Wacława Krupskiego, Pawła Molczyka, Artura Rajewicza, Romana Romaniszyna oraz Jacka Szczebaka. Ponadto jako goście byli zaproszeni z naszego Koła: Jan Kaczor, Henryk Konieczny i Stanisław Wal.

 Obrady rozpoczął Prezes Zarządu Oddziału Kol. Stanisław Rygiel, po stwierdzeniu prawomocności obrad, Prezes przedstawił sprawozdanie z działalności Oddziału za mijającą kadencję, w którym znalazło się sporo ciepłych słów doceniających działalność naszego Koła – podczas ostatnich czterech lat zorganizowaliśmy najwięcej imprez turystycznych wśród kół działających w naszym Oddziale. Znalazło to również odbicie podczas następnej części uroczystości: wręczania dyplomów i nagród. Za swą pracę społeczną nagrodzeni dyplomami Oddziału zostali: Elżbieta Baniak i Artur Rajewicz oraz Honorową Odznaką Oddziału: Jan Kaczor i Paweł Molczyk. Do wyróżnień tych otrzymali Oni również nagrody książkowe o tematyce turystycznej. Ponadto za swą pracę na rzecz rozwoju Oddziału oraz zaangażowanie na rzecz naboru nowych członków PTTK podziękowanie otrzymał Jacek Szczebak.

 Skoro zostaliśmy już nagrodzeni, nadszedł czas na coś od nas. Członkowie naszego Koła wykonali społecznie pięknie haftowaną dwustronną flagę Oddziału ze składanym drzewcem. W imieniu Koła przekazaliśmy ją na ręce Prezesa Zarządu Oddziału wraz z okolicznościową notą.

Po przyjemnościach nadszedł czas zajęcia się sprawami dla których został zwołany Zjazd. W pierwszej kolejności dyskutowaliśmy nad projektem Statutu naszego Oddziału – wcześniej zapoznali się z nim wszyscy delegaci Kół. Wniesiono kilkanaście poprawek i po dyskusji zostały one w większości przyjęte, po czym uchwalono jednolity tekst Statutu naszego Oddziału. W dalszej części obrad miała miejsce dyskusja nad problemami przesłanymi przez Komisje: Statutową i Programową Komitetu Organizacyjnego XVI Zjazd PTTK, oraz nad działalnością Oddziału podczas najbliższej kadencji jak i nad postulatami do przekazania przez naszych delegatów na Regionalną Konferencję Oddziałów PTTK – czuwała nad tym Komisja Uchwał i Wniosków.

Skoro już ustalono program i kierunki działania na najbliższą kadencję, nadszedł czas na wybór ludzi którzy będą je realizować, czyli Władze Oddziału. Postanowiono wybrać dziesięcioosobowy Zarząd Oddziału, trzyosobową Oddziałową Komisję Rewizyjną oraz pięcioosobowy Oddziałowy Sąd Koleżeński. Ponadto wybierano dwoje delegatów na Regionalną Konferencję Oddziałów PTTK. Po głosowaniu tajnym nastąpiła przerwa na podliczenie głosów przez Komisję Skrutacyjną. Po ogłoszeniu wyników, nowo wybrane władze Oddziału odbyły swoje zebrania konstytuujące. Prezesem Zarządu Oddziału został ponownie wybrany Stanisław Rygiel, Wiceprezesami zostali: Janina Gulińska oraz Jan Knapik, Sekretarzem Zarządu Oddziału wybrano Urszulę Kocik. W skład Zarządu Oddziału jako jego członkowie weszli dwaj przedstawiciele naszego Koła: Wacław Krupski oraz Jacek Szczebak, który ponadto, wraz z Urszulą kocik będzie reprezentował nasz Oddział na Regionalnej Konferencji Oddziałów PTTK Województwa Małopolskiego. Na tym obrady Zjazdu Oddziału zostały zakończone.

Informacje o Zjeździe naszego Oddziału PTTK publikowane były w naszych zakładowych mediach (biuletyn „Tarnowskie Azoty”), oraz w lokalnym tygodniku „TEMI”.

 

Temi 20 kwietnia 2005.

Polsce służymy i służyć będziemy

30 marca w Mościcach odbył się Zjazd Oddziału PTTK „AZOTY” podsumowujący jego czteroletnią pracę. Prezesem ponownie został Stanisław Rygiel.

Zjazd sprawozdawczo-wyborczy podsumował pracę za lata 2001 –2004 Oddziału PTTK „AZOTY”, który w przyszłym roku obchodził będzie jubileusz 40 lat działalności –Misją towarzystwa jest „Polsce służymy i służyć będziemy” – powiedział Stanisław Rygiel, prezes Oddziału. – To motto przyświeca naszej działalności. Oddział liczy obecnie 243 członków. W okresie sprawozdawczym zorganizowano 191 imprez turystycznych w których wzięło udział 8,5 tys. osób. Przy Oddziale istnieje

8 kół zakładowych oraz Klub Górski „Karpaty”. Koło Nr 17 – Elektryczny, któremu szefuje Jacek Szczebak, w okresie sprawozdawczym zorganizowało 32 wycieczki, nie tylko jednodniowe; delegacja Koła nr 17 swemu Oddziałowi podarowała na Zjeździe wyhaftowany sztandar z flagą PTTK. Obecnie w Oddziale jest 12 przewodników uprawnionych do prowadzenia wycieczek w góry. Zjazd zakończono wyborami na następną kadencję; wszyscy delegaci w wyborach do Zarządu jednogłośnie poparli Stanisława Rygla, a po ukonstytuowaniu się Zarząd ponownie powierzył mu obowiązki prezesa Oddziału.

TD

 

BIULETYN TARNOWSKIE AZOTY – NR 8 (2008)

Wspaniały klimat dla aktywności PTTK – w ZAT S.A.

PTTK Azoty po wyborach

Ponad 200 imprez, prawie 2000 uczestniczących w nich osób, kilometry wspólnego wędrowania, godziny spędzone na szlakach – tak można by podsumować minione cztery lata działalności PTTK Azoty. Nie sposób nie wspomnieć o wyjątkowej atmosferze i wszechobecnej sympatii, towarzyszącej wszystkim inicjatywom PTTK Azoty.

Spotkanie sprawozdawczo wyborcze PTTK Azoty odbyło się 30 marca w PHG Mościce. Wzięli w nim udział przedstawicie-

le ośmiu kół PTTK skupionych przy ZAT S.A., Zarząd Koła i przedstawiciele Klubu Górskiego „Karpaty”. Spotkanie przyniosło podsumowanie minionych 4 lat, uchwalono nowy statut, dokonano wyboru nowego Zarządu i określono plany Towarzystwa na przyszłość. Zjazdy tego typu – mówi Stanisław Rygiel prezes PTTK Azoty, dyrektor Centrum Kaprolaktamu w ZAT S.A. – poza omówieniem spraw bieżących, mają na celu określenie nowych celów, obranie nowej ścieżki dla naszej organizacji. Szczególnie liczymy tutaj na młodszych członków. Są nam potrzebne ich pomysły,

 

świeże spojrzenie na problemy i ich własna odważna inicjatywa. Wydaje mi się, że przy Zakładach Azotowych mamy wspaniały klimat do rozwijania swojej aktywności, do organizowania imprez, wycieczek, spotkań.

W wydarzeniach organizowanych przez PTTK Azoty biorą udział byli i obecni pracownicy naszej Firmy, często wraz z rodzinami. Podane w sprawozdaniu liczby: blisko 2000 uczestników, ponad 200 imprez – robią wrażenie. Jest to spora działka, którą udało nam się zagospodarować - dodaje prezes Rygiel – i to w czasach, kiedy wielu ludzi woli skorzystać np. z wczasów. W naszej działalności staramy się dostosowywać do potrzeb naszych członków. Jesteśmy kreatywni i sądzę, że jako azotowy PTTK mamy pomysły i energię na kolejne co najmniej 4 lata.

Redakcja „TA” składa serdeczne gratulacje nowo wybranemu Zarządowi i życzy owocnej pracy w Kole PTTK Azoty. (ŁB)

Wypowiedzi uczestników spotkania:

- Członkiem PTTK jestem od 1970 r., działam w kole przy Spółce Automatyka. Organizujemy kilka imprez w ciągu roku. Członkostwo w PTTK zaczęło się od miłości do gór, to była moja prawdziwa pasja, kiedyś nawet trochę się wspinałem. Poza tym zajmuję się szeroko pojętym krajoznawstwem. Jestem przewodnikiem turystycznym, więc PTTK jest mi bardzo bliski.

- Turystykę uprawiałem od zawsze, we wczesnych latach 50 chodziłem po Tatrach, następnie duży kawałek życia był związany z turystyką. Jest to jedno z najpiękniejszych hobby, jakie możn mieć. Poznawanie kraju z jednej strony, a z drugiej strony uprawianie sportu, tym bardziej, że uprawiam turystykę narciarską i kajakową, ale przede wszystkim górską. Jest to pasja dla wszystkich, obawiam się, że obecnie ulega osłabieniu, ale według mnie tradycje turystyki powrócą i to w silnej formie

- Moja pasja, chodzenie po górach rozpoczęła się bardzo wcześnie. W wieku 16 lat bardzo często i bardzo aktywnie uczestniczyłem we wszelkiego rodzaju wyjazdach, a potem już jako pracownik ZAT S.A. zostałem członkiem PTTK Azoty, zacząłem aktywnie działać, zaowocowało to nawet założeniem Koła, które obecnie działa bardzo prężnie – nr 17, Elektryczny. Mam nadzieję, że działalność naszego Koła będzie się rozwijała nadal tak prężnie jak do tej pory. Najbliższy wyjazd planujemy na 24 kwietnia, na Pogórze Wielickie, będziemy zwiedzać Zamek w Wiśniczu, Lipnicę Murowaną, a potem tradycyjne ognisko.

WYCIECZKA PO POGÓRZU WIELICKIM

24 kwietnia 2005 roku.

 Pierwszą tegoroczną jednodniową wycieczkę autokarową zaplanowaliśmy w Pogórzu Wielickim, obfitującym w ciekawostki krajoznawcze, oraz niezbyt wyczerpujące, acz ciekawe trasy piesze – w sam raz na rozpoczęcie sezonu. Z Tarnowa wyjechaliśmy o godz. 715 przez Melsztyn i Tymową do pięknej miejscowości o wielu zabytkach i ciekawej historii – Lipnicy Murowanej. Tu byliśmy umówieni wcześniej z księdzem proboszczem tutejszej parafii na zwiedzanie lipnickich zabytkowych kościołów. Wpierw udaliśmy się do najstarszej świątyni: gotyckiego, murowanego kościoła parafialnego p.w. św. Andrzeja z 1364 roku. Ksiądz Zbigniew (proboszcz) – pochodzący zresztą z podtarnowskich Zgłobic – po powitaniu, opowiedział nam o historii powstania kościoła, jego przebudowach po pożarach oraz pokazał nam najciekawsze zabytkowe wyposażenie świątyni, w tym najstarszą w Małopolsce, a być może w całym kraju, drewnianą figurę Madonny, którą po niedawnej konserwacji przez krakowskich specjalistów, ustawiono na honorowym miejscu w ołtarzu bocznej kaplicy kościoła. Po krótkiej modlitwie przed Madonną przeszliśmy do najbardziej znanego zabytku Lipnicy Murowanej: drewnianego kościółka gotyckiego p.w. św. Leonarda z przełomu XV i XVI wieku. Sam fakt, że niedawno został on wpisany na listę dziedzictwa kulturowego UNESCO świadczy o jego oryginalności i wartości jako zabytku architektury drewnianej. Jest on malowniczo położony wśród wiekowych dębów – które same są pomnikami przyrody – na cmentarzu parafialnym nad niewielką, ale bardzo groźną rzeczką Uszwicą. Ksiądz Zbigniew opowiedział nam w jak cudowny sposób kościółek ten został uratowany podczas powodzi stulecia w 1997 roku; mieszkańcy Lipnicy w ostatniej chwili zdążyli przywiązać go linami do otaczających go dębów i tylko dzięki temu wylewająca Uszwica nie porwała świątyni, choć sama konstrukcja, a w szczególności podmurówka kościoła uległy zniszczeniu – woda sięgała powyżej zadaszonych sobót, czyli na wysokość 2,5 – 3 metrów. Świątynia ta ma konstrukcję zrębową krytą gontem, jest trójdzielna, do tego wokół świątyni przylegają zadaszone soboty, czyli coś w rodzaju podcieni – pełniły one funkcję schronienia dla pielgrzymów oczekujących na otwarcie kościoła. Wnętrze świątyni to przykład pięknego średniowiecznego wyposażenia sakralnego. Najcenniejsza jest oryginalna! (nie poprawiana) polichromia na ścianach i suficie kościoła – pomimo 500 lat bardzo wyraźna. Ołtarze: główny i dwa boczne zawierają tryptyki ze scenami z życia patrona świątyni św. Leonarda, oraz przedstawiający scenę Adoracji Dzieciątka i związane ze św. Mikołajem. Obecnie w świątyni znajdują się jedynie ich współczesne kopie – oryginały ze względu na zagrożenie kradzieżą zostały przeniesione do Muzeum Diecezjalnego w Tarnowie. Inną historyczną ciekawostką jest słup z wizerunkiem światowida, pochodzący jeszcze z czasów pogańskich, na którym opiera się ołtarz główny. Na koniec ksiądz Zbigniew opowiedział nam o unikalnym zabytku będącym na wyposażeniu świątyni czyli o organach szafkowych – jest to jedyny sprawny instrument tego rodzaju w Polsce. Ponieważ ksiądz proboszcz spieszył się na kazanie, my już sami powróciliśmy na Rynek, po drodze oglądając trzecią z lipnickich świątyń – kościół p.w. bł. Szymona z Lipnicy z XVIII wieku, oraz piękny pomnik założyciela Lipnicy – króla Władysława Łokietka. Na Rynku obejrzeliśmy też zabytkowe domy mieszczańskie z XVIII i XIX wieku oraz pomnik bł. Szymona z Lipnicy.

 Z Lipnicy Murowanej przejechaliśmy do Nowego Wiśnicza – tutaj kolejna atrakcja – zamek Lubomirskich. Zwiedzaliśmy go w dwóch grupach z miejscowymi przewodniczkami. Wysłuchaliśmy legend i historii o powstaniu zamku wybudowanego przez ród Kmitów w XV wieku, który za panowania marszałka koronnego i wojewody krakowskiego Piotra Kmity w wieku XVI osiągnął swój największy rozkwit – słynął z przyjęć które urządzał tu Kmita na cześć królowej Bony. W 1550 roku odwiedziła zamek Barbara Radziwiłłówna, której podobno właśnie tutaj miano podać truciznę. Od 1553 roku przez 40 lat zamek należał do Stanisława Barzego herbu Korczak, a następnie sprzedano go Lubomirskim. 8 czerwca 1616 roku Stanisław Lubomirski otrzymał od Zygmunta Augusta zgodę na założenie miasta Wiśnicz. W 1620 roku stanęły kościół i ratusz, a w 1635 roku ukończono budowę klasztoru i kościoła Karmelitów Bosych nieopodal wzgórza zamkowego. Większość prac wykonali jeńcy tureccy i tatarscy dostarczeni do Wiśnicza po zwycięskiej bitwie Lubomirskiego pod Chocimiem. Równocześnie w latach 1616 – 21 zamek Kmitów przekształcił Lubomirski we wspaniałą renesansowo – barokową rezydencję magnacką, przepychem i wystrojem dorównującą krakowskiemu Wawelowi. Najazd Szwedów powoduje zniszczenia zarówno miasta Wiśnicza jak też zamku. Szwedzkie oddziały w dniu 2.X.1655 roku doszczętnie ograbiły wyposażenie zamku i jego przebogate zbiory. Wraz z 35 armatami zostały one wywiezione z Wiśnicza na 150 wozach. Po kilku miesiącach szwedzkiej okupacji zamek i miasto oswobodziły oddziały chłopów, którym przewodził Gabriel Woyniłłowicz. Zamek zamieszkały jeszcze do XVIII wieku stopniowo popadał w ruinę. W 1873 roku po kasacie klasztoru Karmelitów, Austriacy przekształcili go w ciężkie więzienie. 3.VII.1863 roku cały Wiśnicz zniszczony został wielkim pożarem, z dymem poszło 400 domów, kościół z plebanią, ratusz i dwie synagogi. Po II wojnie światowej wiśnicki zamek był w kompletnej ruinie. Pod koniec lat 40-tych XX wieku podjęto prace rekonstrukcyjne i remontowe które trwają po dzień dzisiejszy, chociaż obecnie zostały wstrzymane ze względu na wyjaśnienie kwestii własności – o zamek upominają się potomkowie rodu Lubomirskich.

 Z Nowego Wiśnicza przejechaliśmy do pobliskiej Żegociny. Stąd rozpoczęliśmy naszą pieszą wędrówkę zielonym szlakiem początkowo dość stromo, a następnie łagodnie przez las wspinając się na Łopusze Zachodnie (661 m.). Stamtąd szlakiem niebieskim w kierunku Łopusza Wschodniego (612 m.), po drodze na pięknej widokowej polanie zrobiliśmy dłuższy odpoczynek na drugie śniadanie, po nim zeszliśmy do Rajbrotu niebieskim szlakiem. W tej malowniczo położonej wsi oglądnęliśmy drewniany gotycki kościółek z 1520 roku z pięknym barokowym wyposażeniem i wyruszyliśmy nadal niebieskim szlakiem w kierunku wzniesienia Paprotna (460 m.). Tutaj znajduje się skalno leśny pomnik przyrody „Kamienie Brodzińskiego”. Są to wychodnie z piaskowca ciężkowickiego uformowane przez procesy erozyjne w fantastyczne kształty. Nadając tym skałom imię Kazimierza Brodzińskiego uczczono pamięć tego znanego poety, który urodził się w pobliskiej Królówce, zaś chodził do szkoły w Lipnicy Murowanej. Po krótkim odpoczynku zeszliśmy na pobliski parking obok zajazdu „Pod Kamieniem” w Lipnicy Górnej. Tutaj dzięki życzliwości właściciela zajazdu, na udostępnionym przez niego grillu upiekliśmy kiełbasę, rewanżując się częstym korzystaniem z dobrodziejstw tutejszego baru. Po imprezie powrót autokarem do Tarnowa, gdzie dotarliśmy ok. godz. 1900.

 Pogoda nam dopisała, były świetne warunki do wędrowania, gorzej natomiast było z frekwencją: na zgłoszonych 54 uczestników, 13 osób nie przyszło na miejsce odjazdu, stąd było nas tylko 41 osób. Wycieczkę zorganizowali i prowadzili: Paweł Molczyk i Jacek Szczebak.



Wycieczka  w Pieniny dla pracowników Centrum Elektrociepłowni ZAT. S.A. 

15 maja 2005 roku

            Koło nasze, od zarania swych dziejów, działa w środowisku elektryków pracujących w Zakładach Azotowych w Tarnowie – Mościcach. Pracują Oni w dwóch „firmach”: Centrum Elektrociepłowni oraz w Spółce „Elzat”. Skoro tak, to grzechem byłoby niezorganizowanie imprezy turystycznej integrującej pracowników tych firm – niekoniecznie będących aktywnymi turystami i członkami PTTK – szkoda, że tak długo dojrzewaliśmy do zaproponowania takich imprez. Ale w końcu stało się i w tegorocznym planie wycieczek przewidzieliśmy – a jakże by inaczej – górską wycieczkę, dla pracowników Centrum EC. I jak widać po zainteresowaniu nią, był to „strzał w dziesiątkę”. Co prawda na początku chętnych było prawie na dwa autokary, lecz jak to bywa z imprezami tego typu, tuż przed samym wyjazdem było tylko – nie!, nie tylko, lecz aż! – 40 osób, pracowników Centrum EC wraz z rodzinami – chętnych do wspólnego „integrowania się” poprzez wędrówkę górską. Dobraliśmy jeszcze 9 osób (członków naszego Koła, oraz Koła nr 15 „Kapro”), aby wykorzystać puste miejsca w autokarze, i tym samym osiągnęliśmy piękny wynik: 49 osób na pierwszej tego typu wycieczce.

            Z Tarnowa wyjechaliśmy o godz. 715 i już na początku pierwsza niespodzianka – jeden z uczestników, wraz ze swymi dwoma synami bliźniakami, spóźnił się na busa do Tarnowa, i musieliśmy po nich jechać do Sufczyna. Dalej przez Melsztyn, Czchów, Nowy Sącz i Łącko dojechaliśmy do Krościenka. Stąd wyruszyliśmy na trasę pieszą żółtym szlakiem w kierunku Przeł. Szopka; pierwszy odpoczynek przy granicy Pienińskiego Parku Narodowego, następny – dłuższy i z posiłkiem na Polanie Limierczyki. Stąd szlakiem niebieskim wyszliśmy na Zamkową Górę (799 m.); znajdują się tutaj pozostałości Zamku Pienińskiego w którym wg legendy schroniła się przed najazdem tatarskim św. Kinga – właścicielka dóbr starosądeckich. Tutaj też dłuższy popas, a następnie przejście przez Polanę Kosarzyska i dalej mozolnym podejściem na Trzy Korony. Przed wejściem na sam główny wierzchołek – Okrąglicę (982 m.) – odpoczynek na ławeczkach w miejscu sprzedaży biletów wstępu na szczyt. Samo nań wejście odbywa się w małych grupkach po niedawno wybudowanych metalowych pomostach z barierkami, co do złudzenia przypominało poruszanie się po instalacjach chemicznych na naszym zakładzie. Niestety, przy tak dużym natężeniu ruchu turystycznego, są one niezbędne – bez nich turyści rozdeptaliby ścieżkę prowadzącą na szczyt. Na samym szczycie nie było zbyt wielu atrakcji widokowych – zachmurzenie pozwalało tylko na zobaczenie okolic do Czerwonego Klasztoru oraz Pienin Czorsztyńskich. Po zejściu ze szczytu wszystkich uczestników krótki popas i zejście nadal niebieskim szlakiem na Przełęcz Szopka (779 m.). Stąd, po zebraniu całej grupy, zejście żółtym szlakiem, wpierw dość stromo, a dalej bardzo malowniczym Wąwozem Sobczańskim do Sromowiec Niżnych. Tutaj kolejny odpoczynek przy pawilonie wystawowym Pienińskiego Parku Narodowego. Zobaczyliśmy tu ciekawą ekspozycję przedstawiającą florę i faunę pienińską oraz elementy kultury ludowej. Jednak największe zainteresowanie wzbudziła pięknie wykonana plastyczna mapa Pienin. Po krótkiej sesji fotograficznej zeszliśmy na parking w Sromowcach Niżnych, gdzie był czas wolny na posiłek i napitek. Ze Sromowców wyjechaliśmy autokarem do Niedzicy; tutaj kolejna atrakcja krajoznawcza – zwiedzanie niedzickiego zamku. Oprowadziła nas po nim miejscowa przewodniczka, opowiadając o historii Spisza, zamku i związanych z nim legend. Oglądnęliśmy tu również ekspozycję związaną z dziejami zamku i ziemi spiskiej oraz z etnografią i tutejszą przyrodą. Na tarasie zamku był czas na podziwianie ciekawych panoram na Pieniny Spiskie i Czorsztyńskie, Gorce i Zalew Czorsztyński wraz z zaporą i widocznym po drugiej stronie zamkiem Czorsztyn, oraz na wysłuchanie ciekawej i intrygującej legendy – historii związanej z niedzickim zamkiem tzw. „Testamentu Inków” Z Niedzicy wyruszyliśmy autokarem w kierunku Starego Sącza na zarezerwowane przez nas wcześniej miejsce, gdzie odbyła się – w pełni tego słowa znaczeniu – impreza integracyjna, z pieczeniem kiełbasy i śpiewami przy gitarze, oraz przy beczce piwa „Okocim” – której sponsorem był Dyrektor Centrum Elektrociepłowni. Impreza – trzeba przyznać trochę spontaniczna – udała się nam wspaniale. Szczególnie zasłużył się na niej członek naszego Koła nie związany formalnie ze środowiskiem elektryków ZAT, nasz niezmordowany gitarzysta i wokalista Staszek, który swym repertuarem potrafi w znakomity sposób rozruszać nawet najbardziej nieimprezowe towarzystwo. W pewnym momencie naszej „integracji” padło hasło: „koniec piwa” – a nam wydawało się, że beczka nie ma dna. Niestety był to fakt dokonany i trzeba było powoli kończyć tak pięknie rozpoczętą integrację. Ale tak szybko to my się nie poddajemy – „integracja” przeniosła się, wraz ze śpiewami do autokaru i wracając do Tarnowa byliśmy typowym przykładem tzw. „wesołego autobusu”. W Tarnowie byliśmy ok. godz. 2100.

            Podsumowując tę integracyjną imprezę trzeba zaznaczyć, że pomimo groźnie brzmiących prognoz, pogoda była całkiem niezła. Co prawda na trasie było dość spore zachmurzenie, ale nie padało, zaś po południu przy ognisku świeciło już słońce. W wycieczce naszej wzięło udział 49 osób, a zorganizowali ją i prowadzili: Olek Dulęba i Jacek Szczebak przy dużej pomocy organizacyjnej Romka Romaniszyna.
 
WYCIECZKA W BESKID WYSPOWY
22 maja 2005 roku.

            Tak, proszę szanownych czytelników, ta data to nie pomyłka. Już tydzień po wycieczce w Pieniny, która była imprezą wybitnie środowiskowo – integracyjną, nasze Koło zaplanowało i zorganizowało kolejną „jednodniówkę” – tym razem normalną, ogólnodostępną. Planując kalendarz imprez na ten rok, wybraliśmy Beskid Wyspowy, nie mając jeszcze wówczas sprecyzowanych bliżej planów, na zasadzie, że coś ciekawego się znajdzie w już dokładnie przez nas poznanym i przedreptanym Beskidzie Wyspowym. Gdy przyszło do realizacji naszych zamierzeń, mieliśmy nie lada problem, gdzie tym razem się udać. Wszak większość wybitnych i widokowych szczytów w niedalekiej przeszłości już zaliczyliśmy. A jednak – znaleźliśmy, jak się okazało bardzo ciekawy pod względem zarówno widokowym jak i krajoznawczym „dziewiczy” dla nas obszar: północno wschodni kraniec Beskidu Wyspowego, w okolicach Łukowicy i Przyszowej.

            Z Tarnowa wyjechaliśmy jak zawsze, tuż po godz. 715, przez Wojnicz, Łososinę Dolną i Limanową, wyjechaliśmy na jedną z najwyżej położonych i dostępnych komunikacyjnie przełęczy w Beskidzie Wyspowym – Przełęcz pomiędzy Cichoniem i Ostrą (800 m.). Nie trzeba chyba przypominać – bo jest to już kilkuletnia tradycja naszego Koła, iż wśród uczestników wycieczki rozlosowano wiele nagród w postaci wydawnictw turystycznych (map) związanych z terenem po którym wędrujemy. Z Przełęczy – jeszcze w przyjemnym porannym chłodzie – wyruszyliśmy zielonym szlakiem dość „bystro” w kierunku szczytu Ostrej (925 m.). Jeszcze przed szczytem musieliśmy się zatrzymać, gdyż wszystkim nagle zrobiło się gorąco – to oczywiście wpływ tak stromego podejścia. Po zrzuceniu zbędnego ubioru mieliśmy możliwość oglądnięcia pięknej panoramy na najwyższe szczyty Beskidu Wyspowego – Modyń i Mogielicę oraz majaczące w oddali Tatry. Do szczytu Ostrej szliśmy już w cieniu młodego lasu, za Ostrą – w pobliżu szczytu Jeżowej Wody (895 m.) pierwszy dłuższy odpoczynek z równie piękną panoramą na Beskidy i Tatry. Dalej szliśmy dość mylnym odcinkiem zielonego szlaku w okolicy Młyńczysk, w kierunku Pasma Szkiełka. Z tej trasy rozciągają się naprawdę ładne widoki na równoległe i troszkę wyższe pasemko Klończyka (807 m.) ciągnące się od wybitnej Modyni (1028 m.), oraz na obniżenie Kotliny Sądeckiej i widocznymi za nią wzniesieniami Pogórza Rożnowskiego, Beskidów: Niskiego i Sądeckiego. Pomimo iż na mapie zielony szlak omija szczyt Szkiełka (746 m.), w rzeczywistości (w terenie) jest on poprowadzony na sam szczyt, na którym stoi niedawno postawiony krzyż milenijny – tutaj krótki odpoczynek i zejście, początkowo dość stromo, później łagodniej do widocznej już Łukowicy. Jest to spora wieś gminna i ośrodek sadownictwa bardzo prężnie rozwiniętego w południowo zachodniej części Kotliny Sądeckiej. W Łukowicy zwiedziliśmy ciekawy kościółek p.w. św. Andrzeja z XVII wieku. Jest to budowla drewniana, orientowana o konstrukcji zrębowej z wieżą konstrukcji słupowej. Wnętrze ma ciekawy wystrój w większości barokowo – rokokowy. Po kościółku oprowadził nas miejscowy kościelny, zaś o samej budowli oraz charakterystycznym wystroju opowiedział nam masz przewodnik Wacek. I tak zakończyliśmy pierwszy, wspólny etap naszej wędrówki. Ci z uczestników, którym dotychczasowa trasa w zupełności zaspokoiła turystyczne ambicje, po dłuższym odpoczynku i posiłku wsiedli w autokar i przejechali do niedalekiej wsi Świdnik. Tu obejrzeli – niestety tylko z zewnątrz – piękny XVIII wieczny modrzewiowy dwór szlachecki. Jest on jednym z najcenniejszych przykładów nieobronnego dworu alkierzowego, o wyjątkowo harmonijnych proporcjach i pięknej malowniczej bryle. Ze Świdnika przejechali do Przyszowej, gdzie mogli obejrzeć XIX wieczny dwór rodu Żuk-Skaryszewskich (obecnie zamieszkały przez ich potomków), oraz murowany, neogotycki kościół parafialny o ładnej harmonijnej bryle i ciekawym, nieco surowym wystroju.

            Pozostała część grupy (około połowy uczestników), pomimo coraz większego upału, wyruszyła na dalszą część wędrówki pieszej. Z Łukowicy nadal zielonym szlakiem szliśmy wpierw wśród zabudowań, a następnie dość stromą leśną drogą na Pępkówkę (774 m.). Tu odpoczynek na dojście ostatnich maruderów, gdyż na dość stromym podejściu grupa mocno się rozciągnęła. Z Pępkówki zejście na bardzo malowniczą i widokową przełęcz pomiędzy Pępkówką a Łyżką i dalej zielonym szlakiem na Łyżkę (803 m.). Tutaj kolejny, tym razem dłuższy odpoczynek, gdyż według map i przewodników znajdować się tu powinny ruiny średniowiecznego grodziska – niestety, nijak nie mogliśmy natrafić na te atrakcje. W tym czasie otrzymaliśmy kilka SMS-ów od grupy z Przyszowej, abyśmy się pospieszyli, gdyż wątroby powoli odmawiają im posłuszeństwa. Tak więc nie przedłużając, czym prędzej wyruszyliśmy do Przyszowej, oczywiście, a jakże by inaczej, gubiąc szlak – tym razem czarny i mniej więcej połowę drogi przedreptaliśmy asfaltem zamiast ładnym widokowym grzbietem. W Przyszowej musieliśmy jeszcze uzupełnić płyny, gdyż upał dał nam się mocno we znaki, i już całą grupą udaliśmy się autokarem do pobliskiej wsi Świerkla. Tam kierownik wycieczki ma rodzinę, i dzięki temu tam też znaleźliśmy miejsce na ognisko; na malowniczej łące, wśród pól nad potokiem. Przez cały ten upał, gorąca kiełbasa upieczona na ognisku, nie cieszyła się zbyt dużym powodzeniem, ale przynajmniej nikt z uczestników nie narzekał, że głodny wraca do domu. Po ognisku, w dobrych humorach powrót autokarem do domu.

            W Tarnowie byliśmy po godz. 2030, pogoda dopisała aż za bardzo – szczególnie po południu nieźle nas „przypiekło”. Frekwencja była też niczego sobie, było nas 48 osób. Wycieczkę zorganizował Jacek Szczebak i razem z Wackiem Krupskim czuwali nad jej sprawnym przebiegiem.
 
„XXXIX RAJD ODDZIAŁOWY – BESKID ŻYWIECKI, PASMO BABIOGÓRSKIE”
24 –26 czerwca 2005 roku.

            Na początek wyjaśnienie, skąd wzięła się tak szacowna nazwa naszego Rajdu. Otóż na początku czerwca miał się odbyć Rajd Oddziałowy tradycyjnie już w Sudety, jednak z powodu nikłego zainteresowania nie doszedł on do skutku. Aby nie było przerwy w ciągłości tej imprezy, członkowie naszego Koła zasiadający w Zarządzie Oddziału zaproponowali aby nasza impreza pełniła tą zaszczytną rolę. A przy okazji Zarządu Oddziału; w związku z rezygnacją z funkcji i pracy w Zarządzie jednego z Wiceprezesów, na wakujące miejsce dokooptowano naszego kolegę Prezesa Komisji Rewizyjnej Koła – Artura Rajewicza, zaś funkcję Wiceprezesa Zarządu Oddziału powierzono Prezesowi Zarządu naszego Koła Jackowi Szczebakowi. Tak więc, wraz z Wackiem Krupskim, mamy bardzo mocną reprezentację w dziesięcioosobowym Zarządzie Oddziału.
            Wracając do naszego Rajdu: co prawda na Babiej Górze już byliśmy, jednak jest to miejsce godne dokładniejszego poznania i tym razem całe trzy dni poświęciliśmy na przedreptywanie babiogórskich szlaków.
            Z Tarnowa wyjechaliśmy w piątek 24 czerwca o godz. 715, przez Bochnię, Myślenice i Jordanów do Sidziny na Przełęcz Zubrzycką. Podczas podróży wśród uczestników Rajdu rozlosowano sporo wydawnictw turystycznych związanych z okolicami Babiej Góry. Ostatni odcinek drogi na Przełęcz Zubrzycką (876 m.) pokonaliśmy w dość ślimaczym tempie, a to z powodu stromej drogi ze sporymi ubytkami asfaltowej nawierzchni, i tylko dzięki umiejętnościom i refleksowi naszego kierowcy – pana Kazimierza Bulandy – zawdzięczamy, iż na miejsce dotarliśmy w jednym kawałku. Z malowniczej Przeł. Zubrzyckiej wyruszyliśmy na trasę pieszą: niebieskim szlakiem na Czyrniec (1328 m.). Początkowo szło się nam całkiem dobrze, lecz im wyżej tym bardziej stromo, do tego coraz cieplej – mieliśmy słoneczną, upalną pogodę, lecz najbardziej dały się nam we znaki muchy i bąki, które kąsały nas niemiłosiernie. Dodając do tego sporą ilość wiatrołomów zalegających na szlaku które musieliśmy mozolnie forsować – ten odcinek szlaku, pomimo sporych walorów widokowych spowodowanych odsłonięciem całych połaci stoków przez wymierający las, nie należał do zbytnio atrakcyjnych przejść. Jedyną ciekawostką tego szlaku jest to, że wiedzie on historyczną granicą pomiędzy Orawą i Beskidem Żywieckim, która w czasie II wojny światowej była również granicą pomiędzy Słowacją i Generalną Gubernią – pamiątką po tamtych czasach są słupki graniczne, których kilka udało nam się odnaleźć. Z Czyrńca nadal niebieskim szlakiem, przez głębokie siodło przeszliśmy na Policę (1369 m.). Ten odcinek szlaku wiedzie przez niewysoki młodnik zasadzony na miejscu wymarłego lasu, a atrakcją tej wędrówki były nasze pierwsze widoki na Królową Beskidów: Babią Górę. Na Policy pierwszy dłuższy odpoczynek na dojście maruderów i podziwianie widoków, oraz na omówienie i dyskusję na temat katastrofy samolotu PLL „Lot” An-24 który rozbił się na północnych stokach Policy 2 kwietnia 1969 roku – do dziś nie wyjaśniono dokładnie przyczyn tej tragedii w której zginęły 53 osoby, wśród nich wybitny polski językoznawca, profesor UJ Zenon Klemensiewicz. Jego imieniem nazwano rezerwat leśno – krajobrazowy utworzony w 1972 roku na północnych stokach Policy. Z Policy zejście czerwonym szlakiem, tym razem zdrowym lasem i bez much i bąków do schroniska na Hali Krupowej. Ciekawostką jest fakt, że nazwa schroniska nie oddaje w pełni miejsca jego położenia, gdyż Hala Krupowa znajduje się na południowych stokach pobliskiej Okrąglicy, zaś miejsce na którym stoi schronisko nosi nazwę Sidzińskich Pasionek. Niemniej jednak takie nazewnictwo przyjęło się wśród turystów – i pewnie tak już pozostanie. W schronisku (i przed nim) długi popas na „uzupełnienie elektrolitów”, posiłek, rozmowy itp. Spod schroniska wyruszyliśmy nadal czerwonym szlakiem, lecz zaraz na początku opuściliśmy go, aby zobaczyć kaplicę Matki Bożej Opiekunki Turystów, która stoi na samym szczycie Okrąglicy (1239 m.). Stamtąd powrót na czerwony szlak, który poprowadził nas wschodnią częścią Pasma Policy przez Urwanicę (1106 m.) i Naroże (1076 m.) na Przełęcz Malinowe. Stoi tutaj obelisk ku czci partyzantów z czasów II wojny światowej – co ciekawe, oddaje on cześć wszystkim walczącym w tym terenie partyzantom: radzieckim, AL., BCh i AK, gdyż wszyscy Oni, pomimo dzielących ich różnic, wspólnie walczyli z hitlerowskim okupantem. Tutaj zmiana szlaku na niebieski, którym schodziliśmy w kierunku Sidziny przez Polanę Malinowe: miejsce po przysiółku Sidziny spacyfikowanego przez hitlerowców w 1944 roku za sprzyjanie partyzantom. Stoi tu dzisiaj kapliczak zwana Matki Boskiej AK-owskiej, stąd już szybkie zejście do Sidziny pod Dom Wczasów Dziecięcych. Z Sidziny przejazd przez Osielec i Skawicę do Zawoi na miejsce zakwaterowania w D.W. „Transportowiec”. Po rozkwaterowaniu, dla tych którzy zamawiali wyżywienie – obiadokolacja i dla wszystkich czas wolny. Wieczorem większość z nas spotkała się w świetlicy na wspólnym śpiewaniu przy gitarach. Podczas spotkania miała miejsce próba generalna przed jutrzejszą premierą nowej wersji śpiewnika turystycznego naszego Koła.

            W sobotę – 25 czerwca – śniadanie i o godz. 730 wyjazd autokarem przez Przełęcz Krowiarki, Zubrzycę Górną i Jabłonkę do Przywarówki pod leśniczówkę „Stańcowa”. Stąd wyruszyliśmy niebieskim szlakiem w kierunku turystycznego przejścia granicznego ze Słowacją w Przywarówce. Po przekroczeniu granicy przeszliśmy do Gajówki Hviezdoslava (886 m.) – tutaj dłuższy odpoczynek. Gajówka związana jest z dwiema wybitnymi postaciami słowackiej literatury: Paweł Orszagh Hviezdoslav (1849-1921) i Milo Urban (1904-1982). Poświęcono im tutaj dwie odrębne ekspozycje. Wysłuchaliśmy tu również występu miejscowej góralki, która przy akompaniamencie akordeonu wykonała dla nas kilka oryginalnych orawskich utworów. Nadal niebieskim szlakiem zeszliśmy do Doliny Wężowca, tutaj zmiana szlaku na czerwony, którym rozpoczęliśmy mozolne i mało ciekawe podejście w kierunku babiogórskiej grani. Tu znów mocno dały się nam we znaki muchy i bąki oraz duża ilość wiatrołomów, a do tego coraz mocniej prażące słońce. Po minięciu górnej granicy lasu, bocznym widokowym grzbietem dotarliśmy do kulminacji Małej Babiej Góry (Cyl 1515 m.). Tutaj zasłużony długi odpoczynek i podziwianie pięknych widoków, w tym na Diablak – najwyższy wierzchołek Babiej Góry. Już tutaj nasza grupa mocno była rozciągnięta, gdy doszli ostatni maruderzy, pierwsi z nas podchodzili już pod Diablak. Szliśmy więc granicznym niebieskim szlakiem (słowackim) przez Przełęcz Brona (1408 m.) na najwyższy szczyt Beskidów: Babią Górę, cały czas w otwartym terenie, przy niemiłosiernie palącym słońcu. Dopiero na szczycie (1725 m) „Powróciliśmy” do Polski, gdyż tutaj jest turystyczne przejście graniczne. Wszystkie te niedogodności wynagrodził nam wspaniały widok ze szczytu; tak dobra i do tego bezwietrzna pogoda, przy dość dobrej widoczności jest tutaj, szczególnie w czerwcu, zjawiskiem bardzo rzadko spotykanym. Na szczycie Babiej Góry znajduje się kilka ciekawostek krajoznawczych, m.in.: obelisk z pamiątkową tablicą poświęcony papieżowi Janowi Pawłowi II, a ufundowany przez mieszkańców słowackich wsi z Orawy, obelisk poświęcony arcyksięciu Józefowi Habsburgowi na pamiątkę jego odwiedzin Babiej Góry, oraz pod szczytem w naturalnej skalnej niszy gipsowa figura Matki Bożej Królowej Babiej Góry i Opiekunki GOPR-owców beskidzkich. Ze szczytu zejście czerwonym szlakiem przez Główniak (1617 m.) i Sokolicę (1367 m.) na Przełęcz Krowiarki (1012 m.) zwaną również Przełęczą Lipnicką. Tutaj również długi odpoczynek i czas na dojście ostatnich maruderów. Początki budowy tzw. „Szosy Karpackiej” przechodzącej przez przełęcz sięgają 1938 roku – w tym czasie pracował tu jako Junak Hufca Pracy, studiujący wówczas polonistykę na UJ Karol Wojtyła – upamiętnia to granitowy obelisk na przełęczy. Inną pamiątką po Papieżu jest drewniana tablica upamiętniająca Jego ostatnią wycieczkę w góry przed wyborem na Stolicę Piotrową, którą odbył w dniu 7 września 1978 roku, właśnie z tego miejsca w Pasmo Policy. Na przełęczy znajduje się także symboliczny grób prof. Zenona Klemensiewicza, który zginął w katastrofie lotniczej na północnych stokach Policy w 1969 roku. Z Krowiarek zjechaliśmy do Zawoi na miejsce zakwaterowania, później obiadokolacja i po południu czas wolny. Wieczorem, o godz. 1945 rozpoczęliśmy biesiadowanie przy ognisku, ze sporym powodzeniem odbyła się premiera śpiewnika turystycznego naszego Koła. Kiełbasy do pieczenia było na tyle dużo, że nikt nie mógł być głodny, a i trunków również nie brakowało. Zabawa przy dwóch gitarach trwała do północy, później przegonił nas deszcz, który zapowiadał na jutro zmianę pogody.

            Ostatni dzień Rajdu – niedziela 26 czerwca – rozpoczęliśmy śniadaniem, następnie dla chętnych msza św. w kościele parafialnym p.w. św. Klemensa w Zawoi z XVIII wieku o ciekawej drewnianej architekturze. O godz. 900 wyjechaliśmy przez Maków Podhalański i Suchą Beskidzką do Stryszawy Górnej, skąd wyruszyliśmy na trasę pieszą wpierw żółtym a następnie niebieskim szlakiem na Jałowiec (1111 m.). Dzisiaj aura nas nie rozpieszczała – niebo całkowicie się zachmurzyło, po drodze dość dobrze zmoczył nas deszcz, zaś na szczytowej polanie Jałowca, słynącej ze wspaniałych widoków na masyw Babiej Góry, mgła była taka, że oglądać mogliśmy co najwyżej czubki własnych butów. Z Jałowca zeszliśmy czym prędzej żółtym szlakiem na Przełęcz Opaczne (879 m.) do prywatnego schroniska „Rancho pod Zbójami”. W schronisku dłuższy popas - panuje tu miła turystyczna atmosfera i aż żal było opuszczać to miejsce. Nadal żółtym szlakiem szliśmy do Przełęczy Kolędówki skąd szlakiem zielonym zeszliśmy do Zawoi. Po zejściu z trasy był jeszcze czas na umycie się, przebranie, posiłek i pakowanie bagaży. O godz. 1630 wyruszyliśmy autokarem przez Suchą Beskidzką, Sułkowice, Myślenice i Bochnię do Tarnowa. Podczas powrotu sympatyczne spotkanie z grupą uczestników jednodniowej wycieczki „Szlakiem Papieskim” przez Pasmo Policy, zorganizowanej przez Koło nr 5 „Badawczy” z naszego Oddziału PTTK. Do Tarnowa dotarliśmy ok. godz. 2000.

            Naszą trzydniową wyprawę spokojnie możemy zaliczyć do udanych. Pogoda (oprócz niedzieli) była znakomita, atmosfera luźna i wesoła, uczestnicy dopisali – było nas 49 osób. Rajd zorganizował i prowadził Jacek Szczebak, jako przewodnik na trasach pomagał mu Wacław Krupski.

 
WYCIECZKA W PIENINY SPISKIE
17 lipca 2005 roku.

            Kolejną z naszych jednodniowych wycieczek zaplanowaliśmy w malowniczym zakątku naszych gór: na Polskim Spiszu, w Paśmie Pienin Spiskich. Spisz jest bardzo ciekawą krainą, odmienną od sąsiedniego Podhala, w szczególności widoczne jest to w architekturze i sposobie zabudowy spiskich wsi. Z Tarnowa wyjechaliśmy o godz. 715 przez Czchów, Nowy Sącz i Krościenko do Dębna Podhalańskiego. Podczas podróży stało się zadość tradycji: wśród uczestników rozlosowano 12 szt. map Orawy, Podhala i Spisza wydawnictwa „Compass”. W Dębnie szybko oglądnęliśmy znany drewniany kościółek p.w. św. Michała Archanioła z II połowy XV wieku – Jest on wpisany na listę światowego dziedzictwa kultury UNESCO.

            Z Dębna – po przekroczeniu Białki –wjechaliśmy na Spisz. Pierwszą spiską wsią na przykładzie której zapoznaliśmy się z typowym na Spiszu układem urbanistycznym był Frydman. Warto zaznaczyć, że cały Spisz do roku 1918 należał do Górnych Węgier – obecnej Słowacji. Granica biegła wzdłuż rzeki Białki i Dunajca aż do Szczawnicy. Dopiero po I wojnie światowej północna część Spisza została przyłączona do odradzającej się Polski. Frydman założono na prawie niemieckim na przełomie XIII i XIV wieku, posiada on typowy dla Spisza układ urbanistyczny: dwie równoległe ulice, które w centrum tworzą pewien rodzaj rynku z kościołem i kasztelem. Ciekawostka spiskich wsi, jest fakt, że wszystkie stodoły są usytuowane poza zabudową wsi na jej początku i końcu. Najważniejszym zabytkiem Frydmana jest gotycki, murowany kościół parafialny p.w. św. Stanisława Biskupa z przełomu XIII i XIV wieku – jest to najstarszy zabytek architektury sakralnej na polskim Podtatrzu. Wieżę kościoła zwieńcza charakterystyczna attyka renesansowa z elementami tzw. „jaskółczego ogona”. Kościół otoczony jest murem z dwoma zadaszonymi bramkami, bryła kościoła łączy w sobie elementy architektury romańskiej, gotyckiej, renesansowej i barokowej. Unikalnym zabytkiem kościoła jest boczna kaplica Matki Boskiej Karmelitańskiej z połowy XVIII w. – zbudowana na planie ośmiokąta z dwustronnym ołtarzem pośrodku. Jej wystrój jest wspaniałym przykładem stylu rokoko z wyraźnym wpływem twórczości ludowej. Z Kościołem związana jest również osoba Jana III Sobieskiego. Kroniki podają, że w 1683 roku odwiedził On Frydman i przekazał spore sumy na wyposażenie kościoła i do dziś jego świetność w dużej części królewskiej hojności jest przypisywana. Innym, typowym dla Spisza zabytkiem, jest kasztel – dwór obronny wybudowany w latach 1585-90 przez Gyorgi Horvatha, właściciela okolicznych dóbr i pana na niedzickim zamku. Niestety, po licznych remontach i przebudowach utracił on sporo ze swojej atrakcyjności, obecnie jest własnością prywatną i nie jest udostępniony do zwiedzania. Innym ciekawym i unikatowym zabytkiem architektury są słynne piwnice frydmańskie. Składają się one z sześciu podłużnych 100-metrowych hal – po trzy na dwóch poziomach – ułożonych równolegle i połączonych korytarzami na końcach i początkach. Służyły one do przechowywania wina węgierskiego. Obecnie są własnością prywatną i ze względu na bezpieczeństwo nie są udostępniane do zwiedzania dla grup wycieczkowych.

            Po dużej dawce atrakcji krajoznawczych, wyjechaliśmy z Frydmana do Niedzicy skąd wyruszyliśmy na trasę pieszą czerwonym szlakiem, malowniczym grzbietem z rozległymi widokami na Jezioro Czorsztyńskie, Gorce i Pieniny, na Cisówkę (777 m.), dalej już leśnymi dróżkami i ścieżkami przez Barwinkową Górę (725 m.) w kierunku najwyższego wzniesienia Pienin Spiskich Góry Żar (879 m.). Przed Żarem na malowniczej polanie z widokiem na majaczące wśród chmur Tatry, pierwszy zasłużony i dłuższy odpoczynek na drugie śniadanie. Tutaj trochę pokropił nas deszcz, więc żwawo zdobyliśmy Żar, i idąc jeszcze kawałek dalej grzbietem doszliśmy do miejsca, które wszystkim nam dość mocno dało się we znaki; bardzo strome zejście na południe. Co prawda przestało już padać i zaświeciło nam pięknie słoneczko, jednak nadal było bardzo ślisko i zaliczyliśmy sporo klasycznych i niezbyt kontrolowanych „dupozjazdów” – były to tzw. dodatkowe i nieprzewidziane atrakcje. Po przejściu tego stromego odcinka trasy, chwilka odpoczynku na doprowadzenie się do porządku i policzenie strat – na szczęście wszyscy przebrnęli przez to bez szwanku. Czerwony szlak prowadził nas dalej obok tzw. Jurgowskich Stajni – dawnego gospodarstwa pasterskiego w którym wypasali swe owce mieszkańcy podhalańskiej wsi Jurgów – trochę mylnie do najwyżej położonej wsi polskiej części Spisza: Dursztyna. Już w tym miejscu nasza wycieczka dość mocno „rozciągnęła się” w terenie – tutaj był czas na dojście ostatnich maruderów i już bardziej zwartym szykiem wyruszyliśmy na ostatni odcinek naszej trasy, nadal czerwonym szlakiem przez widokowy Grandeus (795 m.) do Łapsz Wyżnych. Wyjście z Dursztyna trochę mylne, ale za to na szczycie mogliśmy cieszyć się wspaniałymi widokami na Pieniny. Atrakcją było to, że nad nami wisiały ciężkie deszczowe chmury, zaś nad Trzema Koronami świeciło pięknie słońce – był to niezapomniany widok. Z Grandeusa szybkie zejście do Łapsz Wyżnych, niestety sama końcówka już w deszczu, który po chwili zmienił się w nawałnicę. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że kilka osób, które na własną rękę chciały przejść dalszą, nieznakowaną część Pasma Żaru po Dursztyńskie Skałki, nie dotarły do Łapsz. Dzięki telefonom komórkowym dowiedzieliśmy się, że przeszli oni całe pasmo Dursztyńskich Skałek i zaszli aż do Krempach. Spowodowało to spore zamieszanie, gdyż z Łapsz Wyżnych mieliśmy wracać przez Niedzicę – skąd mieliśmy zabrać kilkoro uczestników naszej wycieczki, którzy nie poszli na trasę i tam też zostali zwiedzać zamek – i Czorsztyn do Krościenka, niestety, dzięki nim musieliśmy nadłożyć kilkadziesiąt kilometrów przez Trybsz i Nową Białą, aby móc ich zabrać w Krempachach. Dalej znów przez Frydman i Niedzicę dojechaliśmy do Krościenka, skąd znaną już drogą do Starego Sącza. Oczywiście nie do pomyślenia jest, aby nie odbyło się ognisko. Przewidzieliśmy je w znanym miejscu obok Starego Sącza na leśnym parkingu nadleśnictwa. Tu nastąpił mały „zgrzyt”, okazało się, że mamy nieproszonych gości – ktoś zajął nasze zarezerwowane miejsce. Jednak nas było więcej, a i leśniczy zainterweniował, więc nasza biesiada z pieczeniem kiełbasy i śpiewami przy gitarze odbyła się zgodnie z planem – no może była trochę opóźniona przez grupę która poszła do Krempach. Po ognisku powrót do domu przez Nowy Sącz i Czchów. W Tarnowie byliśmy tuż po godz. 2100.

            Wycieczkę tę, pomimo nienajlepszej pogody trzeba zaliczyć do dosyć udanych, szczególnie po ognisku wszystkim znacznie poprawiły się humory. Zorganizowali ją i prowadzili: Jacek Szczebak i Paweł Molczyk, a było nas sporo, bo aż 52 osoby.

„IX RAJD ELEKTRYKÓW – BESKID ŚLĄSKI”
24 – 28 sierpień 2005 roku.

  Naszą kolejną cykliczną imprezę pod nazwą „Rajd Elektryków” zaplanowaliśmy w jeszcze „dziewiczym” dla naszego Koła terenie: Beskidzie Śląskim, w stałym dla tej imprezy terminie – ostatnim tygodniu sierpnia, jako imprezę pięciodniową. Na miejsce naszego pobytu wybraliśmy jedno z najbardziej znanych miast tego rejonu: Szczyrk, a noclegi mieliśmy w pensjonacie „Jesion” w samym centrum, zaś stołowaliśmy się w jadłodajni Domu Turysty PTTK. Organizatorzy zadbali również o odpowiednią oprawę imprezy, zabezpieczono tradycyjnie sporo wydawnictw turystycznych związanych ze zwiedzaną okolicą, oraz gadżety firmowe Zakładów Azotowych których sponsorem był Dyrektor Centrum EC ZAT. Wszystko to zostało rozlosowane wśród uczestników Rajdu, było też czym obdarować naszych gospodarzy i miejscowych przewodników z usług których korzystaliśmy. Zarząd Koła, za sprawą pomysłu naszego kolegi Janusza, którego pasją jest kolekcjonowanie ozdobnych pieczęci różnych instytucji, zadbał o zaprojektowanie i wykonanie takiej pieczęci dla naszego Koła, która stanowiła również sporą atrakcję dla uczestników naszego Rajdu.

Z Tarnowa wyjechaliśmy w środę 24.08.2005 o godz. 715, przez Bochnię, Kraków, Wadowice, Bielsko Białą i Szczyrk na Przełęcz Salmopolską (934 m.) zwaną też Białym Krzyżem. W pierwszym dniu naszego wędrowania pogoda nas nie rozpieszczała, już podczas dojazdu na miejsce rozpadało się na dobre, co o dziwo, i tak nikogo z uczestników nie odstraszyło od wyjścia na trasę. Tak więc po ubraniu się w przeciwdeszczowe nakrycia wyruszyliśmy z Przełęczy Salmopolskiej żółtym szlakiem przez Jawierzyny 9799 m.), Smerekowiec (835 m.) – tutaj przestało już padać, ale nadal wisiały nad nami ciężkie deszczowe chmury – na Trzy Kopce Wiślańskie (810 m.). Tutaj w schronie turystycznym nazwanym szumnie „Schroniskiem Telesforówka” dłuższy odpoczynek z posiłkiem i napitkiem. Z Telesforówki szliśmy niebieskim szlakiem przez Świniorkę (700 m.) i Orłową (813 m.) do pobliskiej „Chaty na Orłowej”. Pierwsi z nas którzy tu przybyli, musieli prosić gospodarzy tego prywatnego schroniska o otwarcie bram dla naszej grupy – gospodarzom nie mieściło się w głowach, że w środku tygodnia przy tak paskudnej pogodzie ktoś będzie wędrował po górach i zamknęli interes. Jednak dla nas otworzyli swe podwoje, i nie pożałowali, bo przetrzebiliśmy trochę zapasy w bufecie schroniska, na czym na pewno nie byli stratni. Po dłuższym i jakże miłym odpoczynku w schronisku na Orłowej wyruszyliśmy zielonym szlakiem przez grzbiet Palenicy do Ustronia Polany, gdzie oczekiwał na nas kierowca Piotr ze swym autokarem. Jednak odnalezienie Go, przynajmniej dla niektórych z nas, było małym problemem. Zaparkował On obok wyciągu na Czantorię, za trasą szybkiego ruchu do Wisły, tzw. „Gierkówką”. Po długich, ale zakończonych sukcesem poszukiwaniach, powrót przez Wisłę – obok budowy nowej skoczni narciarskiej K-120 w Wiśle-Malince i przez Przełęcz Salmopolską do Szczyrku. Po rozkwaterowaniu uczestników Rajdu w D.W. „Jesion”, ci z nas, którzy zamówili opcję „full-wypas” Rajdu – czyli z wyżywieniem, udali się na obiadokolację do pobliskiego Domu Turysty PTTK. Wieczorem, przynajmniej teoretycznie, dla wszystkich uczestników Rajdu był czas wolny, ale jak to zwykle u nas bywa, większość zebrała się w świetlicy ośrodka, gdzie przy gitarach i „małym co nieco” śpiewaliśmy przeboje z rajdowego śpiewnika naszego Koła do późnych godzin nocnych.

W drugim dniu Rajdu (czwartek 25.08.2005.), „full-wypasowcy” poszli na śniadanie do Domu Turysty na godz. 730. Pozostali musieli się z tym porannym obowiązkiem uporać do godz. 810, gdyż o 815 wyjechaliśmy znaną już naszemu kierowcy trasą (co nie znaczy, że dla Niego łatwą i bezstresową; oj narzekał, narzekał), przez Przełęcz Salmopolską i Wisłę do Ustronia. W planach na początek dzisiejszego dnia było wejście na Wielką Czantorię niebieskim szlakiem od centrum Ustronia. Niestety, dziś również aura nas nie rozpieszczała; już od rana wisiały nad nami ciężkie, mgliste chmury i wydawało się, że lada chwila zacznie się ulewa. Nasze obawy nie były bezpodstawne, gdyż już od wczoraj docierały do nas wiadomości o powodzi w Cieszynie, a i wczorajszy wieczór i noc obfitowały w atrakcje typu „światło-dzwięk”, czyli gwałtowne burze z ulewnym deszczem. Ponieważ na dzisiejszą trasę nie wszyscy uczestnicy Rajdu mieli ochotę, było nas niecałe 30 osób (pozostali leniuchowali w Szczyrku lub wozili się kolejką na Skrzyczne), kierownictwo Rajdu postanowiło już w drugim dniu spożytkować rezerwę budżetową Rajdu i zafundowało uczestnikom dzisiejszej trasy wyjazd kolejką krzesełkową z Ustronia-Polany na Czantorię. Z górnej stacji wyciągu jeszcze ok. 15 minut marszu i już szczytowaliśmy, znaczy się byliśmy na szczycie Wielkiej Czantorii (995 m.). Niestety, widoki były marne – nie było sensu wchodzić na wieżę widokową po czeskiej stronie, a i budki z bufetami po stronie polskiej były pozamykane, więc wyruszyliśmy na dalszą wędrówkę, już zgodnie z zaplanowaną na dziś marszrutą, czerwonym szlakiem na południe, na Przełęcz Beskidek (684 m.). Ponieważ tutaj znajduje się prywatna stacja turystyczna „Światowid”, gdzie można było się ugościć ciepłym oraz zimnym napitkiem, więc nie czekając na oficjalną komendę kierownictwa Rajdu, uczestnicy rozgościli się samowolnie acz spontanicznie. Cóż było robić? Jak odpoczynek, to „odpoczynek”. Po miłej gościnie w Światowidzie dalsze dreptanie czerwonego, granicznego szlaku w kierunku Soszowa Wielkiego. Już od Przełęczy Beskidek dla sporej grupy „grzybiarzy” uczestniczących w Rajdzie rozpoczęło się istne El Dorado. Wzdłuż szlaku rosła tak wielka ilość borowików, że powstał problem do czego je zbierać – i w takiej „grzybowej” atmosferze, nie wiedząc kiedy, doszliśmy do prywatnego schroniska na Soszowie Wielkim (885 m.). Tutaj kolejny dłuższy odpoczynek i oczekiwanie na tzw. „ogony”, czyli na tych, którym się zbyt bardzo nie spieszyło na szlaku. Cóż za miła niespodzianka – ze schroniska wyszliśmy na rozświetlony słońcem szlak – i tak już było do końca dzisiejszej wędrówki. Szliśmy nadal czerwonym granicznym szlakiem przez Cieślar (920 m.) i Stożek Mały (843 m.), następnie mozolnie wspinając się na Stożek Wielki (978 m.). Tu kolejne schronisko – w Beskidzie Śląskim jest ich chyba największe „zagęszczenie” w polskich górach (no, może poza Tatrami i Karkonoszami). Nie obyło się też bez „posiedzenia” przy jedle i napitku (oj, „niezdrowe” takie chodzenie po górach; więcej siedzenia niż wędrowania), w tym czasie dotarli ostatni „maruderzy” i już całą grupą wyruszyliśmy na ostatni odcinek naszej trasy, w dalszym ciągu czerwonym szlakiem, obok malowniczych skałek z piaskowca na stokach Krykawicy (973 m.) i przez Przełęcz Łączecko (Mraźnica) (774 m.) na Przełęcz Kubalonka (761 m.). Tutaj jeszcze dość długo czekaliśmy w znanym turystom barze „Beczka”, na końcówkę naszej grupy. Nie wiedzieć czemu zeszli oni niebieskim szlakiem z Mraźnicy do Wisły, gdzie zakotwiczyli w znanej „medialnie” knajpie „U Bociana”. Była tam też część grupy, która już wcześniej, przed Stożkiem tam się udała. Trochę szkoda, że nie poinformowali nas oni o swych planach, gdyż w programie było odwiedzenie „Bociana” całą grupą – a tak, nie było już na to czasu, więc wyruszyliśmy w dobrze już znaną nam i kierowcy Piotrowi drogę powrotną przez Wisłę i Biały Krzyż do Szczyrku. „Full wypasowcy” udali się na obiadokolację, pozostali radzili sobie z wyżywieniem we własnym zakresie. Dzisiejszy wieczór nie był dla uczestników tzw. „czasem wolnym” – organizatorzy zaplanowali na terenie ośrodka ognisko połączone ze śpiewami przy gitarach oraz innych instrumentach (perkusyjnych). Jeżeli już ognisko, to oczywiście pieczenie kiełbasy, z czym był mały problem organizacyjny; kiełbasę oraz inne niezbędne produkty ogniskowe mieli zapewnić gospodarze ośrodka, co uczynili, lecz spór dotyczył sposobu naliczenia należności za zorganizowanie ogniska i dostarczenie ww. produktów. Pomińmy milczeniem samo meritum sporu – ważne, że „stanęło na naszym” i mogliśmy, skądinnąd (z Cieszyna) bardzo dobrą kiełbasę konsumować w miłej, turystyczno – biesiadnej atmosferze. Jadła (kiełbasy) i napitków (różnych, różniastych) było pod dostatkiem i wszyscy bawiliśmy się wyśmienicie do późnej nocy.

Trzeci dzień naszego Rajdu (piątek, 26.08.2005.) początkowo, z rana, nie różnił się od wczorajszego poranka; śniadanie, „full wypasowcy”… wyjazd na trasę itp., itd.… Jednak treścią dnia dzisiejszego, w odróżnieniu od pozostałych dni naszego Rajdu, nie było dreptanie turystycznych szlaków – lecz krajoznawstwo. Skoro już byliśmy na Śląsku, postanowiliśmy dowiedzieć się, skąd bierze się tutaj tak bardzo lubiany przez górskich turystów złocisty napój. Wyjechaliśmy całą grupą przez Bielsko Białą do Tychów. Tam od godz. 1000 zwiedzaliśmy Tyskie Browary Książęce – to właśnie tutaj (i w podobnych do tego miejscach) wytwarza się to, co najbardziej smakuje na górskich szlakach. Browar zwiedzaliśmy w dwóch grupach, każdą z nich oprowadzał miejscowy przewodnik. Przed wejściem na teren Browarów wynikło małe, i według nas niepotrzebne zamieszanie – gdyż prowadzący przewodnicy, powołując się na tzw. „Ustawę o wychowaniu w trzeźwości” (?!?), nie dopuścili do wejścia na teren browaru osób nieletnich (a było ich kilka), nawet mimo zgody ich rodziców. Musiały one przez blisko 3 godziny, bezczynnie czekać, aż tzw. dorośli zwiedzą tę sporych rozmiarów manufakturę. Sam Browar, a zwłaszcza ta starsza jego część prezentuje się okazale; mogliśmy zapoznać się zarówno z historią Browaru, jego dniem dzisiejszym, jak i samym procesem warzenia piwa. Ciekawym miejscem które odwiedziliśmy, było bardzo nowoczesne centrum dystrybucji; tu widzieliśmy rozlewnię piwa z maszynami do napełniania z niewiarygodną wręcz wydajnością 15 tys. butelek i 20 tys. puszek piwa na godzinę. Później zwiedziliśmy Muzeum Browarnictwa, gdzie na wystawie historycznych butelek z różnych browarów miłe zaskoczenie; było sporo butelek z niestety nieistniejącego już tarnowskiego Browaru Sanguszków. Oglądnęliśmy również film prezentujący historię Browaru. Na koniec odwiedzin w Tyskich Browarach Książęcych, uczestnicy mieli możliwość degustacji tutejszych produktów w przybrowarnym pubie. I co najśmieszniejsze, w tej części zwiedzania mogli już uczestniczyć nieletni członkowie naszej grupy (ha, ha, ha…, ale „wychowanie w trzeźwości”!!!).

Z Tychów wyruszyliśmy autokarem przez Mikołów i Żory do Skoczowa Tutaj kolejne atrakcje krajoznawcze; zwiedzanie miasta z wcześniej zamówionym w Oddziale PTTK „Beskid Śląskich” w Cieszynie przewodnikiem. Był nim wybitny znawca i pasjonat Ziemi Cieszyńskiej Pan Piotr Brenner. Ze względu na lekkie opóźnienie w programie dzisiejszego dnia, Pan Piotr szybko uporał się z oprowadzeniem nas po Skoczowie, który jest dość ciekawym i wartym dokładniejszego zwiedzenia miastem. Ze Skoczowa przejechaliśmy do Cieszyna, po drodze nasz przewodnik Piotr sporo opowiedział nam o dziejach i historii Ziemi Cieszyńskiej, oraz o przedwczorajszej powodzi w Cieszynie. Zwiedzanie Cieszyna rozpoczęliśmy od Zamku Cieszyńskiego – są to pozostałości po średniowiecznej warowni jak i zabudowania z późniejszych wieków. Ciekawostką Wzgórza Zamkowego jest rotunda mieszcząca zamkową kaplicę z wczesnego średniowiecza. Jest ona uwieczniona na rewersie banknotu 20 złotowego, o czym większość z nas dowiedziała się dopiero teraz. Na Wzgórzu Zamkowym jest również wiele innych atrakcji, jedną z nich jest taras widokowy z którego oglądaliśmy wspaniałą panoramę Cieszyna. Ze Wzgórza Zamkowego przeszliśmy nad graniczną rzekę Olzę i po przekroczeniu jej rozpoczęliśmy zwiedzanie Cieszyna Czeskiego. Ta część miasta jest trochę młodsza lecz niemniej piękna, tym bardziej, że o jej historii i czasach obecnych wspaniale opowiadał nam nasz przewodnik Pan Piotr. Po drobnych zakupach w Czeskim Cieszynie powrót do kraju. Zwiedziliśmy tu jeszcze pięknie usytuowany Rynek oraz przyległe do niego malownicze uliczki. Sporą atrakcją była „Studnia Trzech Braci” o legendzie której usłyszeliśmy od naszego przewodnika ciekawą legendę.

Po pożegnaniu Cieszyna powrót, ze względów czasowych, lokalnymi skrótami do Wisły, skąd najbardziej chyba przez nas uczęszczaną trasą, której wybitnym znawcą stał się już nasz kierowca Piotr, przez Przełęcz Salmopolską do Szczyrku. Byliśmy trochę opóźnieni, więc Piotrek wysadził „full wypasowców” w pobliżu Domu Turysty na obiadokolację. Dalsza część dnia, czy to ze względów organizacyjnych (nic nie było zplanowane na dzisiejszy wieczór), czy ze względu na niewątpliwe zmęczenie uczestników była rzeczywiście dla nas czasem wolnym. W TVP 1 był wówczas transmitowany koncert Jean-Michel Jarre’a z okazji XXV-lecia „Solidarności”.

Czwarty dzień Rajdu (sobota 27.08.2005.) rozpoczęliśmy w tradycyjny już sposób (śniadanie) i o godz. 815 wyruszyliśmy autokarem przez Żywiec (obok niemniej znanego niż w Tychach browaru) i Węgierską Górkę do Kamesznicy Złatnej. Stąd wyruszyliśmy na dzisiejszą trasę pieszą, czarnym szlakiem przez Fajkówkę (720 m.) i Skałkę (1020 m.) do głównego grzbietu Pasma Baraniogórskiego na Wierch Wisełka, skąd już kawałeczek szlakiem zielonym na wierzchołek Baraniej Góry (1220 m.). Tutaj dłuższy odpoczynek, drugie śniadanie oraz główna atrakcja szczytu Baraniej: wieża widokowa; pogoda nam dopisała i mogliśmy oglądać wspaniałe panoramy na Pasmo Baraniogórskie ze Skrzycznem, rejon Klimczoka i Błatniej, grupę Równicy i Orłowej, graniczne Pasmo Stożka i Czantorii za którym rozciąga się Beskid Śląsko-Morawski. Na południu i południowym wschodzie była trochę gorsza widoczność, ale gdzieś tam majaczyły szczyty Małej Fatry, Pilska i Babiej Góry. Po atrakcjach widokowych nadszedł czas na podjęcie decyzji co do dalszej trasy; w programie były dwa warianty: pierwszy, krótszy, przewidywał zejście niebieskim szlakiem Doliną Białej Wisełki do Wisły Czarnego, gdzie oczekiwał na nas autokar – na ten wariant zdecydowało się tylko kilkoro z nas. Zdecydowana większość wybrała drugi – dłuższy wariant. Szliśmy już do samego Szczyrku zielonym szlakiem. Zaraz za szczytem Baraniej mieliśmy niezbyt miłe atrakcje; na kilkukilometrowym odcinku grzbietu, wiosenne wiatry halne dosłownie położyły całe połacie lasu, a służby leśne jeszcze nie uprzątnęły wiatrołomów. Część z nas forsowała „na żywca” przeszkody, a było to nieraz kilka warstw połamanych świerków – i nie było to zbyt bezpieczne. Rozsądniejsi woleli obejść dołem najniebezpieczniejsze miejsca, ale też nie było to takie łatwe i przyjemne, bo trzeba było nie tylko nadłożyć drogi, ale i przedzierać się na przełaj przez gęste poszycie leśne. A najgorsze w tym całym zdarzeniu było to, że od strony Magurki Wiślańskiej były tablice ostrzegające o zagrożeniu, natomiast na Baraniej nie (być może kiedyś były, ale ktoś niezbyt mądry je zniszczył). Z wieży widokowej na Baraniej też nie było widać tych hektarów powalonego lasu, gdyż zalegały one na północnym, niewidocznym z góry, zboczu. Jakoś udało nam się bez szwanku przebrnąć ten odcinek szlaku i weszliśmy na Magurkę Wiślańską (1140 m.), a dalej w mniejszych grupach szliśmy przez Galwasi (1076 m.) i Zielony Kopiec (1152 m.) na Malinowską Skałę (1152 m.). Ten odcinek naszej wędrówki, od niedawna, czyli od wiosennych wiatrów halnych, obfituje w rozległe polany widokowe ze wspaniałymi panoramami na Kotlinę Żywiecką i Dolinę Wisły. Na malowniczej Malinowskiej Skale krótki odpoczynek połączony z sesją fotograficzną i rozpoczęliśmy przyjemne podejście przez Kopę Skrzyczeńską (1189 m.), Małe Skrzyczne (1211 m.) na najwyższy szczyt Beskidu Śląskiego: Skrzyczne (1257 m.). Szczyt ten jest bardzo intensywnie zagospodarowany; jest tu kolej krzesełkowa ze Szczyrku, stacja przekaźnikowa TV oraz jedyne na naszej dzisiejszej trasie schronisko. A jak schronisko, to i odpoczynek na jadło i napitek. Po odpoczynku na gwarnym i zatłoczonym turystami i innymi „wczasowiczami” tarasie schroniska, część z nas zdecydowała się na zjazd kolejką do Szczyrku. Pozostali podziwiali podczas zejścia zielonym szlakiem przepiękne widoki na północną część Kotliny Żywieckiej z Beskidem Małym, Bielsko Białą, Dolinę Żylicy ze Szczyrkiem i Pasmem Klimczoka za nią. Po zejściu do Szczyrku pozostało jeszcze trochę czasu na drobne zakupy, oporządzenie się, następnie obiadokolacja, zaś wieczór upłynął nam na wspólnej zabawie przy ognisku. W czwartym dniu Rajdu całe towarzystwo było już mocno ze sobą zżyte i dość dobrze rozśpiewane, tak więc nasze biesiadowanie z pieczeniem kiełbasy i innymi ogniskowymi atrakcjami trwało do późnych godzin nocnych.

Ostatni dzień naszego Rajdu (niedziela 28.08.2005.) rozpoczęliśmy trochę wcześniej, chętni mogli uczestniczyć w porannej mszy św. w kościele p.w. św. Jakuba z przełomu XVIII i XIX wieku w Szczyrku Skalitem. Później jak zwykle śniadanie i o godz. 915 już wszyscy wyjechaliśmy do Bystrej Śląskiej. Stąd rozpoczęliśmy ostatnie dreptanie szlaków Beskidu Śląskiego. Wyruszyliśmy zielonym szlakiem, wygodnym lecz dość stromym duktem leśnym na Kołowrót (798 m.), dalej szlakiem żółtym i bardziej połogo, acz cały czas pod górę dotarliśmy do schroniska PTTK na Szyndzielni. Jest to obiekt o ciekawej architekturze i sporych rozmiarach, wykonane w całości z ciosanego kamienia, a wybudowało je niemieckie towarzystwo turystyczne „Beskidenverein” w 1897 roku; jest najstarszym schroniskiem w Beskidach. Jak schronisko to i w pełni zasłużony odpoczynek na jadło i napitek. Z Szyndzielni wyruszyliśmy nadal żółtym szlakiem, szeroką „ceprostradą” na Klimczok. Po drodze zebrało się nad nami sporo chmur i zaczęło na razie niegroźnie padać. Na szczycie Klimczoka (1117 m.) obserwowaliśmy ciekawe zjawisko atmosferyczne; nad nami wisiały ciężkie, deszczowe chmury, zaś na południowym zachodzie w kierunku Kotliny Żywieckiej i Beskidu Żywieckiego świeciło jeszcze słońce i była dość dobra widoczność – widać było m.in. Lipowską, Pilsko i Babią Górę. Ze szczytu Klimczoka, w coraz większym deszczu zeszliśmy do pobliskiego schroniska PTTK. Tu kolejny odpoczynek w zatłoczonej jadalni schroniska. Po odpoczynku, ubrani w przeciwdeszczowy ekwipunek, wyruszyliśmy niebieskim szlakiem do Szczyrku. Poniżej schroniska kolejne ciekawe zjawisko atmosferyczne; za widoczną stąd i trochę niżej położoną Przełęczą Karkoszczonka (729 m.), w Dolinie Brennicy rozciągało się „morze mgieł”, które przelewały się przez przełęcz do Doliny Biłej i Żylicy. Schodząc niżej doszliśmy do sanktuarium M.B. Królowej Polski „na Górce”, wybudowanym w miejscu objawień Matki Boskiej małej pasterce. Obok niego duży ośrodek rekolekcyjny prowadzony przez O.O. Salezjanów. Poniżej kościoła znajduje się charakterystyczny dla panoramy Szczyrku (m.in. widziany przez nas wczoraj ze stoków Skrzycznego), ogromny kompleks hotelowy „Orle Gniazdo”. Dalej już mało ciekawie, asfaltowymi drogami zeszliśmy do centrum Szczyrku. Teraz był czas na pakowanie bagaży, małe „co nieco” i o godz. 1545 wyjazd wszystkich uczestników Rajdu w drogę powrotną do Tarnowa. Podróż wraz z odpoczynkami na trasie zajęła nam trochę czasu, w Tarnowie byliśmy o godz. 2000.

Czas na podsumowanie; frekwencja nie była być może rewelacyjna – było nas 38 osób. Było to spowodowane wyjazdem części członków naszego Koła, na których obecność bardzo liczyliśmy, do Rumunii gdzie wędrowali oni po pewnie ciekawszych górach, ale czy w tak ciekawym towarzystwie jak my?. Pogoda, powiedzmy szczerze, też nas nie rozpieszczała; rozpoczęliśmy w ulewnym deszczu i takoż zakończyliśmy, ale w międzyczasie mieliśmy piękną, słoneczną pogodę, a co najważniejsze w zdecydowanej większości zrealizowaliśmy nasze plany, ci co chcieli to się „dochodzili” ci co nie chcieli też nie mogli narzekać – było fajnie i wszyscy bawiliśmy się świetnie. Odchodzący do historii „IX Rajd Elektryków” zorganizował Jacek Szczebak i wraz z Arturem Rajewiczem prowadzili po szlakach Beskidu Śląskiego uczestników Rajdu.

 
WYCIECZKA W BESKID NISKI
18 wrzesień 2005 roku.

Miejscem naszej jednodniowej wycieczki był tym razem Beskid Niski, zaś jej tematem – cmentarze z okresu I wojny światowej oraz drewniana architektura cerkiewna – są to najbardziej charakterystyczne dla tego rejonu bogactwa krajoznawcze. Z Tarnowa wyjechaliśmy o godz. 715 przez Tuchów, Ciężkowice i Łużną (tu znajduje się wzgórze Pustki, które było kluczową pozycją podczas operacji gorlickiej w maju 1915 roku; znajduje się tu piękny cmentarz wojskowy z tego okresu) do Gorlic. Podczas przejazdu rozlosowano wśród uczestników wycieczki sporo wydawnictw turystycznych związanych ze zwiedzanym terenem. W Gorlicach zwiedziliśmy reprezentacyjny cmentarz wojskowy nr 91, upamiętniający bitwę gorlicką, projektu Emila Ladwiega. Znajduje się on na Górze Cmentarnej (357 m.) nad Gorlicami, prowadzi do niego piękna aleja, zaś na jego teren wchodzi się przez monumentalną bramę. Na środku dominuje postument z wysokim kamiennym krzyżem, mogiły rozmieszczono wzdłuż kamiennego muru otaczającego cmentarz. Całość porośnięta wysokimi drzewami, stanowi charakterystyczny element pejzażu Gorlic. Z Gorlic przejechaliśmy do pobliskiej Ropicy Górnej (dawniej Ruskiej). Tutaj planowaliśmy zwiedzenie zabytkowej drewnianej cerkwi p.w. św. Michała Archanioła z 1813 roku. Niestety, proboszcz z Małastowa który jest jej gospodarzem, nie wyraził zgody na otwarcie dla nas cerkwi, więc pozostało nam oglądanie jej wspaniałej, trójdzielnej bryły z zewnątrz. Dalej wyruszyliśmy autokarem na Przełęcz Małastowską, tu oglądaliśmy cmentarz nr 60 z czasów I wojny światowej, projektu Duszana Jurkovica – artysta ten tworzył cmentarze wykorzystując jako budulec przede wszystkim drewno, co nadawało im charakterystyczne, niepowtarzalne piękno, niestety wpływało też na trwałość ich konstrukcji; większość z nich jest w chwili obecnej na nowo odbudowywana. Cmentarz na Przełęczy Małastowskiej został odrestaurowany i jest utrzymywany w dobrym stanie przez miejscowe społeczeństwo. Dalej pojechaliśmy do Koniecznej, skąd wyruszyliśmy niebieskim szlakiem na Beskidek – tam zwiedziliśmy kolejny z cmentarzy (nr 64), który pomimo remontu na początku lat 90-tych, jest w dość kiepskim stanie, ale mimo to robi ogromne wrażenie, szczególnie wysoka, strzelista wieża. Z Beskidka wyruszyliśmy w stronę jednej z wyższych i piękniejszych gór Beskidu Niskiego: na Jaworzynę Konieczańską (881 m.). Po dość stromym podejściu na szczycie zasłużony odpoczynek na posiłek i napitek. Niestety, pogoda w dniu dzisiejszym nie była rewelacyjna; pełne zachmurzenie i przenikliwe zimno, i całe szczęście, że nie padało. Z tego powodu nasz odpoczynek nie trwał zbyt długo i trzeba było wyruszyć – dla rozgrzewki i nie tylko – w dalszą część trasy na Przełęcz Regetowską (646 m.). Stąd w dalszą trasę prowadził nas szlak żółty na Obycz (788 m.), Trzy Kopce (735 m.), Przełęcz Wysowską (646 m.) do Blechnarki gdzie oczekiwał na nas autokar. Pomiędzy Obyczem a Trzema Kopcami, nieopodal grzbietu granicznego którym prowadził nas żółty szlak, znajduje się kolejny z cmentarzy wojennych (nr 49). Jako, że szliśmy w kilku grupach, niektórym z nas udało się go odnaleźć. Jego charakterystycznym elementem wystroju jest kamienna piramida. Pochowano tu żołnierzy poległych w bojach o przełęcze karpackie zimą 1914/15. Innym z nas nie udało się go odnaleźć, ale i tak zeszli oni do Blechnarki za znakami prowadzącymi do cmentarza, jeszcze inni szli cały czas żółtym szlakiem przez Trzy Kopce i Przełęcz Wysowską do Blechnarki. Za to ostatnia, idące na końcu grupa, już od Obycza poszła całkiem inną, sobie tylko znaną (chyba raczej nie za bardzo znaną) drogą i wylądowała świadomie lub nie, w Wysowej. Jako, że brak było łączności telefonicznej z naszymi zgubami, ci którzy szczęśliwie zdołali dojść (różnymi drogami) do Blechnarki po krótkiej naradzie postanowili przejechać do Wysowej – tam przynajmniej był „zasięg” i telefonicznie dowiedzieliśmy się, że zguby właśnie dochodzą do Wysowej. Tutaj czas wolny dla uczestników, a ponieważ było jak na tę porę roku (jeszcze lato) nieprzyzwoicie zimno: tylko +5oC i silny, porywisty wiatr, wszyscy ogrzewali się w restauracjach przy „małym co nieco”. Na ognisko w tych warunkach też nie mieliśmy zbyt wielkiej ochoty, więc postanowiliśmy zorganizować je w ciut cieplejszym klimacie. Tak więc, gdy już udało się zebrać wszystkich uczestników wycieczki, wyruszyliśmy w kierunku Tarnowa przez Ropę, Grybów i Bobową do Ciężkowic. Tu stwierdziliśmy, że klimat ocieplił się na tyle (świeciło słońce i zelżał wiatr), iż czas najwyższy na planowane wcześniej pieczenie i konsumpcję kiełbasy. Odbyło się to w znanym już nam z wielu wcześniejszych wycieczek zajeździe obok „Skamieniałego Miasta”, zaś sama impreza prócz rzeczonej kiełbasy obfitowała w sporą ilość płynnego typu atrakcji. Z Ciężkowic powrót do Tarnowa, na miejscu byliśmy ok. godz. 1930.

W wycieczce naszej wzięło udział tylko 32 osoby, było więcej chętnych (grubo ponad 40 osób), ale niezbyt sprzyjająca aura, odstraszyła część z nich. Wycieczkę zorganizował Jacek Szczebak i wraz z Arturem Rajewiczem prowadzili uczestników po szlakach.

 Wycieczka w Góry Świętokrzyskie dla pracowników Centrum Elektrociepłowni
24 września 2005 roku.

Wycieczka ta, co prawda, nie była ujęta w tegorocznym planie imprez turystycznych naszego Koła, lecz środowisko pracowników Centrum EC ZAT S.A., dla którego Koło nasze zorganizowało w maju wycieczkę w Pieniny, domagało się kolejnych tego typu imprez – widać spodobało się im wędrowanie po górach połączone ze zwiedzaniem. Na cel naszej wycieczki wybraliśmy Góry Świętokrzyskie, bogate w zabytki i ciekawostki krajoznawcze, a do tego niezbyt wymagające pod względem kondycyjnym. Jakoś nasze plany udało się przepchnąć przez Zarząd Oddziału i otrzymaliśmy dofinansowanie do naszej wycieczki w wysokości kosztów przejazdu autokarem z ZFŚS ZAT.

Góry Świętokrzyskie to najwyższa i najciekawsza część Wyżyny Kielecko – Sandomierskiej. Są zarazem najstarszymi górami Polski o bardzo ciekawej, mocno zróżnicowanej budowie geologicznej, która jest jedną z największych atrakcji przyrodniczych regionu (np. Jaskinia „Raj” – którą planowaliśmy zwiedzić; niestety – bilety do niej należy rezerwować przynajmniej na pół roku naprzód). Charakterystycznymi elementami krajobrazu są strome stoki pokryte malowniczymi gołoborzami, skałki ostańcowe i głęboko wcięte doliny, przecinające poszczególne pasma gór. Ich podstawowym budulcem są stare skały osadowe.

Wycieczka, ze względów organizacyjnych, wyruszyła wpierw z Wojnicza (spora część uczestników mieszka w pobliżu kasztelani wojnickiej), następnie zabraliśmy uczestników z Mościc i z Tarnowa, i o godz. 730 wyruszyliśmy „szosą kielecką”, przez Szczucin, w pobliżu znanego wszystkim z dzieciństwa Pacanowa, Busko Zdrój do Chęcin. Tu pierwsza z wielu atrakcji krajoznawczych: zwiedzanie odrestaurowanych ruin średniowiecznego zamku. Powstał on na przełomie XIII i XIV wieku, wielokrotnie rozbudowywany, pełnił w średniowieczu wiele ważnych funkcji, m.in. był w nim zdeponowany skarb królewski, mieściło się w nim więzienie królewskie dla szlachty oraz ważnych jeńców wojennych. Lecz przede wszystkim pełnił on funkcje obronne i rezydencyjne; w połowie XVI wieku mieszkała tu królowa Bona, po jej wyprowadzce wraz z ogromnym skarbem w 1554 roku warownia zaczęła podupadać i tracić na znaczeniu. Po raz pierwszy zdobyta w 1607 roku, odbudowana przez Stanisława Branickiego, ostatecznie zdobyta i zniszczona przez Szwedów w 1655 roku. Dzieła zniszczenia dokonali podczas zaborów Austriacy, którzy nakazali rozbiórkę murów. Zwiedzanie rozpoczęliśmy od zamku dolnego, tam usłyszeliśmy ciekawie opowiedzianą przez miejscowego przewodnika historię dziejów zamku, następnie sesja fotograficzna w średniowiecznych zbrojach (oczywiście były to tylko repliki). W dalszej części zamek górny, oraz największa atrakcja: wejście na najwyższą wieżę zamkową z której oglądaliśmy rozległą panoramę okolic, jak również ciekawy widok z góry na pozostałą część zamku. Z wieży wyjście dawną główną bramą zamkową, następnie zdjęcia i zejście na parking do autokaru. Na zamku w Chęcinach kręcono sceny batalistyczne do filmu „Pan Wołodyjowski”. Chęciński zamek „grał rolę” zdobywanego Kamieńca Podolskiego.

Z Chęcin wyruszyliśmy przez Kielce do Świętej Katarzyny. Miejscowość ta znana jest z klasztoru sióstr Bernardynek (wcześniej zakonu męskiego ojców Bernardynów) z kopią cudownej figury św. Katarzyny – oryginał, pochodzący podobno z Afryki północnej, wykonany z drewna cyprysowego – spłonął niestety w pożarze w 1847 roku. Stąd rozpoczęliśmy pierwszą część trasy, czerwonym szlakiem, obok pomnika Żeromskiego do drewnianej kapliczki p.w. św. Franciszka z XIX wieku z cudownym źródłem. Po opłaceniu „myta” Świętokrzyskiego Parku Narodowego rozpoczęliśmy niezbyt strome podejście przez bardzo piękny las – Puszczę Jodłową, szerokim turystycznym duktem na najwyższy szczyt Gór Świętokrzyskich: Łysicę (612 m.). Przed samym szczytem niewielkie, ale malownicze gołoborze – tam dłuższy odpoczynek na posiłek i napitek. Dalej czerwony szlak prowadził nas grzbietem Łysogór do Kapliczki Św. Mikołaja, w tym miejscu opuszcza on grzbiet w kierunku południowym. Tutaj kolejny odpoczynek i oczekiwanie na całą grupę, dalej zejście do pobliskiego Kakonina gdzie oczekiwał na nas autokar. W Kakoninie znajduje się szumnie nazywane Muzeum Wsi Kieleckiej – raptem jedna, owszem ciekawa i ładna, chałupa z 1820 roku. Z Kakonina przejechaliśmy przez Bieliny do Huty Szklanej na Przełęcz Hucką (495 m.). Na parkingu dziesiątki autokarów i tłumy ludzi – okazało się, że na Świętym Krzyżu ma miejsce zakończenie Ogólnopolskiego Rajdu Świętokrzyskiego. No to „wesołego… wędrowania”. Wyruszyliśmy asfaltową szosą na Łysiec (Święty Krzyż, 594 m.), cały czas w tłumie turystów i pielgrzymów do znajdującego się tam klasztoru. Przed szczytem Łyśćca, z lewej strony, znajdują się słynne gołoborza. Aby zapobiec ich rozdeptaniu przez tłumy turystów, wybudowano tu schody i platformę widokową z metalowych kratownic – mało to „malownicze” – ale cóż… czego się nie robi dla ochrony krajobrazu. Dalej podziwialiśmy jedną z najwyższych (134 m.) w Polsce tego typu budowlę: żelbetową wieżę telewizyjnej stacji przekaźnikowej; patrząc na nią od podstawy trzeba mocno zadzierać głowę do góry – robi to duże wrażenie. I tak doszliśmy do Klasztoru Świętego Krzyża. Niegdyś szczyt góry zajmował ośrodek kultu pogańskiego – pozostał po nim kamienny wał kultowy (widoczny nad gołoborzem); między VII a X wiekiem był tu największy kompleks świątynny na obecnych ziemiach Polski. Legenda mówi o początkach klasztoru w 1006 roku – ufundować go miał Bolesław Chrobry, pozostawiając w nim jako relikwię drzazgę z Krzyża Świętego – od Niej pochodzi nazwa gór i całego regionu. Wiadomo natomiast, że w 1103 roku Bolesław Krzywousty osadził tutaj Bernardynów. Z biblioteki klasztornej pochodzą najstarsze zabytki polskiego piśmiennictwa: „Kazania Świętokrzyskie” i „Rocznik świętokrzyski dawny”. Obecny kościół barokowo-klasycystyczny pochodzi z przełomu XVIII i XIX wieku. Do kościoła przylegają gotyckie zabudowania klasztorne. Tutaj dopiero okazało się, co to tłum: estrada z występami (piosenki religijne), stragany z pamiątkami – ciężko było się poruszać. Mimo to udało nam się (z małymi wyjątkami) zwiedzić Muzeum Przyrodniczo – leśne Świętokrzyskiego Parku Narodowego z ciekawą ekspozycją roślin i zwierząt występujących w okolicznej „Puszczy Jodłowej”. Następnie zwiedziliśmy późnorenesansową kaplicę Oleśnickich (nagrobki rodziny Mikołaja Oleśnickiego, wojewody lubelskiego), gdzie znajduje się ołtarz z relikwiami Krzyża Świętego. Później zeszliśmy do krypty – są tu pochowane zmumifikowane ciała fundatorów kaplicy, oraz prawdopodobnie sławnego pogromcy kozaków: ks. Jeremiego Wiśniowieckiego. Ze Świętego Krzyża wyruszyliśmy niebieskim szlakiem w kierunku Nowej Słupii. Trasa bardzo malownicza, jednak z powodów wcześniej wymienionych, z klasztoru wychodziliśmy małymi grupkami i na trasie byliśmy mocno rozciągnięci. W Nowej Słupii nie było już czasu na zwiedzanie miejscowości związanej ze starożytnym wytopem żelaza, tzw. „dymarkami”. Po skompletowaniu całej grupy wyruszyliśmy, z przygodami (remont drogi – brak asfaltu itp. „atrakcje”) przez Łagów i Iwaniska do Ujazdu. Tutaj ostatnia już atrakcja krajoznawcza. Znajdują się tu gigantyczne ruiny zamku „Krzyżtopór” – wspaniałej rezydencji Krzysztofa Ossolińskiego. Wybudowany został w latach 1627-44 wg projektu Wawrzyńca Senesa. Była to budowla o charakterze pałacowym – lecz otoczona potężnymi, bastionowymi obwarowaniami (typ „palazzo in fortezza”). Ogromne założenie wielkiego pięcioboku murów z bastionami w obrębie którego wybudowano pałac zajmuje 1,3 ha. Wysokość pięter głównej części pałacu wynosiła aż 8 m. (okna miały 5 m.). Przed wybudowaniem pałacu w Wersalu była to największa budowla pałacowa w Europie! Symboliczne znaczenie trwania w czasie rodu Ossolińskich miały podkreślać liczby: tyle okien ile dni w roku, tyle komnat – ile tygodni w roku, tyle wielkich sal – ile miesięcy, tyle baszt – ile pór roku. Wkrótce po zakończeniu budowy zamek splądrowali w 1655 roku Szwedzi. Po potopie szwedzkim zamek był jeszcze zamieszkały, ale po zniszczeniach z czasów konfederacji barskiej nigdy nie został odbudowany. Do dziś zachowała się większość zamkowych murów, lecz przeważnie bez sklepień; można też zobaczyć umieszczony nad bramą krzyż – symbol wiary bardzo religijnego fundatora zamku, oraz topór – herb Ossolińskich. Od tych symboli wzięła się nazwa zamku „Krzyżtopór”. Tych i wielu innych ciekawostek związanych z zamkiem dowiedzieliśmy się od bardzo miłej i sympatycznej pani przewodnik która oprowadzała nas po ruinach zamku. Zwiedzanie kończyliśmy gdy już zmierzchało, a w planach mieliśmy jeszcze pieczenie kiełbasy na dziedzińcu zamku. Na szczęście ruiny posiadają oświetlenie dziedzińca oraz zaplecze sanitarne, więc ognisko odbyło się w pięknej, niepowtarzalnej scenerii ruin renesansowej budowli.

Z Ujazdu wyjechaliśmy o godz. 2030 i przez Staszów, Połaniec i Szczucin dotarliśmy do Tarnowa dość późno, bo ok. godz. 2300. Pogodę mieliśmy wręcz wymarzoną na tego typu imprezę: ciepło, słonecznie i bezwietrznie, uczestnicy również dopisali – było nas 46 osób. Wycieczkę zorganizowali i prowadzili: Romek Romaniszyn i Olek Dulęba.

 
JESIENNY RAJD BIESZCZADZKI
14 – 16 października 2005 roku.

Na tegoroczną jesienną imprezę wielodniową wybraliśmy Bieszczady. Beskidy wschodnie już od trzech lat są celem naszych jesiennych rajdów; rok temu był to Beskid Dukielski, dwa lata wstecz – Bieszczady. Widocznie jesień w tej części Karpat ma w sobie coś takiego, co nas pociąga. W tym roku postanowiliśmy zwiedzić północne stoki Pasma Połonin i przełomową Dolinę Sanu – tereny te, mimo że są niemniej atrakcyjne niż same połoniny, to przez turystów są często omijane. Ale przez to są jeszcze trochę dzikie i można tu poczuć „bieszczadzkie klimaty”.

Z Tarnowa wyjechaliśy w piątkowy poranek 14.10.2005., o godz. 700, za sterami autokaru zasiadał Piotr Piętoń, który od jakiegoś czasu bardzo polubił wyjazdy z naszym Kołem; szczególnie miło wspomina tegoroczny „Rajd Elektryków” i nasze codzienne pokonywanie Przełęczy Salmopolskiej, o wieczornych ogniskach nie wspominając. Jechaliśmy przez Pilzno, Jasło, Krosno, za Krosnem odpoczynek na rozprostowanie kości i inne, bardziej przyziemne potrzeby. Podczas przejazdu tradycyjnie już uczestnicy rozlosowali wśród siebie troszkę map i albumów z bieszczadzkimi widokami. Z Krosna jechaliśmy dalej przez Sanok, Lesko i Polańczyk, obok Jeziora Solińskiego, do znajdującej się już w przełomowej Dolinie Sanu powyżej zalewu miejscowości Rajskie. Rejony te, jak całe zresztą Bieszczady, przed II wojną światową były bardzo gęsto zaludnione – dopiero w latach 1945-46 wysiedlono do ZSRS sporą część rdzennej ludności tych terenów, zaś akcja „Wisła” A.D. 1947 dokończyła dzieła zniszczenia; Bieszczady zostały wyludnione. Przyroda „upomniała się o swoje”; tereny byłych osad i wsi zaczęły porastać lasem. Jadąc od Leska do Rajskiego było to doskonale widoczne; tylko co parę kilometrów widać jakieś osiedla ludzkie – poza tym tylko lasy i dzikość odradzającej się natury. Z Rajskiego wyruszyliśmy bez szlaku na południe drogą wzdłuż Sanu, jego lewym orograficznie brzegiem, do mostu na Sanie w pobliżu miejsca w którym była kiedyś wieś Studenne. Tutaj pierwszy odpoczynek – dalej szliśmy nadal tym samym brzegiem, lecz już polnymi dróżkami i ścieżkami, wzdłuż meandrującej wśród rozległych i widokowych dzikich łąk przełomowej Doliny Sanu do miejsca po dawnej wsi Tworylne. Jest to jedno z piękniejszych i najbardziej odludnych miejsc w Bieszczadach. Tworylne było wsią wołoską, należącą do dóbr rodu Kmitów, powstała w pierwszej połowie XV wieku, zaś od 1562 roku istniała we wsi cerkiew. Po 17 września 1939 roku pobliski San stał się granicą pomiędzy Generalną Gubernią a ZSRS. Co ciekawe, granica ta przetrwała jako granica PRL i ZSRS aż do 1951 roku,kiedy to nastąpiła tzw. „zamiana ziem” – tzn. my oddaliśmy żyzne i bogate w węgiel ziemie na Lubelszczyźnie, w zamian za to dostaliśmy ziemie na północ od doliny górnego Sanu z Czarną i Ustrzykami Dolnymi. Wówczas tzw. „worek bieszczadzki” trochę się rozszerzył, dopiero w tych czasach mógł powstać projekt budowy zalewu solińskiego na Sanie. Tworylne zostało ostatecznie wyludnione przed 1946 rokiem, wówczas to UPA spaliła opuszczoną już wieś aby zapobiec osiedlaniu się Polaków. W 1958 roku w opustoszałej dolinie kręcono film „Rancho Teksas”, który przyczynił się do powstania legendy o „bieszczadzkich kowbojach”. Do dziś zachowało się w Tworylnem wiele śladów dawnego życia; pozostałości cerkwi z 1876 roku, fundamenty dworu z kamiennymi filarami stodoły i zarośniętym stawem oraz piękną aleją dworską wysadzaną wiązami, lipami i jesionami. Widoczne są również pozostałości niemieckiej strażnicy granicznej, oraz przy drodze do Krywego dwa cmentarze z kilkunastoma nagrobkami odrestaurowanymi w latach 90-tych siłami społecznymi. Po długim odpoczynku na posiłek i napitek oraz oglądanie pozostałości dawnej wsi, wyruszyliśmy, troszeczkę naokoło obchodząc staw, dworską aleją w kierunku Tworylczyka (szczyt, 617 m.) – do dawnej wsi o tej samej nazwie. Tu jednak nie pozostały żadne ślady po nieistniejącej wsi, więc idąc nadal bez szlaku, za to dobrze widoczną drogą – ścieżką, w pewnym momencie przechodząc płynący na naszej drodze potok przez niezbyt ciekawy mostek, będący tylko konarem obumarłego drzewa – doszliśmy do dawnej wsi Krywe. Obecnie wieś jest zamieszkała na stałe przez jedną rodzinę, znajduje się tu również ośrodek Akademii Medycznej z Lublina który świadczy swe usługi w bardzo spartańskich warunkach. Krywe to dawna wieś wołoska, lokowana na początku XVI wieku w sobieńskich dobrach Kmitów. Po II wojnie światowej całkowicie wysiedlona i zniszczona. Do dziś zachowały się ruiny murowanej cerkwi p.w. św. Paraskewii zbudowanej w 1842 roku i malowniczo położonej na grzbieciku Diłok ciągnącym się równolegle do zabudowy wsi. Zachowały się też pozostałości dawnego dworu. Odcinek Sanu w rejonie Krywego obejmuje rezerwat „Krywe” chroniący stanowisko największego węża żyjącego w Polsce – węża eskulapa. Z Krywego szliśmy już znakowaną ścieżką (czerwone znaki ścieżki dydaktycznej), wpierw na znakomity punkt widokowy, którym jest szczyt o nazwie Ryli (622 m.). Pomimo „podłej” swej wysokości, czuliśmy się na jego wydłużonym grzbiecie niczym na połoninach. Wspaniałe widoki na otaczające nas doliny dawnych wsi, na dolinę Sanu oraz ciągnącym się za nią Pasmem Otrytu. Dalej szliśmy przez górną część dawnej wsi Hulskie, drogą już częściowo (dawniej) asfaltową do doliny potoku Hulski. Nad samym potokiem zeszliśmy w dół jego doliną do ruin cerkwi w Hulskiem. Była to murowana świątynia greckokatolicka p.w. św. Paraskewii, zbudowana w 1820 roku. Obecnie widoczne są ruiny części prezbiterium i północnej ściany, ślady po dzwonnicy, zachowały się również liczne nagrobki z przycerkiewnego cmentarza. Wieś Hulskie była lokowana w drugiej połowie XVI wieku w dobrach sobieńskich rodu Kmitów. Z wsią tą wiąże się ciekawe podanie: pod koniec XIX wieku mieszkańcy Hulskiego utracili prawo wypasu bydła na Połoninie Wetlińskiej, gdyż dziedzic przegrał swoją część połoniny w karty na korzyść właściciela majątku w Krywem. Odtąd wypas odbywał się na Otrycie i stąd wywodzi się nazwa jednego z jego wierzchołków. Spod cerkwi wyruszyliśmy do drogi, która poprowadziła nas na grzbiet szczytu Wierszek (689 m.). Na samym szczycie stoi przekaźnik RTV, my ominęliśmy go i rozpoczęliśmy długie i mozolne zejście do Zatwarnicy. Szliśmy obok nowej kaplicy (kościoła filialnego), dalej główną drogą niecały kilometr i już byliśmy na miejscu naszego noclegu w ośrodku Bieszczadzkiej Agencji Rozwoju Regionalnego (w skrócie wiele mówiący BARR). Po rozkwaterowaniu był czas na obmycie się z bieszczadzkiego błocka. O godz. 1800 dla tych uczestników rajdu, którzy zamówili opcję „full wypas” (tzn. z wyżywieniem) – obiadokolacja. Na jadalni zobaczyliśmy, iż pomimo martwego sezonu w Bieszczadach, nie jesteśmy sami w ośrodku. W części hotelowej ośrodka odbywało się tzw. „szkolenie” dla samorządowców z Janowa Lubelskiego. Po posiłku czas wolny, ale jak to bywa na naszych rajdach, nie obyło się bez biesiadowania ze śpiewami przy gitarach; wpierw w jednym z pokoi części turystycznej ośrodka, a po zwolnieniu przez samorządowców sali konferencyjnej – już w bardziej komfortowych warunkach. Zabawa trwała, pomimo zmęczenia dzisiejszą niekrótką przecież trasą, do późnych godzin nocnych. I w tak miłej atmosferze upłynął nam pierwszy dzień Rajdu.

Wieś Zatwarnica posiada podobną historię do innych, zwiedzanych przez nas wczoraj wsi, z tym, że jest ona obecnie zamieszkała (ok. 200 mieszkańców). Oprócz ośrodka BARR, we wsi znajduje się kaplica, kilkadziesiąt domów no i oczywiście sklep. Niestety, o ile jest on w miarę dobrze zaopatrzony w różne artykuły, to na pieczywo które do wsi dowożą trzy razy w tygodniu, trzeba się wcześniej zapisywać. W drugim dniu naszego Rajdu (sobota, 15.10.2005.) rano wczesne śniadanie, po nim wyjazd wpierw na zakupy do gminnej wsi Lutowiska. Po zakupach przejechaliśmy na początek planowanej na dziś trasy pieszej do wsi Dwernik. Również Dwernik podzielił losy znanych nam z wczoraj bieszczadzkich wsi, po wyludnieniu dopiero w 1956 roku powstały pierwsze zabudowania osady liczącej dziś zaledwie 160 mieszkańców. Z Dwernika wyruszyliśmy ładnie poprowadzonym przez las, lecz bardzo błotnistym niebieskim szlakiem w kierunku Magury Stuposiańskiej. Po drodze kilka odpoczynków – szlak cały czas pod górę – za to na samym szczycie Magury Stuposiańskiej (1016 m.) piękne widoki wynagrodziły nam wszystkie trudy podejścia. Widać było od zachodu: Łopiennik, północne stoki Połoniny Wetlińskiej z Dwernikiem-Kamieniem, przełomową Dolinę Sanu, a za nią pasmo Otrytu w całej okazałości oraz zamykające horyzont Ostry Dział i Żuków nad Ustrzykami Dolnymi – wszystko to we wspaniałej jesiennej kolorystyce. Po długim odpoczynku zejście z Magury Stuposiańskiej zielonym szlakiem na Przełęcz Przysłup Caryński. Już nad przełęczą ukazała się nam rozległa i oryginalna panorama na gniazdo Tarnicy, Połoniny Wielkiej Rawki, pobliską Caryńską i bardziej na zachód Wetlińską. Na przełęczy znajduje się malowniczo położone schronisko studenckie „Koliba”. Przy nim dłuższy popas na jadło i napitek oraz odpoczynek. Spod „Koliby” wyruszyliśmy za czerwonymi znakami ścieżki dydaktycznej, piękną doliną Potoku Caryński, a przed nami za Przełęczą Nasiczańską mieliśmy oryginalny widok na Dwernik-Kamień (1004 m.). Dolina Caryńskiego to miejsce nieistniejącej dziś wsi Caryńskie. Nazwa pochodzi od słowa „caryna”, oznaczającego w tym przypadku pastwisko. Wieś ta była jedną z najpóźniej lokowanych wsi w sobieńskich dobrach Kmitów – pierwsza wzmianka o niej pochodzi z 1620 roku. Po II wojnie Caryńskie zostało całkowicie wyludnione. W latach 70-tych XX wieku działał tu nieformalny i zwalczany przez ówczesne władze ośrodek odwykowy dla narkomanów, prowadzony przez Wieńczysława Nowackiego. W dolnej części wsi, w widłach potoków Caryńskiego i Caryńczyka znajduje się rozległy cmentarz z ruiną murowanej kaplicy odpustowej z XIX wieku. W obrębie cmentarza stała także drewniana cerkiew p.w. św. Dymitra zbudowana w 1775 roku, w typie cerkwi bojkowskiech, jedna z ładniejszych w Bieszczadach. Dalej przyjemny spacer w dół Doliny Caryńskiego, która w pewnym momencie skręca ostro na północ meandrując wśród wzgórz, zaś szlak wyprowadził nas na Przełęcz Nasiczańską (717 m.). Tutaj krótki odpoczynek sprowokowany wspaniałymi widokami na niedawno opuszczoną Dolinę Caryńskiego. Oprócz jej otoczenia: Połoniny Caryńskiej na południu i masywu Magury Stuposiańskiej od północy, mieliśmy piękną widoczność na gniazdo tarnicy, widoczne nad zakończeniem doliny – Przełęczą Przysłup Caryński. Po sesji fotograficznej zeszliśmy do Nasicznego – niewielkiej osady na miejscu dawnej dość ludnej wsi nad Potokiem Nasiczańskim. Tutaj oczekiwał na nas nasz kierowca Piotr, i po któtkim odpoczynku na obmycie się w potoku, wyruszyliśmy bardzo wyboistą drogą w kierunku Zatwarnicy. Na miejscu byliśmy w miarę wcześnie. W pierwotnych planach na dziś był wariant przejścia z Nasicznego przez Dwernik-Kamień do Zatwarnicy, lecz nie było dziś chętnych na taką eskapadę. Tak więc w ośrodku BARR (!!?) mieliśmy sporo czasu na odpoczynek przed atrakcjami zaplanowanymi na dzisiejszy wieczór. O godz. 1830 rozpoczęliśmy biesiadę przy ognisku rozpalonym na terenie ośrodka, śpiewów przy gitarach i dobrej zabawy nam nie brakowało, a i zjeść było co i napić, i w ogóle to mieliśmy sporo szczęścia, gdyż miejsce na ognisko mieliśmy zarezerwowane do godz. 2100 – później biesiadę mieli zaplanowaną szkolący się w ośrodku samorządowcy z Janowa Lubelskiego. Gdzieś ok. 2045 zaczęło padać, więc przenieśliśmy się do zwolnionej już sali konferencyjnej, zaś samorządowcy mieli nie lada problem, bo rozpadało się na dobre. W miarę trwania biesiady, która z czasem przeniosła się do baru w podziemiach ośrodka, nasza grupa coraz bardziej integrowała się z samorządowcami, tak że jeszcze dobrze przed północą w ośrodku była jedna wspólna integracyjna zabawa. I wszystko byłoby wspaniale, gdyby nie coraz gorsza pogoda, która nie wróżyła nam nic dobrego na jutro.

W niedzielę 16 października już od rana było jasne, że nic nie wyjdzie z naszych dzisiejszych planów, które przewidywały przejście z Berehów Górnych lub Przełęczy Wyżniańśkiej na Połoninę Caryńską i zejście do Ustrzyk Górnych. Już wczorajsze opady nie nastrajały nas optymistycznie, rano zaś zrobiło się potwornie zimno i dowiedzieliśmy się, że w górnych partiach gór sypnęło już śniegiem, a u nas, na dole nieźle lało. Trzeba było więc wymyśleć coś innego. Jako, że wczorajsza integracja nie wszystkim wyszła na zdrowie, nie musieliśmy się spieszyć. Śniadanie o 800, później pakowanie bagaży i o 930 wyjazd do pobliskiej wsi Chmiel. Tutaj chętni uczestniczyli w mszy św. o godz. 1000 w dawnej drewnianej cerkwii p.w. św. Mikołaja z 1906 roku. Sama msza była upiększona śpiewem i grą na gitarze przez samotnego bieszczadzkiego turystę – bardzo fajnie to wyszło. Z wsią Chmiel wiążą się też bardziej współczesne legendy. Otóż niewiele brakowało by cerkiew, która ocalała z wojennej zawieruchy, a nie dotrwałaby do naszych czasów. W 1968 roku na ugorach na zachód od Lutowisk kręcono „stepowe” sceny do filmu „Pan Wołodyjowski”, Chmiel zaś wybrano na miejsce kręcenia sceny pożaru Raszkowa. Filmowcy uzyskali zgodę wojewódzkiego „konserwatora” zabytków w Rzeszowie na spalenie cerkwi dla potrzeb filmu. Jednak jeden z członków ekipy doniósł o tym powiatowemu konserwatorowi zabytków z Przemyśla. Doprowadziło to do głośnych protestów środowiska konserwatorskiego. Lecz dopiero osobista interwencja wybitnego historyka sztuki, prof. Jerzego Szablowskiego który był głównym konsultantem historycznym filmu i dyrektorem zbiorów sztuki na Wawelu, była skuteczna – cerkiew ocalała. Z Chmiela wyjechaliśmy w strugach deszczu, więc dopiero teraz zdecydowaliśmy ostatecznie: nie idziemy w góry – wracamy do domu! Jechaliśmy przez Lutowiska, Czarną, Ustrzyki Dolne i Lesko do Sanoka. Tutaj główna atrakcja dnia dzisiejszego: zwiedzanie Muzeum Budownictwa Ludowego (Skansenu). Zostało ono utworzone w 1958 roku, a dla zwiedzających otwarte w 1966 roku. Jest to obecnie największy skansen w Polsce, zajmuje powierzchnię 38 ha i prezentuje wiejskie budownictwo Bieszczad, Beskidu Niskiego oraz przyległych do nich pogórzy, łącznie kilkadziesiąt obiektów, w tym dwie cerkwie i kościół. Podzielone jest na pięć sektorów odpowiadających dawnym grupom etnograficznym: Bojkom, Łemkom, Dolinianom, Pogórzanom Wschodnim i Pogórzanom Zachodnim. Po skansenie oprowadzał naszą grupę miejscowy przewodnik, pochodzący z pogranicza Bieszczad i Beskidu Niskiego (Dolina Osławy), który w ciekawy i interesujący sposób potrafił przedstawić nam wszystkie atrakcje tutejszego skansenu.

Z Sanoka to już rzeczywisty powrót do domu. Jechaliśmy przez Krosno, Jasło – tu krótki postój i odpoczynek – i Pilzno do Tarnowa, gdzie byliśmy jeszcze przed godz. 1900. Podsumowując nasz Jesienny Rajd Bieszczadzki, warto zaznaczyć dobrą frekwencję – było nas 47 osób. Pogoda jak na tę porę roku była w sam raz; przez pierwsze dwa dni było ciepło i słonecznie z niewielkim zachmurzeniem, zaś ostani dzień był zapowiedzią zbliżającej się zimy – brrr… - zimno, mokro i nieprzyjemnie. Rajd zorganizował Jacek Szczebak wraz z przewodnikiem Wackiem Krupskim prowadził uczestników po szlakach.

 
WYCIECZKA W BESKID SĄDESKI WIERCHOMLA
19 – 20 listopada 2005 roku

Ostatnią tegoroczną imprezę zaplanowaliśmy tradycyjnie z noclegiem w schronisku górskim oraz transportem publicznymi środkami komunikacji. Tym razem nasz wybór padł na Bacówkę PTTK nad Wierchomlą, czyli niezbyt odległy Beskid Sądecki – Pasmo Jaworzyny Krynickiej. Tradycja dreptania po pierwszym śniegu też została podtrzymana, było już go nawet dość sporo.

Z Tarnowa wyruszyliśmy w sobotę 19.11.2005 r. autobusem PKS o godz. 715 przez Czchów i Nowy Sącz do Frycowej – miejscowości leżącej w dolinie Kamienicy Nawojowskiej. Na miejscu, na przystanku PKS ostatnie przygotowania ekwipunku do wyjścia na trasę w zimowych warunkach – śniegu okazało się być dużo więcej niż w Tarnowie, zaś w partiach szczytowych będzie go zapewnw jeszcze więcej. Z Frycowej wyszliśmy żółtym szlakiem, wiodącym bocznym, prostopadłym grzbietem do głównego Pasma Jaworzyny, przez Szcząb (703 m.) i Wielki Groń (745 m.) – tutaj pierwszy odpoczynek na uzupełnienie kalorii – dalej przez Sokołowską Górę (1028 m.) do węzła szlaków w rejonie Pisanej Hali. Tu też krótki „popasik” i dalsza wędrówka głównym już grzbietem, pięknie ośnieżonym lasem i malowniczymi polanami, przez Wierch nad Kamieniem (1084 m.) do schroniska PTTK na Hali Łabowskiej (1038 m.). Tutaj blisko godzinny odpoczynek na ogrzanie się, konkretny posiłek i nabranie chęci do dalszej wędrówki. Miło i sympatycznie gawędziliśmy z gospodarzami schroniska, którzy od niedawna „gazdują” na Łabowskiej – bardzo spodobała im się nasza wesoła grupa, zapraszali nas serdecznie do częstszych odwiedzin a także noclegów – pewnie nie damy się długo prosić i w najbliższym czasie zorganizujemy tam jakąś zimową imprezę. Z Łabowskiej Hali szliśmy nadal głównym grzbietem Pasma Jaworzyny przez pięknie prezentujący się w zimowej szacie las, nadal Głównym Szlakiem Beskidzkim (czerwonym), przez niezbyt wybitną Holę (978 m.) do zwornikowo usytuowanej kulminacji Runku (1082 m.). Tutaj zasłużony odpoczynek na kolejne uzupełnienie kalorii,których w zimie jakby szybciej ubywa. Tu też zastał nas zmrok, ale byliśmy na to przygotowani – w planach naszej wycieczki było nocne przejście, więc wszyscy uczestnicy mieli latarki, w tym zdecydowana większość „czołówki”. Na Runku opuściliśmy główny grzbiet pasma oraz Główny Szlak Beskidzki, szliśmy przy świetle czołówek niebieskim szlakiem który prowadzi przez najdłuższy boczny grzbiet Pasma Jaworzyny, prze Polanę Gwiaździstą do Bacówki PTTK nad Wierchomlą. Aby łatwiej było nam trafić gospodarze bacówki rozpalili na nasze powitanie niewielkie ognisko na szlaku, który przed samą bacówką przechodzi przez las.

Na miejscu chwila odpoczynku w świetlicy, rozkwterowanie uczestników w pokojach i przygotowania do zaplanowanej wieczornej biesiady. Gdy już zaspokoiliśmy nasze podstawowe potrzeby „bytowe”, gospodarze mogli wyłączyć agregat prądotwórczy który zaopatruje bacówkę w energię elektryczną. Ponoć często się psuje i muszą go oszczędzać (paliwo pewnie też) – ale przynajmniej zrobił się fajny nastrój; biesiada odbyła się przy kominku i świecach, przydały się też nasze czołówki. Jak to bywa na naszych imprezach nie mogło zabraknąć gitary – mieliśmy swoją, a do tego jeszcze jedną „dyżurną” gitarę gospodarzy – było dwóch „grajków”, sporo „śpiwoków”, dużo kiełbasy do pieczenia na kominku, a i „małe co nieco” było w więcej niż wystarczających ilościach; tak więc biesiada, do której w trakcie dołączyli również gospodarze bacówki, trwała w swej świetności do późnych godzin nocnych.

O ile w pierwszym dniu mieliśmy piękną, słoneczną pogodę, niedzielny ranek przywitał nas chmurami, ale na nasze szczęście śnieg nie sypał – i tak było go wystarczająco dużo. Po śniadaniu, spakowaniu plecaków i pamiątkowych zdjęciach przed bacówką, wyruszyliśmy na zaplanowaną na dziś trasę: nadal niebieskim szlakiem, obok górnej części stacji narciarskiej „Wierchomla” (jeszcze nieczynna), przez Jaworzynkę (1001 m.) z ciekawą kamienną kapliczką, w kierunku najwyższego szczytu tego bocznego grzbietu: Pustej Wielkiej (1061 m.). W okolicach szczytu troszkę błądziliśmy, ponieważ szlak nie był jeszcze przetarty, a świeży śniek przysypał znaki szlaku na drzewach. Po tych atrakcjach, szliśmy przez malowniczą, widokową polanę w okolicach Trzech Kopców, by dotrzeć w końcu do bardzo stromego zejścia do Żegiestowa Zdroju. W miejscu tym niebieski szlak nabiera stromości rzadko spotykanej w Beskidach, jest nawet wyposażony w łańcuchy zabezpieczające, ale jak to bywa w naszym pięknym kraju, łańcuchy „diabli wzięli”, a raczej to niezbyt mądrzy ludzie sprzedali je na złom za parę złotych akurat wystarczających na jedną małą „imprezkę”. I właśnie dzięki temu oraz śniegowi zmieszanemu z liśćmi, w miejscu tym prawie wszyscy zaliczyli niekontrolowane, klasyczne „dupozjazdy” – było to nawet dość niebezpieczne – kilkoro z nas zaliczyło po kilka fikołków – ale dzięki Opatrzności, cało i szczęśliwie dotarliśmy do Żegiestowa Zdroju. Tutaj przeżyliśmy kolejny szok. Jeszcze kilka lat temu uzdrowisko pełne kuracjuszy zmieniło się w istną pustynię. Nie tylko brak było kuracjuszy, budynki były zdewastowane, brak okien i drzwi, po opustoszałych budynkach hulający wiatr. Wszystko to sprawiało bardzo smutne i przygnębiające wrażenie, gdyż wszyscy jeszcze pamiętaliśmy jak bardzo malownicze i tętniące życiem było to uzdrowisko. Teraz pozostały tylko same mury i wspomnienia jego dawnej świetności.

Dzięki temu, że w miarę wcześnie wyruszyliśmy z Bacówki nad Wierchomlą, udało nam się zdążyć na pociąg odjeżdżający z Żegiestowa Zdroju o godz. 1430. W pociągu jakoś „duch w narodzie zaginął”,obyło się bez większych imprez i ekscesów, wszyscy byli jakoś tak zmęczeni, więc bez zbytnich przygód byliśmy w Tarnowie przed godziną 1800.

Naszą tradycyjną już imprezę na zakończenie sezonu w zimowych warunkach należy zaliczyć do bardzo udanych, dobrze zgrana grupa w ilości 18 osób chciała się bawić, co świetnie nam się udało. Atmosfera małego schroniska z imprezą przy świecach i gitarze, nocne wędrowanie oraz piękne zimowe krajobrazy na długo zapadły w naszej pamięci. Wycieczkę zorganizował i prowadził po szlakach Jacek Szczebak.

NADZWYCZAJNE WALNE ZEBRANIE CZŁONKÓW KOŁA PTTK NR 17 „ELEKTRYCZNY” 9 grudzień 2005 roku.

Zeszłoroczne Walne Zebranie naszego Koła przyjęło m.in. uchwałę zobowiązującą Zarząd Koła do organizowania corocznego spotkania dla wszystkich członków Koła na którym podsumujemy mijający rok naszej działalności i zaplanujemy rok przyszły. W tym roku pewne sprawy wynikające ze Statutu PTTK i Statutu Oddziału zdecydowały, że naszemu obecnemu spotkaniu trzeba było nadać rangę Nadzwyczajnego Walnego Zebrania. Otóż Statuty przewidują, iż koła i kluby swoją działalność opierają na uchwalonym przez siebie i zatwierdzonym przez Zarząd Oddziału „Regulaminie”, a opracowanym na podstawie „Wzorcowego Regulaminu Koła/Klubu PTTK”. W bieżącym roku Zarząd opracował Regulamin Koła,który uzyskał akceptację Zarządu naszego Oddziału PTTK (uchwała ZO nr 1/2005) – trzeba nam było jeszcze uzyskać dla niego akceptację Członków naszego Koła. Stąd też decyzja Zarządu Koła o zwołaniu Nadzwyczajnego Walnego Zebrania. Dodatkowo, w bieżącym roku Zarząd Koła przygotował i opracował projekt logo (znaku firmowego) naszego Koła, które też, zgodnie z Regulaminem Koła, powinno uzyskać akceptację zarówno Zarządu Oddziału jak i Członków Koła.

Nadzwyczajne Walne Zebranie Członków naszego Koła odbyło się w piątek 9 grudnia 2005 roku o godz. 1800 w piwnicach kawiarni „Alchemik” przy ul. Żydowskiej 20 w Tarnowie. (Co ciekawe; pod tym adresem, na piętrze, ma swoją siedzibę Oddział „Ziemi Tarnowskiej” PTTK, zaś cały budynek jest Ich własnością.). Co prawda mieliśmy zgodę Zarządu naszego Oddziału na obniżenie progu prawomocności obrad NWZ z 50% do 35% obecnych Członków Koła, lecz zależało nam aby przybyło na nie przynajmniej połowa Członków Koła, aby nie było żadnych wątpliwości co do uchwalenia „regulaminu Koła”. I udało się: obecnych było 34 z 62 Członków Koła, czyli ponad 50%, a do tego sporo zaproszonych gości. Po stwierdzeniu prawomocności obrad, Prezes Zarządu Koła kol. Jacek Szczebak przedstawił sprawozdanie z działalności Koła w bieżącym roku; odbyło się 11 imprez turystycznych, wtym: 6 jednodniowych, 2 dwudniowe, 2 trzydniowe i 1 pięciodniowa. Wzięło w nich udział 443 osoby, średnio ponad 40 osób na imprezę. Przedstawiono również sprawy związane z działalnością naszego Oddziału oraz całości PTTK, w tym nowe statuty. Z kolei Prezes Komisji Rewizyjnej Koła, kol. Artur Rajewicz przedstawił zebranym sprawozdanie z działalności finansowej Koła. W dalszej części przeszliśmy do meritum obrad. Przedstawiono zebranym Regulamin Koła (w skrócie - każdy z zainteresowanych mógł się zapoznać z jego projektem na stronie internetowej Koła) i omówiono zawarte w nim zagadnienia. Po niezbyt burzliwej dyskusji przeszliśmy do głosowania. Przy dwóch głosach wstrzymujących się,przyjęto „Regulamin Koła” (uchwała nr 3/WZ-III/2005). Następnie przedstawiono zebranym projekt Logo (znaku firmowego) Koła w wersji kolorowej i monochromatycznej. W jawnym głosowaniu, przy jednym głosie przeciw i dwóch wstrzymujących się, przyjęto Logo Koła (uchwała nr 4/WZ-III/2005). Logo naszego Kołą zostało również opracowane w formie okolicznościowego stempla. Zaprezentowano również zebranym uruchomioną w tym roku stronę internetową naszego Koła (www.azoty.tarnow.pl/pttk/kolo17/). Na zakończenie omówiliśmy wstępny plan imprez turystycznych na 2006 rok oraz propozycje obchodów jubileuszu 10-lecia Koła w 2007 roku – nie przyjęto jednak w tej sprawie jakichś konkretnych rozwiązań, zadjąc się w tej sprawie na Zarząd Koła.

I tak zakończyliśmy oficjalną część naszego spotkania. W dalszej, już mniej oficjalnej części, odbyła się biesiada przy „małym jasnym” i wspólnych turystycznych śpiewach przy gitarze. Był to też odpowiedni czas na rozmowy, wymianę poglądów, tym bardziej że zaprosiliśmy na nasze spotkanie przedstawicieli Zarządu Oddziału oraz innych kół działających w naszym Oddziale PTTK – była to więc doskonała okazja do wspólnej zabawy i promocji naszego Koła oraz integracji osób działających społecznie na rzecz naszego turystycznego środowiska w Zakładach Azotowych. Przednia zabawa trwała do późnych godzin wieczornych.

Rok 2006

 
ZIMOWA WYCIECZKA W BESKID SĄDECKI PREHYBA 18 – 19 luty 2006 roku.

Kolejny rok działalności nasze Koło rozpoczęło w tradycyjny dla siebie sposób: dwudniową wycieczką w zimowych warunkach z noclegiem w schronisku górskim. Tym razem nasz wybór padł na schronisko PTTK na Prehybie – tu jeszcze nie nocowaliśmy, chociaż parę lat temu mieliśmy takie plany, lecz dotarliśmy wówczas tylko do sympatycznego schroniska na Bereśniku. Z Tarnowa wyjechaliśmy w sobotę 18 lutego 2006 roku pociągiem o godz. 744 do Starego Sącza, gdzie przyjechaliśmy na 947. Już w trakcie tych dwóch godzin poświęconych na dotarcie do punktu wyjścia, nasza grupa dość szybko zaczęła się „integrować” tak, że w Starym Sączu wyruszyliśmy na naszą wędrówkę już w doskonałych i bojowych nastrojach. Szliśmy żółtym szlakiem, początkowo dość płasko przez wsie i przysiółki, ale za to z pięknymi widokami na Radziejową, Prehybę i charakterystyczną Skałkę. Szło się bardzo fajnie, na asfaltowych drogach leżała ubita warstwa śniegu, więc szybko drogi nam ubywało. Na pierwszy dłuższy odpoczynek na posiłek oraz „małe co nieco” zatrzymaliśmy się przy uroczo położonej murowanej kapliczce na grzbiecie pomiędzy Przysietnicą a Moszczenicą. Słonko pięknie nam świeciło, więc i popas troszkę się przedłużył, ale w końcu wyruszyliśmy w dalszą drogę – tym bardziej, że najgorsze było jeszcze przed nami. Powoli nasza droga nabierała stromości, weszliśmy w las, ale na nasze szczęście szlak był tu jeszcze przetarty. Do czasu. Gdy doszliśmy do bocznego grzbietu odchodzącego na północ od Wierchu Prehyba w rejonie Tokarni (696 m.) było już po kolana śniegu, a szlak skręcał w lewo na grzbiet, dalej był dziewiczy teren i szlak był nieprzetarty. Stare porzekadło turystów górskich mówi, że najlepiej sprawdzają się improwizacje, ale wcześniej zaplanowane. Tak też było w naszym przypadku. Nasz plan awaryjny przewidywał zejście z grzbietu do doliny potoku Jaworzynka którą biegnie droga dojazdowa do schroniska. Tak też uczyniliśmy, no może nie wszyscy, bo znalazło się kilkoro śmiałków co to lubią po du…ę w śniegu – trudno, ich sprawa. W sumie to nawet dobrze że poszli, bo jak się później okazało, za nami podążała spora grupa starszej młodzieży z młodszym księdzem z Bydgoszczy (znaczy się szli ze Starego Sącza tak jak my, a mieszkają w Bydgoszczy); mieli niezły prezent – gotowy, przetarty szlak. My szliśmy według awaryjnego planu, który miał tę niewątpliwą wadę, że wpierw straciliśmy sporo wysokości, a następnie nadłożyliśmy kilka kilometrów, ale za to po fajnym, mocno ubitym śniegu. Jednak swoje trzeba było przejść, wysokość też niczego sobie jak na zimowe warunki, więc do schroniska dotarliśmy troszkę zmęczeni, ale i tak dobre dwie godziny przed zmrokiem. Gorzej z naszymi "wyczynowcami”; my już dawno buszujemy w te i z powrotem po pokojach, zmrok powoli zagląda do okien, a nam strach w oczy – a ich nie ma. No, w końcu dotarli cali i szczęśliwi, chociaż nieźle wymęczeni – mają za swoje, a co! Przyszli razem z rzeczoną grupą Bydgoszczan, i gdyby na końcówce młodzież nie pomogła im torować szlak, to pewnie jeszcze z godzinkę by im zeszło. Mieszkaliśmy w „Jaśkówce”, bo w głównym budynku był obóz sportowy, a jak się okazało nasi znajomi z Bydgoszczy też tu byli zakwaterowani. Wieczorem w jadalni „Jaśkówki” zaczęliśmy naszą tradycyjną biesiadę turystyczną. Kiełbasę, którą w założeniu mieliśmy piec na ognisku, pysznie przyrządziła nam gospodyni w kuchni schroniskowej, a my śpiewając przy gitarze, integrowaliśmy się z grupą z Bydgoszczy. I choć to może wydawać się niemożliwe, gdyż byli Oni nałogowymi wręcz abstynentami, to jednak muzyka i śpiewy czynią cuda i wspólna zabawa udała się znakomicie. Doszło nawet do tańców, bo u nas jak zwykle większość stanowiła ta „brzydsza” płeć, zaś u Bydgoszczan odwrotnie; a dziewczęta - „palce lizać”! Cóż z tego, skoro ksiądz czuwał. Ale wszystko co dobre szybko się kończy; wpierw skończyła się kiełbasa, później napoje, na koniec my sami.

W niedzielę rano, ci co jeszcze mogli, zjedli śniadanie, pozostali musieli „to” jakoś przecierpieć. O godz. 10 00 ksiądz odprawił w jadalni schroniska mszę św. dla swojej młodzieży, my też byliśmy zaproszeni i oczywiście skorzystaliśmy – było to dla nas niezwykłe i miłe doświadczenie. Po mszy św. pakowanie bagaży, i po serdecznym pożegnaniu koleżanek i kolegów z Bydgoszczy wyruszyliśmy na zaplanowaną na dziś trasę. Bydgoszczanie schodzili niebieskim szlakiem do Rytra, my zaś szliśmy czerwonym, prze bajkowo oszroniony las, grzbietem Złomistych Wierchów (1226 m.) na Przełęcz Długą pod Radziejową. Tutaj wybraliśmy mniej stresujący wariant trawersując Radziejową (1262 m.) do Przełęczy Żłobki i dalej na Wielki Rogacz (1182 m.). Tu pierwszy dłuższy odpoczynek na „małe co nieco”. Dzisiaj szło się rewelacyjnie; szlak był przetarty skuterami śnieżnymi, a widoki na Tatry przepiękne. W miejscu gdzie czerwony szlak skręca w stronę Niemcowej i nabiera stromości, kolega przewodnik Paweł wyciągnął worek (nie, nie drogie panie, nie swój własny, tylko taki polietylenowy, po nawozach) i dał popis klasycznego dupozjazdu. Na Niemcowej (1001 m.) kolejny odpoczynek i dalej żółtym szlakiem w kierunku Piwnicznej. Od Kamiennego Gronia (791 m.) skończyły się przyjemności chodzenia – dalej to taplaliśmy się w rozmiękłym śniegu, łagodnie i niepostrzeżenie zmieniającym się w upierdliwe błocko – mocno grzejące dziś słońce zrobiło swoje. Do Piwnicznej doszliśmy w sam raz; zdążyliśmy na wcześniejszy pociąg o godz. 1450 którym dojechaliśmy do Tarnowa na godz. 1717.

Pogoda, warunki śniegowe oraz miłe towarzystwo (grupa z Bydgoszczy) sprawiły, że ta wycieczki długo będzie przez nas mile wspominana, i oby więcej takich imprez. Było nas 24 osoby, a wycieczkę zorganizowali i prowadzili: Jacek Szczebak i Paweł Molczyk.

 

WYCIECZKA W GÓRY GRYBOWSKIE 26 marca 2006 roku.

Naszą jednodniową wycieczkę zaplanowaliśmy w Górach Grybowskich Beskidu Niskiego. Tegoroczna zima była dość śnieżna, więc w górach było jeszcze sporo śniegu i na takie warunki byliśmy przygotowani – niestety, ale jak się później okazało – niewiele nam to pomogło. Ale po kolei. Z Tarnowa wyjechaliśmy autobusem PKS o godz. 740 przez Ciężkowice i Gorlice do Szymbarku. Tutaj zwiedziliśmy filię Muzeum Okręgowego z Nowego Sącza; obejmuje ona Ośrodek Budownictwa Ludowego (skansen), XIX-wieczny drewniany dwór w którym prezentowane są ciekawe ekspozycje dawnych wnętrz dworskich, oraz murowany, renesansowy dwór obronny z II połowy XVI wieku. Wpierw zwiedziliśmy ekspozycję wnętrz, po której oprowadziła nas i ciekawie przedstawiła eksponaty miejscowa przewodniczka, po czym zaproponowała nam zwiedzanie wnętrz dworu obronnego, które nie są udostępnione do zwiedzania. Pani przewodnik potraktowała naszą grupę jako wycieczkę szkoleniową przewodników, a w takich przypadkach ma prawo wpuścić grupę do tego obiektu. Oczywiście skorzystaliśmy z tej nie lada okazji. Dwór obronny jest pozostałością po zacnym rodzie Gładyszów, którzy władali dorzeczem górnej Ropy od połowy XIV wieku. Jest to piętrowa, murowana budowla na planie czworoboku z narożnymi alkierzami wyposażonymi w wykusze, zwieńczona attyką. W Małopolsce zachowało się do dziś zaledwie kilka tego typu obiektów. Wnętrze dworu składa się z trzech kondygnacji: piwnic, parteru i piętra, jest w początkowej fazie renowacji i odtwarzania jego dawnej świetności. Ponieważ już w XIX wieku dwór nie był zamieszkały, mieściły się w nim magazyny i gorzelnia, więc i zniszczenia były znaczne. Natomiast z zewnątrz dwór prezentuje się okazale, a to dzięki remontowi który trwał od połowy lat osiemdziesiątych XX wieku. Trochę czasu zabrało nam nieplanowane zwiedzanie obydwu obiektów, więc zrezygnowaliśmy ze skansenu, tym bardziej, że po wiosennych roztopach teren skansenu przypominał małe jeziorko z bagnistymi wysepkami.

Wyruszyliśmy więc na szlak. Trasa naszej wycieczki wiodła zielonym szlakiem pasmem Maślanej Góry do Stróż – takie przynajmniej były założenia. Początkowo szło się nam nieźle, na szlaku nie było śniegu tylko niewielkie jego płaty w lesie. W miarę wzrostu wysokości śniegu było coraz więcej, miejscami przewiany, ale coraz częściej musieliśmy pokonywać zaspy po kolana – tak było jeszcze na Jeleniej Górze (684 m.), okolice której objęte są ochroną rezerwatową. Poniżej grzbietu którym wędrowaliśmy, na terenie rezerwatu znajduje się jedno z największych osuwisk w polskich Karpatach. W jego wyniku powstało niewielkie jeziorko osuwiskowe zwane Morskim Okiem. Od Jeleniej Góry „zaczęły się schody”. Śniegu było coraz więcej, słońce grzało coraz mocniej i na nic się zdało nasze zimowe wyposażenie, gdyż śnieg miał konsystencję gęstej „papki” i „nie trzymał”, więc przy każdym kroku wpadaliśmy po kolana, a czasami nawet po du…ę w to coś, co było kiedyś śniegiem. Aby nie było nam za wesoło, przy gruncie często płynęły potoki wody, tak że po chwili chlupotało nam w butach. W tempie ok. 5-10 metrów na minutę dowlekliśmy się do szczytu Maślanej Góry (753 m.). Za szczytem warunki były niewiele lepsze, więc wspólnie podjęliśmy decyzję o uruchomieniu wariantu awaryjnego: na szczycie Maślanej Góry stoi przekaźnik TV i prowadzi do niego od południa droga dojazdowa, dobrze przetarta i z ubitym śniegiem. Prowadzi ona w kierunku Ropy, skąd mieliśmy nadzieję w jakiś sposób dostać się do pociągu w Grybowie. Uff… teraz to szło się jak po autostradzie. Na skraju lasu zatrzymaliśmy się na ognisko, kiełbasy i chleba oraz drzewa było pod dostatkiem, humory też nam się znacząco poprawiły (a było po czym). Po ognisku zeszliśmy do przysiółka Nad Pociechą – jeszcze z góry widzieliśmy jak odjeżdża nam autobus PKS w stronę Grybowa – zabrakło dosłownie 5 minut, trudno. Z braku lepszego zajęcia doszliśmy szosą do centrum Ropy. Tam czekaliśmy na następne połączenie; miał jechać BUS do Nowego Sącza przez Grybów. Jego przyjazd trochę się opóźnił (20 minut), ale jakoś w końcu dotarliśmy do Grybowa. Tutaj znowu niepowodzenie; zabrakło nam pięciu minut, aby zdążyć na pociąg do Tarnowa. A następny za przeszło dwie godziny. Gdybyśmy zdążyli na autobus, a nawet gdyby BUS jechał planowo, to za godzinkę z „hakiem” bylibyśmy w domu. A tak, trzeba było zakotwiczyć w jakiejś w miarę przytulnej knajpce i toczyć „Polaków rozmowy” przy małym jasnym. Z Grybowa wyjechaliśmy ok. godz. 1830, do Tarnowa dotarliśmy tuż przed 2000 – czyli i tak o w miarę przyzwoitej porze. Pogodę mieliśmy całkiem dobrą, było ciepło i słonecznie, co niestety zaważyło na dość skomplikowanych losach naszej wycieczki. Ale w sumie było fajnie, i niech żałują ci którzy w ostatniej chwili, ze względu na pogodę zrezygnowali z naszej wycieczki. Było nas tylko 9 osób, ale dzięki temu wyglądaliśmy jak „wycieczka szkoleniowa przewodników” i zaproponowano nam zwiedzanie wnętrz dworu w Szymbarku. Wycieczkę zorganizował i prowadził Jacek Szczebak.